1.2
Budzenie się naprawdę nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy w jej życiu. A już w szczególności budzenie się po utracie przytomności.
Jeszcze zanim otworzyła oczy, Malwa zapragnęła ponownie zapaść sen. Przynajmniej wtedy nie musiałaby się męczyć ze świadomością, jak bardzo… osłabiona się czuła. Zaraz. Co?
Rozwarła gwałtownie powieki, przypominając sobie o uwadze Lyriany. Gdzie ona jest? Czemu tak się czuje? Czy… Czy faktycznie miała rację i…
Czuła jak panika w niej narasta, gdy zdała sobie sprawę z tego, że mięśnie miała jak z ołowiu. Próbowała się poruszyć, instynktownie przesunąć się plecami do ściany, ale ciało nie do końca reagowało. Serce zaczęło walić jej jak oszalałe. Gdzie ona jest?
Nie mogąc na razie nic innego zrobić, zaczęła gorączkowo się rozglądać.
Leżała na łóżku, przykryta kolorową kapą, w jasno oświetlonym pokoju. Ściany były drewniane, obwieszone pękami ziół. Niektóre suszone, inne dość świeże i gdyby Malwa była spokojniejsza, zauważyłaby, że od początku czuła ich zapach. Na szczęście był on na tyle delikatny, że jej nie przytłaczał. Z miejsca, w którym leżała wyraźnie widziała również wejście do pokoju, co nieco ją uspokoiło. Skoro nie mogła ukryć pleców, to przynajmniej zobaczy, jak ktoś się zbliża.
Spróbowała wziąć głębszy oddech i mimo, że był on drżący, pomogło jej się to skupić.
No dobrze. Czyli nie żadna dorożka ani nic, co wskazywałoby na to, że ktoś próbuje ją gdzieś zawieźć. To przynajmniej uspokoiło jej kołaczące serce, ale wciąż pozostawała czujna. W końcu, nigdy nic nie wiadomo.
Ponownie skupiła się na sobie. Wciąż była ubrana w swoją błękitną tunikę, ale czuła, że zdjęto jej spodnie. Dyskomfort sprawił, że skrzywiła się a cienkie igiełki strachu zaczęły ją kłuć w podbrzusze. Zamknęła na chwilę oczy, próbując się uspokoić. Przecież została ukąszona w udo. To z pewnością dlatego nie miała dołu, a tunika była na tyle długa, że przynajmniej z jednej strony sięgała za kolano. Może trafiła do medyka. Lyriana coś o tym wspominała.
Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ręce wciąż były w rękawiczkach, zdjęto jej tylko karwasze. Na szyi zaś czuła kojący chłód amuletu od Roya. Jeśli coś pójdzie nie tak, za kilka godzin będę mogła go powiadomić, pomyślała, biorąc kolejny głęboki oddech. Jednak strach jeszcze jej nie opuszczał.
Zaczęła uważniej przyglądać się pomieszczeniu. Kiedy omiotła spojrzeniem opartą o drugi koniec łóżka lutnię, odetchnęła z ulgą. Tuż przy niej dostrzegła również swoją torbę podróżną oraz miecz. Czyli ktoś przypilnował jej rzeczy i pomyślał o tym, by po przebudzeniu miała je na widoku. Czy tak zachowałaby się osoba, która chciałaby siłą przyprowadzić ją do domu?
Uniosła głowę, z zaskoczeniem odkrywając, że nie tylko była w stanie nią poruszyć bez tego dziwnego poczucia sztywności, ale też rozpuszczono jej włosy, chociaż czuła że kilka pasm wciąż było splecionych w warkoczyki. Najwyraźniej ktoś chciał, by było jej wygodnie.
Tuż nad sobą zauważyła kawałek materiału, prawdopodobnie zasłony. Spróbowała ją chwycić i westchnęła ucieszona, widząc, że palce zamykają jej się wokół materiału, chociaż szło to opornie. Dobrze. Czyli była osłabiona, ale jeśli przyjdzie co do czego, będzie mogła się bronić.
