1.3



Słońce już zaczynało zachodzić, gdy Malwa wyszła z domu Irriel. Zabawiła tam znacznie dłużej, niż się spodziewała, ale nie przeszkadzało jej to. Zdziwił ją ogrom wiedzy kobiety; zdawał się dorównywać najlepszym lekarzom z Kelazzan. Irriel cierpliwie i dokładnie odpowiadała na pytania bardki na temat maści, sposobów leczenia ukąszeń i tym podobnych. 

W międzyczasie do domu wróciła Serune. Irriel miała rację. Wyglądało na to, że dziewczynkę zżerało poczucie winy. Malwa z łagodnym uśmiechem przyjęła kolejny bukiecik polnych kwiatów, a na wszystkie jej tłumaczenia i przeprosiny reagowała tylko słowami zrozumienia i pocieszenia. Koniec końców, to nie wina Serune, że w tym miejscu grasowała amfisbena.

Jednak czas już było na nią i mimo nalegań dziewczynki, Malwa delikatnie odmówiła zatrzymania się u nich. Już i tak czuła się nieswojo z tym, że Irriel nie chciała nic słyszeć o zapłacie; nie zamierzała dodatkowo nadużywać jej dobroci.

Teraz szła w stronę wspomnianej przez Irriel karczmy o wdzięcznej nazwie „Błędny Ognik”, prowadzonej przez niejakiego Kolvara, z zaciekawieniem rozglądając się dookoła. 

Ferrengrove rzeczywiście nie należało do największych wiosek. Znajdowało się nad brzegiem dużego jeziora (Irriel powiedziała, że nazywało się Sember). W wiosce było kilka ścieżek, które mogłyby udawać ulice, ale między domem Irriel a karczmą znajdowało się zaledwie kilka budynków. Z tego co zauważyła Malwa, większość z nich i tak była zebrana niedaleko brzegu i w części sugerującej środek wioski. Tylko pojedyncze budynki znajdowały się tuż przy ciemnej linii lasu.

Idąc przez Ferrengrove, Malwa zrozumiała komentarz medyczki na temat braku przejezdnych i uprzedzenia do elfów. Podczas gdy wiele z mijających ją osób to były elfy leśne, większa część przechodniów miała cechy elfów zielonych. Dziewczyna pamiętała, że ten konkretny gatunek trzymał się z dala od reszty Faerunu i raczej pozostawał w lasach. Stereotypowo byli również zamknięci na świat, ale, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardka stwierdziła, że to mogło mijać się z prawdą. Pomimo znalezienia się w zamkniętej społeczności, nie czuła na sobie zbyt wielu spojrzeń a większość nazwałaby bardziej zaciekawionymi niż podejrzliwymi. Tutejsze elfy nosiły również proste, wiejskie ubrania, ale nie brakowało też wyszukanych materiałów; nie mogła więc to być stereotypowa, zubożała wieś, zapomniana przez świat i ludzi.

Ciekawe, skąd biorą materiały? zastanowiła się Malwa, przekraczając próg karczmy. Powitała ją wesoła muzyka i gwar. Od razu rozpoznała melodię i zaciekawiona spojrzała w stronę podestu. Uśmiechnęła się, widząc jak elfi bard właśnie obrócił się w rytm muzyki, a jego krótkie, czarne włosy poprzetykane złotymi nićmi błysnęły w niewątpliwie magicznym świetle ciężkich lamp. Łatwo było je rozpoznać po charakterystycznym, dziwnie białym poblasku.

Nucąc do siebie, dziewczyna pewnie podeszła do kontuaru. Karczmarz był zielonym elfem, o bardzo ciemnej skórze, z jasnozielonymi wzorami wymalowanymi na muskularnych ramionach i pociągłej twarzy. Zamieniła z nim kilka słów, na razie jednak nic jeszcze nie wspominając o potrzebie wynajęcia pokoju, ale Malwa nie była jeszcze pewna, czy zostanie w Ferrengrove, chociaż gdy żegnała się z Irriel, kobieta zażądała, by pojawiła się u niej z rana. Zamówiła jedynie posiłek i posyłając w stronę karczmarza ciepły uśmiech, oddaliła się w stronę wcześniej upatrzonego kąta.

