1.1

 


Poranne słońce zakłuło ją w oczy.

Malwa poruszyła się niezadowolona, marszcząc brwi. Sen wciąż przyciągał ją do siebie i nie miała ochoty jeszcze go kończyć. Poza tym, było jej tak przyjemnie ciepło i wygodnie…

Zbłąkany liść sfrunął jej na nos, sprawiając, że gwałtownie kichnęła, podrywając się z posłania.

Westchnęła. Cóż, w takim wypadku koniec spania.

Przeciągnęła się jak kotka, krzywiąc się, gdy usłyszała ciche strzelanie kości. Przetarła leniwie oczy i dopiero wtedy rozejrzała się po swoim szałasie.

Nie za bardzo lubiła spać na dworze. Lasy same w sobie nie były takie złe, ale głównie za dnia. Kojący zapach drzew czy wszechogarniająca cisza, przerywana jedynie odgłosami zwierząt, z pewnością należały do tych rzeczy, do których ciągnęło ją jeszcze w Kelazzan. Nie zmieniało to faktu, że bezpieczniej (chociaż nieszczególnie) czuła się mając dach nad głową.

Szybkim gestem wyciągnęła sztylet spod złożonej torby służącej jej za poduszkę. Z jednej strony raczej nie byłby jej potrzebny, skoro poprzedniego wieczoru ułożyła gałęzie w taki sposób, aby odpowiednio chroniły ją przed wzrokiem kogoś obcego. Z drugiej… Nigdy nic nie wiadomo.

Rzuciła okiem na rozłożone dookoła dokumenty. List od hrabiego udało się jej już przełożyć. Będzie musiała się pośpieszyć, żeby zdążyć wysłać go z Sembii, aby dotarł w ustalone miejsce. Jej własne ballady nieco przez to ucierpiały, ale Malwy to nie martwiło. Wiedziała, że gdy tylko upora się z zadaniem, będzie mogła wrócić do swoich bardziej kreatywnych obowiązków. Mapa i kompas, ostrożnie rozłożone na małym pniaku, ciągnęły ją do siebie najbardziej i to właśnie ku nim skierowała się z chlebem i serem w ręku.

Sądząc po tym, jak ostatnio wyliczała sobie trasę, powinna być nie dalej jak dwa dekadni od Ordulinu. Zmarszczyła brwi, szukając po drodze miejsca, w którym mogłaby się zatrzymać, oszczędzając sobie przy tym spania pod chmurką. Prychnęła niezadowolona, odkrywając, że w najlepszym wypadku czekały ją jeszcze dwa dni drogi zanim dotrze Highmoonu. Co prawda, była przygotowana na dłuższą podróż i wystarczyło, że będzie się trzymała brzegu Ashaby, ale…

Pomyślała o swoich plecach i skrzywiła się.

Trudno, jakoś to wytrzyma. A jeśli się pospieszy, to może zamiast dwóch dni wyjdzie jej półtora…

Pocieszona tą myślą, zaczęła się pakować. Sczesując u nasady swoje długie, rude włosy by spiąć je w mały koczek, układała sobie w głowie najlepszą trasę. Na logikę, najlepiej było trzymać się ustalonych ścieżek, ale Malwie nie podobał się ten pomysł. Koniec końców, rabusie też mogli je sobie obrać za cel, a bardka wiedziała, że jako samotnie podróżująca dziewczyna stanowiła łakomy kąsek.

Chociaż, pomyślała, prychając pod nosem, niewiele można by jej ukraść. Owszem, jej sakiewka była ciężka, może jej lutnia poszłaby za jakąś ładną sumkę, ale rzeczy do makijażu, perfumy czy dwa zestawy ubrań już nikomu by się nie przydały. Dokumenty byłyby bezpieczne; Malwa zawsze pamiętała by zabezpieczyć je czarem, więc każdy rabuś wziąłby je za czyste kartki papieru.

Kwestią sporną byłyby jej leki, miecz i sztylet. Sztylet z chęcią by oddała, ba nawet dopłaciłaby, gdyby zależałoby od tego jej życie. Przynajmniej miałaby dzięki temu mniej pamiątek, przypominających jej o… tym, co zostawiła za sobą. Wystarczało już to, jak bardzo ciążył jej sygnet na palcu.

Ale miecz…

Na samą myśl ręka jej zadrżała, gdy przytraczała go do paska. Palce bezwiednie odnalazły inskrypcję na zbroczu. Nie. Miecza nigdy by nie oddała.

