1.6
Drogę powrotną pamiętała, jak przez mgłę. Była skupiona na swoich planach, próbując wszystkie przewartościować. Musiała znaleźć tego kuriera, o którym słyszała poprzednio, to na pewno. Nie było możliwości, że teraz ruszy się z miejsca. Dodatkowo, powinna też wymyślić, jak zdobyć przychylność starszyzny o której wspominała Lyriana. Wątpiła, że ot tak dostałaby pozwolenie aby dostać się do archiwów, nawet gdyby udowodniła swoje pochodzenie. Więc to również było do załatwienia. Może powinna poznać każdego z osobna lub popytać o nich we wsi? Nie, to nieeleganckie. Musi być jakieś zgrabniejsze zagranie…
Powinna też powiadomić brata o zmianie planów. Wiedziała, że raczej ją zrozumie, ale… Koniec końców zawsze się uprzedzali. W dodatku, nie rozmawiała z nim już od paru dni.
Była tak zaabsorbowana swoimi myślami, że niemal nie zauważyła, że wyszły już z lasu i stały na granicy wioski. Prawdopodobnie w ogóle nie zwróciłaby na to uwagi, gdyby Lyriana, do tej pory milcząca, się nie odezwała:
‒ No dobrze. Czas już na mnie.
Malwa zamarła. Odwróciła się gwałtownie w jej stronę, unosząc brwi.
‒ Dokąd idziesz?
Łowczyni spojrzała wymownie na swoją zbroję i łuk.
‒ No, na patrol. I tak już dość czasu wam poświęciłam.
Jej suchy ton sprawił, że Malwa poczuła jakby coś się w niej kurczyło. Mimo, że Lyriana nie krzywiła się, bardka czuła bijący od niej chłód. Przygryzła wargę, niepewnie pocierając o nadgarstki. Czy naprawdę aż tak ją zraniła pod tym drzewem?
‒ Lyriana… ‒ Przebrała palcami. Chciała chwycić ją za dłoń, ale nie była teraz pewna, czy elfka na to pozwoli. Wpatrywała się w jej oczy, szukając jakichkolwiek słów, ale na razie miała zupełną pustkę. ‒ Wszystko w porządku?
Gdy ta wzruszyła ramionami, skurcz tylko się wzmocnił.
‒ Tak. Po prostu mówię, teraz moja zmiana. A skoro już nie muszę was strzec, to powinnam iść. Przypilnuj tylko Serune by dziś nie wchodziła do lasu. Proszę.
I już odwracała się w stronę leśnej gęstwiny, gdy Malwa w końcu zdobyła się na odwagę i chwyciła ją za ramię.
‒ Przyjdziesz wieczorem do karczmy? ‒ Nie miała pojęcia, czemu jej głos brzmiał tak błagalnie, ale… Naprawdę zrobiło jej się głupio. Nie wiedziała, dlaczego Lyriana była tak zdenerwowana, ale zaczynało to na nią wpływać. Czy powiedziała coś aż tak raniącego? Jeszcze rano wszystko było dobrze…
Łowczyni przez chwilę milczała. Nie odwracała się, więc Malwa nawet nie była w stanie ustalić czy ciche westchnienie było wyrazem poirytowania czy poddania się. Ramiona miała spięte.
‒ Dobrze. Skoro tak ci na tym zależy.
‒ Zależy ‒ powiedziała cicho. Ścisnęła jeszcze lekko za jej ramię i dodała: ‒ Bezpiecznego patrolu.
To sprawiło, że Lyriana drgnęła. Odwróciła się w końcu do niej. Założyła ręce na piersiach i wpatrywała się w nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W końcu pokręciła głową i odparła, już nieco łagodniejszym tonem:
‒ Dzięki. Do zobaczenia.
Po czym weszła w las.
Malwa jeszcze przez chwilę wpatrywała się za nią, niemo zaciskając palce. Była kompletnie zdezorientowana. Czym mogła ją tak zranić? W końcu nie były może blisko, ale nie wydawało jej się, że zdążyła powiedzieć coś aż tak krzywdzącego. Gdzieś w środku nawet iskrzyła się w niej złość na zachowanie Lyriany, ale… No nic. Wyjaśnią to sobie. A jeśli nie…
Westchnęła, spuszczając wzrok. Mimo wszystko miała nadzieję, że do tego nie dojdzie.