Czując za plecami ścianę i mając widok na całą karczmę, Malwa pozwoliła sobie się rozluźnić. Nie zawsze czuła się bezpiecznie wśród tłumów, ale… Tutejsza atmosfera wpływała na nią kojąco. Bard przygrywał teraz spokojniej, dając gościom czas na wesołe rozmowy. Większość z nich wydawała się być blisko ze sobą. Siedzieli w sporych grupach, czasem pokrzykując przyjaźnie do kogoś znajdującego się po zupełnie innej stronie karczmy. Śmiechy rozbrzmiewały tak często, że sama Malwa zaczęła się uśmiechać. Lubiła obserwować szczęście innych.

Zastanawiała się, co teraz. Niby straciła cały dzień, więc istniało ryzyko, że nie dotrze do Sembii na czas. Na szczęście, Irriel wspominała, że gdzieś w okolicy rezydował kurier, więc w ostateczności mogła mu przekazać list. Lepiej by było, gdyby sama go dostarczyła, ale w tej sytuacji mogła skorzystać z pomocy. Najważniejsze by nie minąć się z łącznikiem. Oczywiście, będzie musiała zostawić z kurierem coś, co pokazałaby, że wiadomość przyszła od niej…

Drzwi karczmy otworzyły się, przykuwając uwagę Malwy. Natychmiast wyprostowała się, widząc Lyrianę. Kobieta nie dostrzegła jej. Spokojnym krokiem zmierzała w stronę karczmarza. Sądząc po jej stroju i fryzurze, musiała już skończyć patrol. Zamiast zielono-brązowej, lekkiej zbroi, Lyriana była teraz ubrana w jasnoniebieską koszulę, odsłaniającą jej ramiona i długą, ciemnofioletową spódnicę. Jej kolor idealnie pasował do róż wyhaftowanych na długich, bufiastych rękawach. Włosów nie miała już spiętych w koński ogon; część została zebrana w dwa niskie koczki po obu stronach głowy, a reszta puszczona wolno. Wyglądała naprawdę pięknie.

Malwa mimowolnie zabębniła palcami o blat, przekrzywiając głowę. Powinna ją zawołać? Wydawało jej się to nieeleganckie, ale z drugiej strony nie chciała zacząć jej przepytywać tuż przy karczmarzu; jeśli jej podejrzenia były bezpodstawne, zrobiłaby niepotrzebnie scenę. Nie, lepiej było poczekać.

Także gdy Lyriana w końcu odwróciła się od kontuaru, Malwa zwyczajnie upewniła się, że kobieta patrzy w jej kierunku i do niej zamachała. Dostrzegła, jak elfka przekrzywia w zaciekawieniu głowę. Podeszła.

‒ Widzę, że już nic ci nie jest, królewno? ‒ zapytała, opierając się biodrem o stół. Mimowolnie, Malwa skrzywiła się. Rozluźnione ramiona ponownie się spięły, ale próbowała to ukryć.

‒ Nie. Wasza medyczka jest naprawdę cudowna i poskładała mnie szybciej, niż możnaby się spodziewać ‒ odparła. Nie umknął jej fakt, że Lyriana zlustrowała ją od stóp do głów. Nawinęła kosmyk włosów na palec. Oceniała pracę Irriel, czy też może… ‒ Naprawdę jestem ci wdzięczna. Wiesz, za to w lesie. Pewnie gdyby nie ty, napędziłabym stracha Serune.

Kobieta westchnęła, przewracając oczami.