Potrząsnęła głową, jakby chcąc pozbyć się ponurych myśli. Co się z nią dzieje? Jest piękny dzień, pierwszy dzień Kythorna. Na tym powinna się skupić, a nie zastanawiać się gwiazdy wiedzą nad czym…

Szybko pozbierała resztę swoich rzeczy i w końcu wyszła z szałasu. Rozglądając się dookoła przygryzła wargę. Mimo wszystko wolała nie iść ścieżką przez las. Może i jej dumania w szałasie nie były najrozsądniejsze, ale… kryło się w nich ziarno prawdy.

Skierowała się więc raźno w stronę rzeki. Z tego, czego dowiedziała się w Essembrze, nie powinno tam roić się od potworów, a koryto rzeki odbiegało od głównej drogi.

Idąc, nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Puszcza widocznie już poczuła nadchodzące lato. Malwa mogła zauważyć kilka rodzajów kwiatów mieniących się w trawie. Drzewa rzucały miły cień, choć słońce, pomimo wczesnej pory, już ogrzewało ziemię. Na szczęście chłód rzeki i lasu sprawiał, że nawet się nie spociła. Przysłuchiwała się śpiewom ptaków i szumowi wody, próbując wychwycić z nich jakieś nowe melodie. Nucąc pod nosem, pozwoliła by jej myśli odpłynęły w stronę dalszych planów.

Zastanawiała się, jak obchodzi się przesilenie letnie w Sembii. W Kelazzan… Cóż, miała nieco skrzywiony obraz. Koniec końców, to wtedy przyszła na świat, a chociaż przesilenie było dniem hołdu dla bogów, szanowny baron Edmund Grenwin nie pozwoliłby, żeby to odciągnęło uwagę od narodzin jego córki. Wątpiła żeby Sembia wyprawiała trwające deakdzień bankiety, ale… Kto wie? Malwa z pewnością by nie narzekała; długie święta oznaczały zatrudnienie dla bardów, a zawsze to milej mieć więcej w swojej sakiewce niż mniej. Poza tym… Jeśli święto miałoby trwać tak długo, może zapomniałaby, że przeminęły jej kolejne urodziny.

Chociaż…

Palce powędrowały jej do naszyjnika. Zacisnęła dłoń na zawieszonym na nim czerwonym kamieniu w kształcie małego serduszka. Roy z pewnością nie dałby jej o tym zapomnieć. Nie ze złośliwości; nigdy nie posądziłaby brata o coś takiego. Szczególnie kiedy wiedział, co to dla niej oznaczało. Nie, prędzej kierowałby nim troska. Pierwsze urodziny na wolności, ze świadomością, że jest ona tak krótka z pewnością nie niosłyby ze sobą dobrych wspomnień. Może uda jej się kogoś spotkać w wirze zabawy i poświętować nieco inaczej, pozwolić sobie o tym zapomnieć…

Uśmiechnęła się cierpko pod nosem. Pewnie właśnie temu próbowałby zapobiec Roy. Z drugiej strony… On też po raz pierwszy będzie zmuszony do świętowania przesilenia letniego bez niej. Domyślała się, że będzie mu z tym ciężko. Już przy ich ostatniej rozmowie brzmiał na spiętego. Jakby badał czy w ogóle wypada mu o tym wspomnieć, pomiędzy ustalaniem planów co do Sembii a sprawdzaniem, czy kontakty Malwy się do niego odezwały.

I mimo, że ściskało się jej serce, gdy wyobrażała sobie brata na placu, tym razem dziwnie samotnego bez niej obok, nie wróciłaby do Kelazzanu. Nie bez dobrego powodu. Nie po to się stamtąd wyrwała, by wrócić tylko dlatego, że było jej żal Roya. No, i może trochę matki. Ale…

Przygryzła wargę. Poradzą sobie. Wiedzieli, dlaczego uciekła.

Nagły krzyk przerwał jej rozmyślania.

Gwałtownie uniosła głowę, uważnie nasłuchując. Gdy jednak nie usłyszała nic prócz świergotu ptaków, zmarszczyła brwi. Może się przesłyszała?

Już miała iść dalej, gdy krzyk się powtórzył. Był wysoki i tak dziwnie dziecięcy, że Malwa zareagowała instynktownie. Natychmiast puściła się biegiem.