Nagłe ciepło na jej dłoni wyrwało ją z zamyślenia.
‒ Lyriana już poszła?
Malwa uśmiechnęła się krzywo. Poklepała Serune po ręce i odparła:
‒ Mówiła, że ma patrol.
Serune zmarszczyła brwi. Patrzyła to na Malwę, to na ciemną linię lasu przed nią.
‒ Wyglądała na złą.
Bardka westchnęła. Odwróciła się plecami do lasu i wymamrotała:
‒ Chyba tak.
Serune wydawała się tym niewzruszona. Pociągnęła Malwę w stronę wsi, mówiąc wesoło:
‒ Ona czasem tak ma, wiesz? Nagle robi się taka… Taka… ‒ Pomachała przed sobą ręką, robiąc smutną minę, potem nagle groźną. Bardka zaśmiała się pod nosem. ‒ No… Taka no! A potem rozmawia z mamą i jej przechodzi. Więc nie przejmuj się! ‒ dodała, uśmiechając się promiennie. Malwa przekrzywiła z ciekawością głowę.
‒ Długo się znacie?
Serune niemal podskoczyła w miejscu, kiwając radośnie.
‒ Mhm! Kiedyś patrolowała z moim tatą, wiesz? Więc… Znamy się naprawdę, naprawdę długo!
To zaintrygowało Malwę, ale nie drążyła tematu. Nietrudno było się domyślić, że ojciec Serune odszedł; czy z wioski, czy w walce, tego nie wiedziała. Jednak wydawało jej się nie na miejscu wypytywać dziecko o takie sprawy. Co prawda, Serune mówiła o nim bez żalu w głosie, ale… Lepiej było nie ryzykować.
‒ To skoro znacie się naprawdę długo, muszę ci zaufać ‒ odparła, wolną ręką mierzwiąc dziewczynce włosy.
Gdy stanęły w progu Irriel, kobieta uniosła brwi, widząc Malwę. Natychmiast zlustrowała ją wzrokiem, zaciskając usta, ale zanim bardka zdążyła się wytłumaczyć, Serune szybko poinformowała medyczkę o jej planach. To sprawiło, że Irriel jeszcze uważniej przyjrzała się Malwie.
‒ To miło ‒ powiedziała i chociaż jej głos wciąż był ciepły, bardka wyczuła w niej jakąś ciekawość. Jej podejrzenia szybko się potwierdziły, gdy medyczka pod byle pretekstem odesłała Serune w jakąś inną część domu, a sama poprowadziła ją do pomieszczenia przypominającego kombinację salonu i laboratorium. ‒ Czyli zostajesz bo ciekawi cię Drzewo Spokoju?
Pokręciła szybko głową.
‒ Nie, nie Drzewo. Po prostu… Gdy Serune nas do niego zaprowadziła, na pniu spostrzegłam herb mojego dziadka. ‒ Malwa powoli wyciągnęła miecz i wskazała odpowiedni grawerunek. ‒ Lyriana nic o tym nie wiedziała, a sądząc po twojej minie… Ty chyba też nie. ‒ Ostrożne spojrzenie Irriel ustąpiło łagodnemu uśmiechowi. Pokręciła głową. ‒ Lyriana wspomniała, że macie archiwa, ale nie mogę tam wejść bez zgody waszej starszyzny.
‒ To prawda. A bez Ruemara musisz poczekać. ‒ Irriel oparła brodę na dłoni. Wyglądała na rozbawioną całą tą sytuacją, co dziwiło Malwę. ‒ Bardzo cierpisz? Jeszcze wczoraj wyglądałaś, jakbyś wręcz chciała stąd uciec.
Bardka pokręciła głową.
‒ Nie. Prawdę mówiąc, teraz mogłabym tu zostać i na wieki. ‒ Gdy tylko wypowiedziała te słowa, poczuła, jakby coś ją przygniotło. Uciekła wzrokiem w bok. Cóż, nawet gdyby chciała, co najwyżej mogła tu zostać jeszcze przez pięć lat. Postukała palcem o blat stołu, wzdychając. ‒ Swoją drogą… Czy to Drzewo Spokoju… To jakiś wasz sekret?