Tylko gdzie właściwie się znajdowała?
‒ Och. Widzę, że w końcu się obudziłaś.
Ciepły głos rozlegający się od strony wejścia zwrócił jej uwagę.
W progu stała leśna elfka; Malwa natychmiast rozpoznała to po ciemnym odcieniu skóry przypominającym drewno cedrowe. Jej uwagę przykuły ubrania kobiety; oliwkowa spódnica, beżowa koszula z krótkim rękawem i jaskrawy różowy gorset. Wyglądały jak zwyczajny, wiejski strój. Czy faktycznie była u medyka?
Czujnie przyglądała się kobiecie, gdy nieznajoma do niej podeszła. Ciemne brwi zmarszczyła w skupieniu, gdy Malwa odruchowo odskoczyła.
‒ Napędziłaś nam stracha, moja droga ‒ ciągnęła dalej nieznajoma, ujmując ją za podbródek. Malwa zmusiła się do spokoju. Na razie powinna grać na czas, ustalić, co się wokół niej dzieje. ‒ Kiedy Lyriana cię tu przyniosła, byłaś całkowicie nieresponsywna.
Zamrugała. Jeśli kobieta mówiła prawdę, to był to powód do zmartwienia. Mimo wszystko jad nie powinien tak na nią zadziałać, acz z drugiej strony… To pewnie były te komplikacje, których próbowała uniknąć. Nie zignorowała faktu, że kobieta zdawała się znać Lyrianę. Będzie musiała o nią delikatnie wypytać, ale na razie…
‒ Długo tu leżę? ‒ zapytała, pozwalając nieznajomej powoli obracać sobie głowę. Nie była w stanie powstrzymać tego, jak oddech zaczął jej przyspieszać. Jeśli jednak kobieta to zauważyła, nie skomentowała tego.
‒ Jest już popołudnie, ale dzień jeszcze nie minął ‒ odparła. Powoli, przyglądając się reakcji dziewczyny, odsunęła się w końcu od Malwy i przyjrzała jej się krytycznie. Brwi wciąż miała zmarszczone. ‒ Gorączka już ci spadła, jak widzę. Jak się czujesz?
Westchnęła. Powinna skłamać, czy nie?
‒ Nie najlepiej ‒ odparła wymijająco, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. ‒ Czuję się… strasznie ociężała? Ta pani kołdra jest miła, ale… Nie wiem. Sztywno mi jakoś.
Nacisk na materacu zelżał i Malwa usłyszała stukot obcasów nieznajomej.
‒ To normalne. Ukąszenie amfisbeny właśnie takie ma efekty. Masz szczęście, że nie dopadło cię to w trakcie walki. Inaczej miałabyśmy kłopot. ‒ Bardka wyczuła cień uśmiechu w głosie nieznajomej. Zaśmiała się nerwowo.
‒ To prawda ‒ mruknęła cicho. Głos medyczki docierał do niej z większej odległości.
‒ Jest coś, co powinnam o tobie wiedzieć? ‒ Chwila pauzy. Co dokładnie? Czyżby faktycznie jej nie znała? Była bezpieczna? ‒ Żebyś dostała odpowiednie leki.
Gdyby tylko mogła, Malwa przejechałaby sobie ręką po twarzy. Jeśli naprawdę kobieta nie miała złych zamiarów, dzielenie się faktami o sobie, mogłoby być… Niezręczne. Nie lubiła o tym mówić. Z drugiej strony, elfka wyraźnie zamierzała podać jej leki, więc jeśli skłamie, mogła pogorszyć swoją sytuację. Bezpieczniej byłoby być szczerą. Poza tym, skoro kobieta ją pytała, możliwe że rzeczywiście nie wiedziała, kim jest. Co też mogłoby oznaczać, że wtedy w lesie Lyriana tylko próbowała z nią flirtować.