Teraz krzyki powtarzały się częściej, a Malwie udało się wychwycić jedno słowo, powtarzające się wciąż i wciąż w języku elfim:

‒ Pomocy!

Przyspieszyła. Nie zważała na liście chlaszczące ją po twarzy czy plątające się korzenie. Najważniejsze było dotarcie do dziecka.

Wreszcie las się przerzedził, a ona wypadła zza drzew. Widok, który ją powitał, sprawił, że momentalnie odpłynęła jej krew z twarzy.

Mała elfia dziewczynka stała na gałęzi pobliskiego świerku. Coś przyciskała do piersi, ale Malwa nie była w stanie dostrzec, co to było. Jej uwagę i tak zwróciła ogromna amfisbena czająca się wśród mchu.

Niewiele myśląc, wymacała palcami jakiś kamień i rzuciła zwierzęciu prosto w głowę, krzycząc przy tym:

‒ Zostaw ją, ty padalcu!

Nawet nie poczuła delikatnej aury magii, jaka ją otoczyła.

Stwór przestał syczeć. Zwrócił się w stronę Malwy i dopiero teraz kobieta mogła mu się przyjrzeć w pełni. Dwa łby, każdy osadzony po jednej stronie długiego, łuskowatego, złoto-czarnego cielska, uniosły się. Spojrzenie paciorkowatych, czerwonych oczu zostało utkwione w niej. Wąż zasyczał i rzucił się w jej stronę.

Spróbowała uskoczyć, ale bestia była szybsza. Jednym łbem podcięła nogi Malwy, a drugim owinęła się wokół lewej ręki bardki. Nie zdążyła się wyrwać. Wrzasnęła, gdy ogromne cielsko ścisnęło jej całe ramię, niemal miażdżąc kości. 

Momentalnie wyciągnęła miecz i próbując zignorować ból, natychmiast uderzyła nim łeb przy swojej twarzy. Bestia zasyczała. Uścisk zelżał. Malwa szarpnęła się i udało jej się wyrwać. Czuła ból pulsujący w ramieniu, ale zignorowała to. Skoczyła, zastępując bestii drogę do świerku. Wąż rzucił się ponownie w jej stronę, ale tym razem zdołała się odsunąć.

‒ Cóż za wyliniały wąż! Łuski zaraz ci odpadną! ‒ krzyknęła, pozwalając by magia wzmocniła jej słowa. Potwór gwałtownie zatrzymał się, jakby oburzony. Jeden z łbów nawet spojrzał w dół, co Malwa natychmiast wykorzystała.

Zamachnęła się oburącz, ale ból z ramienia przeszył ją na wskroś. Syknęła, a klinga osunęła się, trafiając w cielsko węża i odłupując mu kilka łusek.

Amfisbena syknęła i rzuciła się do przodu. Malwa nawet nie zdążyła zareagować, gdy nagle poczuła jak kły zatapiają się w jej udzie.

Krew odpłynęła jej z twarzy. Nie jest dobrze.

Gdy drugi łeb pomknął w jej kierunku, odbiła go jelcem. Zakręciło jej się w głowie. Musiała się wyrwać i to jak najprędzej.

Zamachnęła się ponownie, tym razem trafiając. Satysfakcjonujące mlaśnięcie towarzyszące dekapitacji jednak jej nie pocieszyło. Czuła, jak powoli po jej nodze rozchodziło się nieprzyjemne zimno. Jeśli zaraz tego nie skończy, będzie po niej.

Korzystając z tego, że wąż przez chwilę miotał się, nie mogąc odnaleźć swojego ciężaru, przyłożyła zdrową rękę do piersi. Nie spuszczając spojrzenia z bestii, zanuciła pod nosem kołysankę, którą śpiewała jej mama. Po ciele rozlało się ciepło, kiedy z jej palców błysnęło nikłe, niebieskie światło. Gdy zgasło, Malwa poczuła jak ból w ramieniu znika. Zimno w nodze jednak pozostało.

Cholera. Teraz albo nigdy.

Zamrugała kilkakrotnie, aby pozbyć się mroczków przed oczami. Wąż wciąż się wił, ale jeśli nie trafi…

Jeden zamach i drugi łeb opadł na trawę. Bestia znieruchomiała.

Malwa odetchnęła ciężko.

Czuła, jak przy skroniach zaczęły jej się zbierać kropelki potu. Zimno rozlało jej się po całej nodze. Musiała działać szybko, ale…

Powoli, próbując nie wywołać przy tym zawrotów głowy, odwróciła się i spojrzała w górę. Przymrużyła oczy, gdy promienie słońca padły na jej twarz.