Irriel oparła się wygodnie o kanapę. Westchnęła lekko.
‒ To skomplikowane ‒ odpowiedziała w końcu. ‒ Samo w sobie Drzewo nie jest sekretem. W końcu inaczej byśmy nie pozwoliły Serune cię tam zaprowadzić. ‒ Malwa pokiwała głową. ‒ Z drugiej strony… Nie lubimy się tym sekretem dzielić. Jak by to ująć… To mała wieś. Większość z nas osiadła tu w poszukiwaniu spokoju, a rozpowiedzenie po większych miastach o istnieniu tego Drzewa przyciągnęłoby niechciany tłok. Więc… Niechętnie się dzielimy tą informacją. Nie wspominając, że na polanie rośnie wiele magicznych ziół. Przydają mi się w lekach, więc to też mógłby być łakomy kąsek dla rabusiów. Także prawie nigdy nie dopuszczamy tam obcych. Domyślam się, że Lyriana nie powstrzymała Serune w ramach wdzięczności.
Bardka zmarszczyła brwi. Czyli to dlatego Lyriana była taka poważna. Ale czy w takim razie nie mogła jej powiedzieć o tym wprost? Naprawdę, gdyby nie ta ostrość w głosie i nagłe ruchy, pewnie nawet by się nie zdenerwowała, a teraz… Poza tym, to nie mógł być jedyny powód. Przecież skoro obiecała, to elfka nie powinna być tak oschła, a wydawało się, że humor zupełnie jej się pogorszył, gdy Malwa wspomniała o tym, że chce zostać.
Gdy podzieliła się na głos swoim żalem, Irriel pokręciła głową.
‒ Lyriana bardzo poważnie traktuje swoją pracę, więc nie dziwię się, że tak zareagowała. Ale… Ech. ‒ Medyczka przewróciła oczami. Jej wzrok spoczął na jednej z półek z książkami. ‒ Nie przejmuj się nią. W końcu sama zrozumie, jak się zachowała. Dużo chodzi jej po głowie i czasem się w tym zamota.
Na te słowa, Malwa mogła tylko skinąć. Potarła nadgarstki, wpatrując się w swoje kolana. Jak też pierwsze pozory potrafią mylić! Lyriana wyglądała na o wiele bardziej… świadomą swoich emocji niż Malwa. Wyglądało na to, że chyba są do siebie bardziej podobne, niż się spodziewała.
Zaśmiała się gorzko. Zazwyczaj w takich sytuacjach by uciekła, ale… Niekoniecznie miała ku temu sposobność. Poza tym… Nie chciała tego robić.
Cóż. Na razie musi poczekać do wieczora.
‒ Wspominałaś, że na polanie rosną jakieś magiczne zioła? ‒ odezwała się, podnosząc wzrok. Irriel zmarszczyła brwi, wyraźnie zaskoczona tą nagłą zmianą tematu. Gdy skinęła głową, Malwa ciągnęła dalej: ‒ Jakie? Połowy z nich nie rozpoznałam.
Irriel przekrzywiła głowę, wpatrując się w sufit.
‒ Helival, jaffray, sporo też tam zwyczajnej lawendy… I specjalnej rośliny, nazywanej ucieczką od tematu.
I mimo, że ton kobiety był łagodny, Malwa poczuła jak się czerwieni. Postukała palcami o blat. Właściwie to nie uciekała. Naprawdę chciała się dowiedzieć. W końcu, skoro zamierzała tu zostać, powinna się lepiej doinformować o wszystkim wokół Ferrengrove. Zawsze tak robiła przed wyjechaniem do kolejnej części Faerunu. Wypytywała o sytuację polityczną, ciekawsze miejsca, lokalne tradycje, zagrożenia… Często też o karczmy, żeby coś zarobić.
No właśnie. Tu też powinna coś znaleźć. Najlepiej coś, czym mogła przysłużyć się lokalnej społeczności i co będzie później z korzyścią dla innych, nawet gdy opuści Ferrengrove. Tak jak gdy zanim opuściła Kelazzan uważnie studiowała politykę i… cóż, ballady. Co jeszcze ją przyciągało?