‒ Miewam migreny. Dość silne, ale radzę sobie z nimi. Głównie pomaga mi napar z rumianku, czasem okłady z lawendy… Ach! I nie jestem półelfką. Proszę nie sugerować się uszami. Moja mama nią jest, ale… ojciec jest… człowiekiem. ‒ Korzystając z tego, że nieznajoma chwilowo jej nie widziała, Malwa skrzywiła się na samo wspomnienie. ‒ Nie wiem, czy to coś zmienia.
‒ Całkiem sporo ‒ usłyszała. Stukot obcasów rozległ się bliżej i dziewczyna uniosła głowę. Medyczka wróciła. Malwa dostrzegła, że w jednej ręce trzymała jakieś metalowe pudełko a w drugiej kubek z czymś parującym. ‒ Środki, których normalnie bym użyła, mogłyby ci zaszkodzić. W końcu ludzki organizm bywa o wiele słabszy od elfiego.
Malwa uniosła brwi. Zaciekawienie wygrało z podejrzliwością.
‒ Naprawdę? Zawsze miałam wrażenie, że niewiele się różnimy, przynajmniej pod tym względem.
Nieznajoma się zaśmiała. Odłożyła przyniesione rzeczy na szafkę nocną, tuż obok wazonu wypełnionego mleczami.
‒ Powszechny błąd. Niektóre rośliny trujące dla ludzi, dla elfów mogą być nieocenionym lekarstwem… Ale w takim razie dobrze, że zaufałam instynktom. ‒ Dość powoli przyklękła na podłodze. Malwa niemal zadrżała, widząc jak kobieta uważnie jej się przygląda. ‒ Zanim jednak przejdziemy dalej… Co mogę zrobić, żebyś mi zaufała, co? ‒ Uniosła rękę, widząc, że Malwa otwiera usta. ‒ Skarbie, drżysz jak osika. Za długo się tym zajmuję, by nie zauważyć, że ktoś się mnie boi.
Jej ciepły, wyrozumiały ton działał. Sprawił, że coś w Malwie ścisnęło się boleśnie. Brzmiał tak… matczynie. Dziewczynie niemal zrobiło się wstyd. Ale… Nie mogła, po prostu nie mogła ryzykować.
‒ Jeśli rzuciłabym zaklęcie… I… Wtedy bym była pewna… ‒ zaczęła się jąkać. Próbując uciec od spojrzenia nieznajomej, odwróciła wzrok. Dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy kobieta odparła:
‒ Proszę bardzo.
Gdyby była w stanie, Malwa zaczęłaby pocierać ze zdenerwowania nadgarstki. Tak po prostu się zgadzała? Nawet nie powiedziała jej, jakie to byłoby zaklęcie! Czy naprawdę wszystko było w porządku?
Zerknęła w bok. Nieznajoma nie ruszyła się z miejsca, wyraźnie czekając na ruch z jej strony.
‒ Naitie.
Po wypowiedzeniu inkantacji Malwa poczuła jak coś się zmieniło. Atmosfera wokół zrobiła się dziwnie ciężka. Gdzieś w żołądku poczuła ścisk, ale nie na tyle silny, by budził w niej dyskomfort. Wręcz przeciwnie. Był on… dziwnie kojący.
Nieznajoma wciąż tylko delikatnie się uśmiechała.
‒ To o co chcesz mnie zapytać?
‒ Gdzie jestem? ‒ Ton Malwy był może niepotrzebnie napastliwy, ale spokój nieznajomej irracjonalnie jeszcze bardziej wytrącał ją z równowagi. Nie była do tego przyzwyczajona. Jej ojciec… Nie należał do najcierpliwszych osób, podobnie siostra. Jedynymi osobami które zawsze znosiły jej humory byli brat i dziadek.
‒ Jesteś w Ferrengrove.
Przez przestrzeń między nimi przeszła iskra, a przyjemne uczucie w żołądku Malwy wzmocniło się. Kobieta mówiła prawdę. Jednak coś nie dawało jej spokoju.