‒ Już w porządku! ‒ krzyknęła w elfim. ‒ Możesz zejść!

Z opóźnieniem dojrzała ruch w gałęziach, ale przynajmniej udało jej się usłyszeć głuche tąpnięcie, oznaczające, że dziewczynka zeskoczyła z drzewa. Malwa z ulgą opadła na trawę.

Zdjęła torbę z ramienia i zaczęła gorączkowo w niej grzebać. Ukąszenie amfisbeny, chociaż nie zawsze śmiertelne, było groźne. Zazwyczaj miało tylko obezwładnić ofiarę, ale bez antidotum mogło doprowadzić do groźniejszych komplikacji.

Zaklęła cicho. Nie miała do tego ziół. Rumianek i lawenda się nie liczyły, mięta też nie. Dyptam już dawno jej się skończył. Musiała sobie poradzić w inny sposób. Gdy jej palce natrafiły na kawałek materiału, usłyszała tuż przy uchu wysoki, dziecięcy głos:

‒ Nic pani nie jest?

Westchnęła cicho. Zawroty głowy zaczęły się nasilać.

Nie podnosząc wzroku, uśmiechnęła się, sprawnie owijając sobie chustę nad miejscem, w którym ukąsił ją wąż. Ścisnęła najmocniej, jak była w stanie.

‒ To nic takiego ‒ powiedziała cicho, siląc się na łagodny ton. ‒ Tylko mnie ukąsił. Jakoś sobie poradzę.

Drobne, ciemne dłonie pojawiły się na jej udzie. Zaskoczona Malwa uniosła głowę, natrafiając na parę dużych, zielonych oczu. Dziewczynka zacisnęła usta. Czarne kosmyki, wymykające się z warkocza, opadły dziecku na twarz, ale mimo to widać było, że powstrzymywała się od płaczu.

‒ To moja wina… ‒ wymamrotała żałośnie. Z tej odległości, Malwa mogła dostrzec drżące wargi dziewczynki. Serce jej się ścisnęło.

Pilnując, by elfka nie zauważyła jak trzęsą jej się ręce, delikatnie pogładziła ją po policzku.

‒ Nic się nie stało ‒ powiedziała pocieszającym tonem. Dziewczynka jednak tylko zacisnęła palce. ‒ Jak masz na imię? Gdzie twoi rodzice? Jesteś tu sama?

To przynajmniej zaowocowało jakąś inną reakcją niż strach. Dziecko podskoczyło gwałtownie.

‒ Mama! Musimy do niej iść, ona pani pomoże!

Po czym chwyciła ją za rękę i pociągnęła najwyraźniej najmocniej jak potrafiła. Malwa zmarszczyła brwi.

‒ A… daleko ta twoja mama? ‒ Jeszcze nie wstawała. Skoro jad rozprzestrzeniał się tak szybko, nie powinna się stąd ruszać. Z drugiej strony, jeśli w tym lesie czaiły się amfisbeny, nie mogła zostawić dziewczynki samej. Otarła kropelki potu.

‒ Nie! Chodź, musisz ze mną iść, proszę! ‒ Głos małej stawał się coraz bardziej błagalny. Naprawdę musiała się przestraszyć.

Malwa westchnęła. Cóż, może udało jej odciąć jad na tyle szybko, że nie padnie po drodze…

Już, już miała wstawać, gdy nagle usłyszała czyjś ostry krzyk:

‒ Serune!

Dziewczynka podskoczyła. Zdezorientowana Malwa uniosła miecz, popychając dziecko za siebie, gdy z lasu wyłoniła się kolejna postać.

W ich stronę, dziarskim krokiem, zmierzała elfka. Czarne, spięte w pleciony kucyk, włosy obijały jej się o plecy. Ciemne brwi uniosły się w zdumieniu, gdy zauważyła Malwę; najwyraźniej spodziewała się tylko dziewczynki. Przyspieszyła, a widząc wycelowany w nią miecz, uniosła ręce.

‒ Spokojnie. Nie zrobię wam krzywdy. ‒ Spojrzenie brązowych oczu skierowała w stronę dziewczynki. Malwa wciąż nie opuszczała miecza. Nieznajoma nie wyglądała ani trochę podobnie do tej małej, więc… ‒ Coś ty sobie myślała, wychodząc tak daleko? Miałaś tylko zebrać mlecze! Irriel jest wściekła! I… ‒ Wzrok kobiety utknął w czymś za Malwą. ‒ Czy to jest amfisbena?! Przecież…

Cóż. To już coś wyjaśniało.