‒ Serune czasem przydałaby się porcja strachu. Jest zbyt lekkomyślna. ‒ Pokręciła głową, a Malwa z zaskoczeniem rozpoznała w jej głosie nutę goryczy. ‒ Acz z drugiej strony… Amfisbena! ‒ prychnęła. Bardka zmarszczyła brwi. Przez myśl jej przemknęło, czy by nie użyć tego samego zaklęcia, co w domu Irriel, ale odrzuciła ten pomysł. To działało tylko wtedy, gdy była z daną osobą sam na sam. W karczmie miałaby zbyt wiele bodźców, by ustalić, kiedy to Lyriana mówiła prawdę, a kiedy ktoś ze stolika obok.

Pozostawało trzymanie się neutralnego gruntu.

‒ Czy one… Są tu często? Gdy pytałam o okolicę, nikt nie wspominał o potworach.

‒ Nie. Przynajmniej nie odkąd ja tu jestem ‒ odparła Lyriana z przekonaniem. I mimo że Malwa wciąż pozostawała czujna, nie mogła powstrzymać uśmiechu, słysząc pewność w jej głosie ‒ Większość potworów wie, że lepiej trzymać się od nas z daleka.

‒ Nie wątpię. ‒ Malwa oparła brodę na dłoni. Zastanawiała się przez chwilę nad kolejnym krokiem. ‒ Skoro ty jesteś odpowiedzialna za wasze bezpieczeństwo, jestem pewna, że pół lasu już was unika.

Flirt chyba zadziałał. Lyriana zaśmiała się, kręcąc głową. Miała inny śmiech od Irriel. Wyższy, ale nie mniej przyjemny dla ucha. Przypominał dzwoneczki.

‒ Och, bo się zaczerwienię. ‒ Przysiadła na skraju stołu, nachylając się w stronę bardki. Z tej odległości Malwa mogła dostrzec czerwone kreski wymalowane na dolnych powiekach Lyriany. Na jej szyi błysnął bursztyn zawieszony na ciemnofioletowej aksamitce. ‒ Zawsze tak komplementujesz innych?

‒ Tylko gdy rozmawiam z damami, które ratowały mnie z opałów ‒ odparła, pozwalając by uśmieszek rozciągnął jej usta. Lyriana prychnęła, ale delikatny rumieniec zdradzał, że kokieteryjność Malwy jej nie przeszkadzała.  ‒ Jak mogę ci się odwdzięczyć, co? ‒ widząc, że tamta już otwiera usta, natychmiast dodała: ‒ I nie mów, że niczego nie chcesz. Już Irriel wykręciła się od zapłaty. Nie przyjmę odmowy po raz drugi.

To zdało się zaciekawić łowczynię. Przekrzywiła głowę.

‒ Większość osób zwyczajnie przyjęłoby czyjąś dobroć.

Malwa wzruszyła ramionami.

‒ Cóż, nie jestem jak większość. Poza tym… Za dobroć też można się odpłacić, nie sądzisz? ‒ przez chwilę przyglądały się sobie uważnie. Sądząc po minie, Lyriany, kobieta nie do końca ją zrozumiała. Ale gdy po chwili tylko przymrużyła powieki, Malwa wiedziała, że zdołała ją przynajmniej do siebie przekonać.

‒ Cokolwiek zechcesz, królewno.

Dobry nastrój prysł niczym bańka mydlana. Malwa zmarszczyła brwi i mimowolnie odsunęła się. Lyriana wciąż jej się przyglądała z lekko zaczepną miną.

‒ Skąd ten tytuł? Nazywasz tak każdą damę w opresji? ‒ rzuciła bardka z oskarżycielską nutą. Jeśli się myliła, wtedy przeprosi. Na razie musiała pozostać czujna.

W odpowiedzi Lyriana uniosła brwi, a jej wzrok powędrował w dół.

‒ A czy nie tak powinnam tytułować panienkę z sygnetem? Nie jesteś księżniczką czy coś?

Dopiero wtedy Malwa powiodła wzrokiem za jej spojrzeniem. Lyriana przypatrywała się z uwagą jej dłoni, a dokładniej sygnetowi, który nosiła na palcu. Bardka zamrugała, zdając sobie sprawę, że wtedy w lesie elfka nazwała ją królewną również dopiero gdy uniosła jej dłoń.