‒ Gdy wyliczałam drogę, niczego takiego nie widziałam na mapie.
Tym razem w końcu coś przebiło się przez spokój nieznajomej. Pokręciła głową, wyraźnie zrezygnowana. Jednak, gdy odezwała się, w jej głosie nie było nawet cienia irytacji.
‒ Nic dziwnego, że nie ma nas na mapie. To nie jest duża wioska, a biorąc pod uwagę, że zamieszkują ją same elfy… Cóż. Powiedzmy, że nie za wiele osób by się nami interesowało.
Słysząc to Malwa zmarszczyła brwi. Nie kojarzyła, aby w Sembii lub nawet w Cormanthyrze miały miejsce jakieś niesnaski pomiędzy elfami a jakąkolwiek inną rasą. O ile dobrze pamiętała, te tereny były zamieszkiwane głównie przez elfy i ludzi. Skąd więc ta cierpka reakcja nieznajomej?
Choć ciekawość trawiła ją od środka, miała ważniejsze pytania.
‒ Kim pani jest?
‒ Jestem Irriel. Pracuję tu jako medyczka.
Czyli to musiała być matka Serune. O niej mówiła Lyriana na polanie. Teraz, gdy Malwa przyjrzała jej się bliżej, mogła zauważyć, że coś w kształcie oczu i zarysowaniu szczęki przypominało jej dziewczynkę.
Wszystko powoli składało się w jedną całość, ale… Zostało najważniejsze pytanie.
Malwa wzięła głęboki wdech.
‒ Wie pani, kim jestem?
Odpowiedź była krótka.
‒ Nie.
Iskra przebiegła ponownie. Ciepło się wzmocniło.
Irriel mówiła prawdę.
A Malwa w końcu mogła odetchnąć z ulgą.
Zacisnęła palce na kołdrze i spuściła głowę. Bogowie. Wykończy ją to kiedyś, ale… Nie mogła, po prostu nie mogła ryzykować.
‒ Dziękuję pani.
Kobieta zaśmiała się.
‒ Żadna pani. Mów mi po imieniu, kochanie.
Malwa kiwnęła głową, nie patrząc na nią. Wstydziła się swojego zachowania. W dodatku, wciąż nie mogła zrozumieć, jakim cudem kobieta traktowała ją z taką dobrocią. Ktoś inny już dawno straciłby cierpliwość…
Poczuła, jak robi jej się zimno.
‒ Teraz pozwolisz mi się sobą zająć?
‒ Tak.
Po chwili poczuła jak dłonie Irriel wsuwają jej się pod plecy. Zesztywniała, mimo że dotyk medyczki pozostawał delikatny. Serce zabiło jej mocniej, ale zmusiła się by odetchnąć.
‒ No to do góry.
Jestem u medyczki. Nic mi nie grozi, pomyślała Malwa i próbując się uspokoić, pozwoliła, by kobieta pomogła jej się podnieść. Irriel chyba wyczuła jej spięcie, bo natychmiast jej dotyk zniknął. Bardka mimowolnie odetchnęła z ulgą. Tymczasem medyczka sięgnęła po napar. Malwa nie była w stanie po samym zapachu stwierdzić, co to dokładnie było, ale z pewnością jakieś zioła.
‒ Co to?
‒ Napar z miłorzębu i winorośli. Pomoże ci z zastaniem mięśni ‒ Iskra. Ciepło. Malwa ostrożnie wzięła kubek i upiła łyk. Zioła może nie smakowały najlepiej, ale wiedziała, że nie miała z czym dyskutować. Bądź co bądź leki miały pomagać, nie smakować. Kątem oka dostrzegła, jak Irriel uśmiechnęła się z aprobatą. ‒ No, widzę, że mądra z ciebie dziewczyna. Miałam wątpliwości, gdy Serune opowiedziała mi, co się stało.
Niemal się zakrztusiła.
‒ Co ma… ekhem… pani na myśli? ‒ zapytała, odkasłując. Kobieta zmierzyła ją tak ostrym spojrzeniem, że Malwa poczuła jak wbrew sobie kuli się w środku.