Ręka z mieczem opadła w dół, podczas gdy Serune wychynęła zza pleców Malwy.

‒ Ja… Ja… ‒ jąkała się. ‒ Lyriana! To nieważne! Musimy jej pomóc! Ta pani mi pomogła!

Kobieta, najwyraźniej Lyriana, rzuciła ostrzegawcze spojrzenie w stronę dziewczynki, ale najwyraźniej na razie odpuściła temat. Ukucnęła, a Malwa natychmiast poczuła silną woń lawendy i cynamonu gdy nachyliła się w jej stronę. Z bliska Malwa mogła lepiej jej się przyjrzeć. Jej rysy przypominały bardce lud z Kara-Turu. Nieznajoma miała ładną twarz, pociągłą ale nie za długą, z delikatnie zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Gdy przyłożyła dłoń do jej czoła, Malwa zmrużyła oczy i przytrzymała ją, rozkoszując się jej chłodem. Zaczęło jej się robić naprawdę ciepło i raczej nie z powodu nieznajomej.

Lyriana nie wyrwała się. Wręcz przeciwnie, kącik jej ust uniósł się w rozbawieniu, ale spojrzenie wciąż miała skupione.

‒ Ukąsił cię, królewno?

Malwa wzdrygnęła się, zaskoczona. Otumanienie jadem na chwilę ustąpiło.

‒ W nogę ‒ przyznała, przyglądając się czujnie kobiecie. Mówiła tak do wszystkich, czy…? ‒ Opatrzyłam to sobie, ale…

‒ Ale nie dość szybko ‒ wtrąciła Lyriana. Cmoknęła niezadowolona, a brwi ściągnęła w zastanowieniu. ‒ Musimy się pospieszyć. Niedaleko jest nasza medyczka. Jesteś w stanie iść? 

Malwa przygryzła wargę. Nie była pewna, ale… Komentarz Lyriany wprawił ją w niepokój. Skąd ten tytuł? Przecież Roy przysięgał, że…

Podparła się na ramionach i dźwignęła się, niepewnie wstając. Natychmiast jej żołądek zaczął protestować. Mimo to, wyprostowała się, unosząc nieco głowę by spojrzeć kobiecie w oczy. Nie zauważyła, że nieznajoma wyciągnęła odruchowo ręce, jakby chciała ją ustabilizować.

‒ Chyba ta… ‒ zaczęła, ale wtedy zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się, a świat na moment zatańczył jej przed oczami. Gdzieś z oddali usłyszała pisk Serune. Upadłaby, gdyby ktoś nie chwycił ją za ramiona. Czołem uderzyła o skórzany napierśnik. Zapach lawendy i cynamonu wzmocnił się.

‒ Chyba nie ‒ mruknęła nad nią Lyriana. Głos miała dziwnie miękki, a Malwa z zaskoczeniem wyczuła w nim nutkę zmartwienia. ‒ Cóż, chyba nie mamy innego wyjścia.

Zanim Malwa zdążyła zareagować, poczuła że się unosi. Zacisnęła usta, ze wszystkich sił starając się utrzymać w żołądku resztki śniadania, gdy kobieta poprawiła chwyt pod jej nogami, przyciskając ją pewniej do piersi.

‒ Serune, zbierz jej rzeczy. Nie chcemy przecież zostawić naszej bohaterki bez niczego.

‒ Żadnej bohaterki ‒ udało się Malwie wymamrotać. Uniosła głowę z ramienia Lyriany, próbując rzucić jej ostre spojrzenie, ale ta tylko przekrzywiła głowę, uśmiechając się. Zaczęła iść.

‒ Wybacz, wasza wysokość.

Bardka prychnęła. Odpowiedziałaby coś, ale czuła, że robi się coraz słabsza. Jej głowa opadła z powrotem na ramię Lyriany. Przynajmniej było wygodnie.

‒ Nie nazywaj mnie tak ‒ wyszeptała. Powieki Malwy zaczęły ciążyć.

‒ Ale nie mdlej mi tu teraz! Hej!

Ale Malwa już tego nie słyszała. Odpłynęła.


Komentarze

Popularne posty