Poczuła, jak czerwienią jej się końcówki uszu. Naprawdę była zbyt podejrzliwa. Co jej strzeliło do głowy? Że ojciec mógłby wysłać szpiega do zapomnianej przez bogów wioski? Irriel twierdziła, że Lyriana pracowała u nich od dawna. A teraz elfka nawet nie wiedziała, jak się do niej zwracać. Malwa widziała, że jej zdumienie było szczere. I podobnie jak u medyczki, zrobiło jej się głupio. Dobrze, że przynajmniej się nie wydała…

Żeby ukryć swoje zmieszanie, machnęła lekceważąco ręką, upijając łyk wody.

‒ Nie jestem królewną, tylko baronówną ‒ poprawiła. Kątem oka spostrzegła, że Lyriana wygodniej rozsiadła się na stole. 

‒ I co panna baronówna robiła sama w lesie bez swojego orszaku?

O dziwo, jej lekko kpiący ton podziałał na Malwę na tyle uspokajająco, że pozwoliła sobie na zaczepny uśmieszek, chociaż czuła, że ramiona jej się spięły na samo wspomnienie swojego pochodzenia.

‒ Podróżowała. ‒ Poklepała swoją lutnię. ‒ Pracuję jako bardka. Uprzedzając pytania, tak, ojczulek o wszystkim wie. Wysłał mnie w drogę bym... ‒ Machnęła ręką. ‒ Ach, nauczyła się wartości pieniądza, rozejrzała się sama po świecie, chwilę pobyła na wolności, takie tam bzdury ‒ dokończyła lekceważącym tonem. Wpatrując się gdzieś w dal nie dostrzegła, że Lyriana zmarszczyła brwi.

‒ Daleko ta twoja baronia?

Zimny dreszcz przebiegł Malwie po karku. Ponad dwa tysiące mil stąd...

‒ Dość ‒ rzuciła krótko. Palcami zabębniła o kufel, próbując jakoś rozluźnić spięcie mięśni. Jednak gdy tylko mignął jej sygnet, przeniosła wzrok na Lyrianę, która teraz siedziała z ręką opartą na policzku. Malwę zdziwiła jej skupiona mina. ‒ A co?

Łowczyni wydęła usta. Przez chwilę milczała, jakby miała w głowie wiele pytań i myślała, które zadać.

‒ Wiesz, zastanawiałam się, jak daleko musiałabym pójść, by dowiedzieć się, jak ci na imię.

Malwa zachichotała pomimo uczucia gorąca, które wypłynęło jej na policzki.

‒ No tak, gdzie moje maniery. ‒ Wyprostowała się i wyciągnęła zalotnie dłoń. ‒ Malwa.

Lyriana chwyciła ją, delikatnie przesuwając kciukiem wzdłuż palców ‒ Lyriana. ‒ Dotyk był krótki, ale zostawił po sobie ciepłe echo. Tymczasem elfka ponownie zerknęła w stronę jej sygnetu. ‒ Ciekawe. Myślałam, że…

Malwa westchnęła. Ponownie odwróciła wzrok, wpatrując się w pierścień, a konkretniej w fantazyjnie wygrawerowane na nim litery D i G.

‒ Jestem Malwa ‒ powtórzyła z mocą, która zaskoczyła nawet ją samą. Choć nie bardziej, niż ciężka nuta, która wkradła się w jej ton. Potrząsnęła głową i gdy ponownie spojrzała w stronę Lyriany, już niepewnie się uśmiechała. ‒ Szczególnie gdy nie zajmuję się oficjalnymi sprawami.

Nie była pewna, czy przekonała łowczynię. Spojrzenie miała dziwnie poważne, uważne, jakby Lyriana próbowała ją wyczuć. Powoli, dając Malwie mnóstwo czasu na odsunięcie się, odgarnęła pasmo jej włosów za ucho, odsłaniając zielone oczy. Bardka mimowolnie wstrzymała oddech, gdy znów otoczył ją znajomy już zapach lawendy i cynamonu. Gdy Lyriana się odezwała, jej głos brzmiał łagodnie:

‒ Rozumiem.