‒ Rzucanie się samemu na amfisbenę chyba nie należy do najrozsądniejszych decyzji, nie sądzisz? ‒ Poczuła jak rumieniec wstydu wypływa jej na policzki. Nie mogła się z tym kłócić. Niepewnie założyła kosmyk za ucho, spuszczając wzrok.
‒ Nie mogłam nie zareagować ‒ odparła cicho, dziwiąc się samej sobie, że odczuwała potrzebę wytłumaczenia się nieznajomej. Ale coś w jej postawie było tak… matczynego, że Malwa poczuła się jak mała dziewczynka przyłapana na kradzieży ciastka. Choć… Na takie przewinienie, jej rodzice z pewnością zareagowaliby zupełnie inaczej.
‒ Rozumiem i jako matka, jestem ci wdzięczna. Ale jako medyczka… ‒ Kobieta westchnęła. ‒ Grunt, że nikomu nic się nie stało. ‒ Mówiąc to, sięgnęła po metalowe pudełeczko i delikatnie uniosła kołdrę. Chłód otoczenia wywołał na skórze Malwy gęsią skórkę, ale nie odsunęła się. Teraz, gdy była już pewna, że naprawdę rozmawia z medyczką, jej wcześniejszy dyskomfort ustąpił. ‒ Swoją drogą, jak się właściwie nazywasz? Ani Serune, ani Lyriana nie były w stanie mi powiedzieć.
Bardka uśmiechnęła się do siebie. Kolejny dowód na to, że Lyriana nie została kupiona przez ojca.
‒ Malwa. Miło mi panią poznać ‒ Niepewnie wyciągnęła rękę w jej stronę. Napar chyba rzeczywiście pomógł, bo teraz nie napotkała już żadnego oporu przed wykonaniem gestu. Jakieś wesołe ogniki zatańczyły w oczach Irriel, gdy mocno uścisnęła jej dłoń.
‒ Ciebie również, Malwo. Chociaż wolałabym, byśmy spotkały się w innych okolicznościach. ‒ Jej głos spoważniał, a wzrok przeniosła z powrotem na ranę, sprawnie odwiązując bandaż. Malwa zaśmiała się nerwowo. ‒ I przypominam, żadna pani. Czuję się przez to staro. ‒ Mówiąc to, Irriel wymownie spojrzała na pasmo siwych włosów, które wymknęło się z jej przebitego dwiema szpilkami koka. O dziwo, była to jedna z niewielu wskazówek na wiek elfki. Prócz tego jednego pasma, jedynie zmarszczki wokół oczu mogły ją zdradzać. Włosy wciąż były ciemnobrązowe, chociaż o kilka tonów jaśniejsze niż Serune.
‒ A co z Serune? Jak ona się czuje?
‒ Dobrze. Tak jak mówiłam, wystraszyłaś ją, ale jestem pewna, że gdy zobaczy, że jesteś cała i zdrowa, to się uspokoi. ‒ Szarpnęła głową, wskazując na wazon. ‒ To właśnie dla ciebie przyniosła te mlecze.
Tym razem uśmiech Malwy był już pewniejszy. Wyciągnęła dłoń w stronę kwiatów i delikatnie musnęła płatki.
‒ Na pewno przydadzą mi się na przyszłość. ‒ Pamiętała, że te rośliny były do czegoś przydatne, ale musiałaby sobie dokładniej przypomnieć do czego. ‒ Z nich można było wytwarzać jakieś leki, prawda?
‒ Na niestrawność ‒ padła rzeczowa odpowiedź. Malwa spłoniła się, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Ach. No to chyba aż tak przydatne nie będą, ale… Zawsze był to miły gest. ‒ No, kochanie, nie ma tragedii.