Wyprostowała się nagle.
‒ Irriel ‒ odezwała się poważnie. Spojrzała na medyczkę, która z zaciekawieniem przymrużyła oczy. ‒ Przyjęłabyś mnie do siebie na naukę?
Elfka podparła sobie brodę, wyraźnie się zastanawiając. Spoglądała z ukosa na Malwę, a dziewczynie nie umknęło jak na moment spięły się jej ramiona.
‒ Pytasz tylko po to, by wkupić się w łaski rady? ‒ zapytała w końcu. Jej głos stanowił dziwną mieszankę oskarżenia jak i szczerej ciekawości. Zmieszana Malwa przeczesała palcami włosy.
‒ Nie. Nie tylko po to. ‒ Wyprostowała się, chociaż ciężkie spojrzenie Irriel sprawiało, że miała ochotę gdzieś się schować. ‒ Jasne, pomoże mi to teraz, ale… Równie dobrze mogłabym ich jakoś inaczej do siebie przekonać. A… No. ‒ Wskazała podbródkiem na swoją torbę. ‒ Podróżuję sama, więc warto wiedzieć więcej. A gdy będę wiedzieć więcej… Może będę w stanie później pomóc komuś innemu.
To przykuło uwagę Irriel. Surowe spojrzenie złagodniało pod wpływem uśmiechu.
‒ Dobrze. Tylko najpierw powiedz mi, co w ogóle wiesz.
Szczęście wypełniło Malwę tak nagle, że niemal zakręciło jej się w głowie. Rzuciła się na Irriel.
‒ Na gwiazdy! Dziękuję!
Resztę poranka kobiety spędziły na usystematyzowaniu wiedzy Malwy. Koniec końców, jeszcze w baronii miała lekcje o ziołach, chociaż niekoniecznie o ziołolecznictwie. O tym dowiadywała się głównie z książek, które podsuwał jej brat, a później gdy zdarzało jej się w trakcie drogi odwiedzać medyków, również czasem wypytywała o to czy tamto. Pokazała nawet kilka swoich notatek Irriel, ale kobieta zwykła wtedy wzdychać.
‒ Robisz za dużo skrótów myślowych ‒ mamrotała, przeglądając je. Malwa płoniła się, ale każdą krytykę znosiła ze spokojem. Koniec końców, rozmawiała z autorytetem. Łatwo było jej przyjąć, że może się mylić. Ponadto, Irriel była dziwnie łagodna w swoich uwagach. Gdy Malwa mówiła o czymś z przekonaniem, delikatnie zwracała jej uwagę na jakiś błąd, uśmiechając się tylko wyrozumiale, gdy bardka się peszyła. Raz po raz powtarzała jej, że na razie i tak nie musi wiedzieć wszystkiego. Co było… dziwne. Nie do tego Malwa była przyzwyczajona.
Gdy w końcu udało im się ustalić od czego mogą zacząć, słońce stało już wysoko na niebie. Zadowolona Irriel oparła się o stolik, zawalony w tym momencie zwojami i, jak się okazało, jej własnymi dziennikami. Ku zaskoczeniu Malwy, większość z nich była zapisana szyfrem, jednak gdy zapytała o to medyczkę, ta machnęła tylko ręką, mówiąc ze śmiechem coś o tajemnicy zawodowej.
‒ No dobrze. Czeka cię sporo pracy, ale myślę, że sobie poradzimy ‒ mruknęła. Malwa uśmiechnęła się radośnie. Kto by pomyślał, że w tak zapomnianej wiosce znajdzie sobie aż tak dobrą nauczycielkę. ‒ Ale. Zanim zaczniemy, chcę żebyś coś sobie zapamiętała. ‒ Irriel wyprostowała się, a ciężar jej spojrzenia sprawił, że bardka aż stężała, nieświadomie. Spokój zupełnie ją opuścił. ‒ Mam jedną zasadę, którą się kieruję i chciałabym, żebyś sobie ją przyswoiła jak najwcześniej. ‒ Zdezorientowana Malwa pokiwała głową. Irriel westchnęła. Położyła dłoń na ramieniu bardki i nachyliła się. ‒ Nigdy nie jesteś w stanie przywrócić komuś życia, choćby nie wiem, jak dobra medyczką się staniesz. ‒ Zacisnęła palce. ‒ Walcz o nie jak najdłużej, ale… Czasem nic nie da się zrobić. Bogowie przyjmą do siebie pacjenta, nieważne co. I choć to nie znaczy, że masz nie próbować… ‒ Wzrok medyczki uciekł w bok. Cień smutku pojawił się na jej twarzy, gdy dodała cicho: ‒ Jeśli jego życie przeminie tuż pod twoimi palcami, pozwól mu odejść.