I może to przez ten czuły gest, może przez tę szczerość czy delikatność kobiety, Malwa poczuła, jak coś w środku niej się zaciska by zaraz puścić. Zamrugała, jednocześnie zaskoczona jak i… poruszona. Głos na moment uwiązł jej w gardle, a serce zatrzepotało. Lyriana… Chyba naprawdę ją rozumiała.

Serce jej podskoczyło, gdy usta Lyriany drgnęły w delikatnym uśmiechu. Dawno nie czuła się tak… Widziana.

Odchrząknęła.

‒ Przepraszam.

Lyriana pokręciła głową.

‒ Nie masz za co… ‒ odsunęła się, przechylając głowę. Filuterny uśmiech powrócił, a Malwa poczuła, że znów może oddychać. ‒ Malwo.

Bardka parsknęła cicho. Elfka wypowiedziała jej imię wolno, uważnie, jakby smakowała jego brzmienie na swoich ustach. Ciepło w jej piersi rozlało się szerzej.

‒ A więc? Co do twojej zapłaty?

Lyriana przewróciła wymownie oczami. Założyła nogę na nogę i wydęła usta. Wyglądała na niezadowoloną.

‒ Nie odpuścisz, co?

‒ Nie ma mowy.

Wzrok elfki powędrował w stronę lutni Malwy, a później z powrotem ku niej.

‒ To może jakaś piosenka? Albo… ‒ teatralnym gestem przyłożyła sobie palec do policzka. Bardka nie mogła powstrzymać uśmiechu. ‒ Jakieś plotki czy wieści ze świata również mi wystarczą.

Teraz to Malwa przewróciła oczami. Z ciężkim westchnieniem oparła się o ławę, unosząc brew.

‒ Czy wy tu nie uznajecie pieniędzy, czy co?

‒ Aż tak ci to przeszkadza?

I choć ton Lyriany był tylko zalotnie przekorny, nadąsana Malwa skrzyżowała ręce na piersiach.

‒ Owszem. Chcę zwyczajnie pokazać ci, jak bardzo jestem wdzięczna i że doceniam twoją pracę.

‒ I koniecznie musi być to okazane pieniędzmi?

Zamrugała. Nie była pewna, czy Lyriana miała na myśli to, co jej niechętnie przemknęło z tyłu głowy. Zazwyczaj, gdy znajdowała się w takich sytuacjach, jej wybawiciel zawsze żądał pieniędzy. Owszem, czasem zdarzały się przysługi, ale nigdy aż tak… Trywialne jak te, które proponowała Lyriana. Z drugiej strony… Kobieta sprawiała wrażenie takiej, która twardo obstawała przy swoim. Któraś musiała ustąpić.

‒ Niech będzie. Ale! ‒ przyłożyła palec do ust Lyriany. Ta tylko przymrużyła powieki, zaciekawiona. ‒ Żadne “albo albo”. Dostaniesz i wieści, i piosenkę. ‒ Dopiero wtedy odsunęła się, napawając się lekkim rumieńcem, który wypłynął na policzki Lyriany.

‒ Dobrze ‒ odparła miękko. ‒ To może na początek zaczniesz od Cormanthyru?

Na ten temat Malwa mogła rozwodzić się dość długo. Opowiedziała więc Lyrianie o niedawnych zaręczynach królewicza, wspomniała o targu w Elventree. Cieszyło ją żywe zainteresowanie towarzyszki. Wyraźnie spijała każde słowo z jej ust, zadając przy tym wiele pytań. Wyglądało na to, że Lyriana interesowała się poszczególnymi rodami i innymi politycznymi tematami, jakby kalkulując sobie w głowie, jak to wpłynie na jej pracę, a Malwa z radością dzieliła się tym, co wiedziała. 