Te słowa zwróciły uwagę Malwy z powrotem na ranę. Faktycznie, ślad po ukąszeniu był niewielki, pomimo rozmiarów amfisbeny. Dwa ciemniejsze punkciki odznaczały się na bladej skórze, ale równie dobrze można by je wziąć za piegi. Malwa nie widziała tam żadnego zaczerwienienia. Całe szczęście.
Tymczasem Irriel sięgnęła po maść. Nabrała nieco i przez chwilę ogrzewała ją między palcami. Potem rozsmarowała ją na udzie dziewczyny.
‒ Noc powinnaś spędzić tutaj. Jeśli Kolvar nie będzie miał miejsca, możesz zostać u mnie. ‒ Nim Malwa zdążyła zapytać, kim jest Kolvar, Irriel dodała: ‒ To nasz karczmarz.
‒ Nie mówiłaś przed chwilą, że jesteście zapomnianą wioską?
Kąciki ust Irriel drgnęły.
‒ No, na pokojach może i nie zarabia dużo, ale każdy lubi się czasem zabawić, prawda? Szczególnie młodzi.
Malwa mogła tylko skinąć głową. Z uwagą przyglądała się, jak Irriel z powrotem bandażuje jej ranę, próbując na wszelki wypadek zapamiętać jej ruchy.
Pozostała jeszcze jedna kwestia.
‒ Tę Lyrianę też można tam spotkać?
Uśmiech Irriel poszerzył się.
‒ Czyżbyś chciała jej podziękować? ‒ Ton, jakiego użyła sprawił, że Malwa się lekko zaczerwieniła. Jednak tym razem nie poddała się wstydowi. Wręcz przeciwnie, dumnie uniosła głowę i odparła:
‒ Oczywiście. Droga tutaj nie mogła być łatwa, a mimo to, doniosła mnie tu. Należą się jej podziękowania. Tak samo jak i tobie ‒ Spojrzała w bok, na swoją torbę. ‒ Ile jestem ci winna?
Irriel wzruszyła ramionami.
‒ Nie zawracaj sobie tym głowy. Jeśli o mnie chodzi, wykonywałam tylko swój obowiązek. Poza tym ‒ Wstała, strzepując kurz ze spódnicy. ‒ Lyriana pewnie powie ci to samo.
Na to Malwa uniosła brew.
‒ Codziennie zajmuje się ratowaniem ludzi?
Irriel zaśmiała się. Malwie bardzo podobał się ten dźwięk. Przywodził jej na myśl coś bezpiecznego i spokojnego.
‒ Nie. Ale codziennie patroluje teren. Jest naszą łowczynią i powiedzmy, że i obrończynią. Sprawdza, czy coś nam nie grozi i czasem… Przyprowadza mi pacjentów. ‒ Malwa miała w sobie na tyle przyzwoitości, że uśmiechnęła się tylko nieśmiało. Nie zignorowała faktu, że iskra się pojawiła. ‒ O tej porze powinna już wrócić, więc możliwe, że spotkasz ją w karczmie.
To już coś. Przyjazna atmosfera, trochę alkoholu i z pewnością wtedy będzie mogła do końca uspokoić swoje zszargane nerwy.
‒ Tylko nie pij. Nie masz już jadu w organizmie, ale te zioła nie mieszają się dobrze z alkoholem. I chyba nie muszę ci mówić, że masz się nie nadwyrężać.
…w takim razie herbata też chyba będzie odpowiednia.
Malwa mogła tylko pokiwać głową. Wzrok uciekł jej w stronę pozostawionej na szafce maści.
‒ A powiedziałabyś mi, z czego zrobiona jest ta maść? ‒ Widząc zaskoczone spojrzenie Irriel, szybko dodała: ‒ Podróżuję samotnie i… Cóż, chyba zawsze lepiej wiedzieć, jak sobie samemu poradzić, prawda?
Coś… dziwnego błysnęło w oczach Irriel, ale po chwili na jej twarzy pojawił się ciepły uśmiech. Przysiadła z powrotem obok Malwy.
‒ Jeśli chcesz wiedzieć…



Komentarze
Prześlij komentarz