Malwa zamrugała.
‒ Dlaczego? Czy medycy nie ratują przed śmiercią?
Irriel pokręciła głową. Teraz trzymała Malwę już za oba ramiona.
‒ Nie, kochanie. Pomagamy. Uśmierzamy ból. I tak, naszym celem jest, by ktoś przetrwał jak najdłużej, ale… Niekiedy przychodzi czas, gdy nie jesteśmy w stanie nic zrobić. I wtedy nie jest to nasza wina. ‒ Malwa zamrugała. Uciekła od poważnego spojrzenia Irriel, czując, jak robi jej się zimno. Już, już otwierała usta, gdy kobieta kontynuowała: ‒ Wiem, że nie jest to prosta nauka. Pełna sprzeczności. ‒ Ściśnięcie za ramiona sprawiło, że bardka uniosła na nią wzrok. ‒ Ja w pełni ją zrozumiałam, gdy nie uratowałam własnego męża. ‒ Malwie rozszerzyły się oczy. Znów próbowała się wtrącić, wyrazić chociaż współczucie, ale Irriel nie pozwoliła jej na to. ‒ Przynieśli go do mnie za późno. I pomimo mojej wiedzy, umiejętności… Nie udało mi się go odratować, bo… Faelara już nie było, gdy do mnie dotarł. ‒ Głos elfki zadrżał, ale minę wciąż miała zaciętą. ‒ Bardzo wtedy cierpiałam. Gdyby wciąż żył, zapewne zrobiłabym wszystko, łącznie z poświęceniem się za niego, ale był już martwy. Więc, Malwo. Walcz, gdy istoty wciąż żyją, walcz z całych sił. Lecz gdy ci się nie uda… Pozwól im odejść.
Coś w jej głosie sugerowało, że nie była to pełna historia, ale… Malwa wiedziała, że i tak to było duże wyznanie. Spuściła głowę, intensywnie myśląc.
To, co mówiła Irriel, było… logiczne. I w pewien sposób zgadzało się z wierzeniami w Kelazzan. Pozwól odejść innym, bo i tak będą się tobą opiekować w gwiazdach. Ale… Czy gdy pewnego dnia straci pacjenta, podąży za słowami Irriel? Nie była tego taka pewna.
‒ Spróbuję ‒ powiedziała w końcu, wolno unosząc wzrok. Kąciki ust medyczki drgnęły, gdy pokiwała głową.
‒ Wiem, że to trudna nauka, ale właśnie dlatego chcę, byś zwróciła na nią uwagę od samego początku. Poświęcenie jest cnotą i tym się kieruj. Ale gdy pacjent odejdzie… Nie rozpaczaj.
Malwa uśmiechnęła się słabo. To… Brzmiało już na bardziej wykonalne.
Podniosła dłoń i delikatnie ścisnęła za rękę na jej ramieniu.
‒ Dobrze. I… Irriel? ‒ Kobieta uniosła pytająco brew. ‒ Jestem pewna, że… Faelar opiekuje się wami w gwiazdach. ‒ Nie zdziwiło jej zmarszczenie brwi elfki. Ta część wierzeń była tak charakterystyczna dla Kelazzan, że rzadko wychodziła poza baronie. Jednak… Chyba jej przesłanie wybrzmiało, bo Irriel po krótkiej chwili uśmiechnęła się do niej.
‒ Mam taką nadzieję. ‒ Zdjęła jej ręce z ramion i podparła się pod boki. ‒ No. Mamy jeszcze trochę czasu, więc może zacznijmy od anatomii…



Komentarze
Prześlij komentarz