W trakcie rozmowy Lyriana zsunęła się z blatu, siadając bliżej Malwy. Ich dłonie jeszcze się nie dotykały, ale bardka już czuła ciepło łowczyni. Nieświadomie rozprostowała palce.

‒ No, to tyle jeśli chodzi o Cormanthyr. Natomiast co do Sembii… Na razie niewiele wiem.

Dłoń Lyriany drgnęła.

‒ Tam teraz się wybierasz?

Malwę zaskoczyła troska w jej głosie. Z tego co słyszała, Sembia nie była bardzo niebezpieczna. Owszem, wiedziała o kulcie smoka, ale podobno w stolicy pozostały tylko jego resztki. Roy ostrzegł ją też o plotkach dotyczących wyznawców Shar, bogini ciemności, którzy mieli czaić się w Ordulinie, ale przecież nie zamierzała tam zostać długo. 

‒ Tak, jutro idę dalej. ‒ Dostrzegła, jak coś dziwnego błysnęło w oczach Lyriany na te słowa, ale o wiele bardziej zaabsorbowało ją to, że elfka wyraźnie spięła ramiona.

‒ Nie mnie się wtrącać, ale… To nie jest najlepszy pomysł ‒ odparła. To sprawiło, że Malwa zmarszczyła brwi.

‒ Mam tam coś do załatwienia ‒ Wyciągnęła rękę i złapała za dłoń Lyriany. Delikatnie splotła ich palce, chcąc jakoś dodać jej otuchy. Uśmiechnęła się pocieszająco, ale widząc, że elfka ucieka wzrokiem, łagodnie ujęła ją za podbródek. ‒ Jest coś, o czym powinnam wiedzieć?

Lyriana westchnęła ciężko. W jej spojrzeniu czaiła się troska, która naprawdę zaskoczyła Malwę. Nie wiedząc jak zareagować, bardka zwyczajnie pogładziła łowczynię kciukiem po policzku, cierpliwie czekając na odpowiedź.

‒ Władze Daerlunu pomagają tylko sobie. Jeśli ktoś cię napadnie, będziesz musiała radzić sobie sama. ‒ Malwa uniosła brew, słysząc gorycz w jej głosie. Mimo to milczała. ‒ Tam… Tam roi się od bandytów czyhających na nieświadomych podróżnych. ‒ Lyriana głęboko westchnęła, w końcu unosząc wzrok. ‒ Ale… Nie wykluczam, że mam przedawnione informacje. Ostatnio słyszałam o Daerlunie kilka lat temu. Mamy bliższe relacje z Ordulinem. Może coś się zmieniło?

Nutka nadziei w jej głosie, sprawiła, że Malwie ścisnęło się serce. Chcąc ją wesprzeć, pogładziła ją po dłoni.

‒ Doceniam twoją troskę. Również mam nadzieję, że coś się zmieniło i… Jeśli cię to pocieszy, na razie nie wybieram się do stolicy, tylko do Ordulinu. Podobno jest tam bezpieczniej.

Lyriana wyraźnie odetchnęła z ulgą.

‒ Tak. O wiele.

Malwa lekko stuknęła ją w nos, uśmiechając się, gdy ta zachichotała. 

‒ Nie mów, że tak się do mnie przywiązałaś w kilka godzin.

To zdanie zaowocowało przeciągłym spojrzeniem elfki. 

‒ Cóż. Jesteś ładna i wydajesz się intrygująca. Szkoda by było, gdybyś nagle zniknęła.

‒ Uznam to za komplement. Poza tym… ‒ Malwa przekrzywiła głowę, czując jak włosy spływają z jej ramienia, odsłaniając szyję. Zadrżała, widząc, że Lyriana skupiła na niej wzrok. ‒ To samo mogłabym powiedzieć o tobie.

Odpowiedziało jej tylko znaczące  mruknięcie. Zamilkły na chwilę. Malwa wciąż głaskała ich splecione dłonie, rozkoszując się ich ciepłem. Wpatrywała się w oczy Lyriany, zafascynowana sposobem, w jaki zimne światło lampy podkreślało ich głębię. Elfka natomiast błądziła spojrzeniem po twarzy Malwy; od oczu, przez linię drobnego nosa aż po usta. Na nich zatrzymała się dłużej, sprawiając, że bardka uśmiechnęła się leniwie.

‒ Co? Mam coś na twarzy?

‒ Podziwiam tylko twoją szminkę ‒ wymruczała Lyriana. W jej oczach błysnęły przewrotne ogniki.

Malwa oparła brodę na dłoni, nachylając się bliżej.

‒ A co? Chciałabyś sprawdzić jak wyglądałaby na tobie? 

Elfka przygryzła wargę. Również się nachyliła, zatrzymując się jednak tuż przed ich ustami. Jej długie rzęsy niemal łaskotały Malwę, gdy wyszeptała:

‒ A pozwolisz mi na to?

Przechyliła głowę, udając, że się zastanawia, aż w końcu musnęła koniuszkami palców podbródek łowczyni.

‒ Jeśli ładnie poprosisz...

W odpowiedzi Lyriana tylko posłała jej filuterny uśmiech i po chwili Malwa poczuła miękkość jej ust na swoich.

Westchnęła, natychmiast oddając pocałunek. Poczuła palce wplatające się w jej włosy gdy przejechała językiem po jej wargach, po chwili wślizgując się głębiej. Dłoń przeniosła na policzek Lyriany, ujmując jej twarz. Pozwoliła powiekom opaść. Teraz skupiła się tylko na powolnych, wręcz leniwych pocałunkach, badając każdą, nawet najdrobniejszą zmianę w oddechu Lyriany, szukając tych miejsc, których pieszczenie sprawiało, że wpleciona w jej włosy dłoń zaciskała się mocniej. Jęknęła, gdy kobieta przyciągnęła ją bliżej.

Dźwięki dochodzące z karczmy jakby przycichły. Malwa była zbyt skupiona na Lyrianie ー na miękkości i słodyczy jej ust, na cichych dźwiękach, jakie z siebie wydawała ー by zauważyć cokolwiek innego. Gdzieś, jakby z oddali, zaczęła czuć znajome poczucie poddania, gdy Lyriana zaczęła lekko nią kierować.

Ale w końcu musiał im się skończyć oddech.

Oderwały się leniwie od siebie. Malwa uniosła powieki, uśmiechając się, gdy zobaczyła rozanieloną minę Lyriany. Gdy ta uniosła dłoń, by delikatnie odgarnąć jej włosy z czoła, nie mogła się powstrzymać, by się przysunąć, pragnąc jej dotyku. ‒ I jak wyglądam?

Malwa bezwiednie dotknęła koniuszkami palców miejsca, w którym najlepiej widać było jej szminkę. Zmarszczyła brwi, udając, że się zastanawia, by w końcu odpowiedzieć cicho:

‒ Cudownie. Sama powinnaś zobaczyć, ale nie mam przy sobie lustra.

Lyriana uniosła pytająco brew. Gdy Malwa jedynie wyzywająco uniosła brodę, wyszeptała, uważnie jej się przyglądając:

‒ Cóż ja mam jedno. W domu ‒ Ujęła policzek Malwy. Bardka wtuliła się w jej dłoń. Nie zraziło jej nawet zimno pierścionka. Skupiła się tylko na cieple, na słodkim uczuciu błogości. ‒ Może chciałabyś przyjść i wspólnie sprawdzimy, czy naprawdę mi w niej tak dobrze?

Malwa delikatnie zmrużyła powieki. Cóż. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie spodziewała się takiej propozycji. Na pewno rozwiązywało to jej problem z noclegiem. Poza tym... Lyriana była… Naprawdę niezwykła. Spostrzegawcza, czuła, pewna siebie... I skoro Malwa miała już pewność, że nie jest szpiegiem jej ojca...

Uśmiechnęła się filuternie.

‒ Prowadź.


Komentarze

Popularne posty