1.7


Gdy Malwa dotarła pod karczmę, już zmierzchało. Przesiedziała u Irriel niemal cały dzień,  a gdy zorientowała się, że robi się późno, jak strzała wyleciała, aby znaleźć posłańca. Nie zajęło jej to długo; mieszkańcy szybko skierowali ją do Elory, zielonej elfki, która podobno słynęła z bardzo szybkich przesyłek. Malwa w pośpiechu napisała notkę wyjaśniającą sytuację hrabiemu. Miała nadzieję, że gdy mężczyzna ujrzy jej pieczęć na kopercie, nie nabierze żadnych podejrzeń. Elora obiecała wyruszyć skoro świt, a że znała tę drogę na pamięć, bardka spodziewała się, że dotrze do Ordulinu szybciej niż ona sama.

Teraz stała na zewnątrz karczmy, niepewnie rozglądając się na boki. Niby mogła wejść do środka, ale bała się, że nie dostrzeże Lyriany. Zabijała więc czas, uważnie obserwując przechodniów, próbując ustalić, z kim warto byłoby porozmawiać w kolejnych dniach. Z samej ciekawości może zaczepi lokalnego barda… Kolvar również mógłby być dobrym sojusznikiem. 

Dziwiło ją to, jak różni byli mieszkańcy Ferrengrove. W większości były to dorosłe elfy; dzieci stanowiły zdecydowaną mniejszość. Po strojach domyślała się, że głównie zamieszkują tu rolnicy i  drwale, chociaż na pewno znalazłoby się kilku uczonych. Domyślała się, że było tu też sporo starszych elfów, ale jak zwykle nie była w stanie określić, jak bardzo starych. Mało który z przechodniów miał siwe włosy czy zmarszczki, ale wyłapywała czasem zwroty brzmiące bardziej archaicznie niż elfi, który słyszała na ulicach.

Zadrżała, czując jak chłodny powiew unosi jej spódnicę, ale uparcie wciąż stała w miejscu. Nie przegapi spotkania z Lyrianą. Co to, to nie.

Dlatego, gdy w końcu dojrzała ją w oddali, niemal podskoczyła. Równocześnie poczuła, jak zalewa ją radość, ale również jak z niepokoju ściska jej się żołądek. Nieco jej ulżyło, gdy łowczyni uśmiechnęła się do niej, ale Malwa widziała, że nie objęło to jej oczu.

‒ Nie zamierzasz wejść do środka? ‒ zapytała Lyriana, wymownie lustrując ją wzrokiem. Malwa tylko uśmiechnęła się słabo, pocierając sobie ramiona.

‒ Nie chciałam ryzykować, że cię przegapię ‒ odparła szczerze. Niepokój w jej żołądku się wzmocnił, gdy elfka zmarszczyła brwi, wyraźnie zdumiona. Westchnęła. ‒ Słuchaj… Co do dzisiejszego poranka…

‒ Sza! ‒ Lyriana nagle przyłożyła palec do ust. Rozejrzała się z niepokojem po okolicy, ale nikt chyba nie zwrócił na nie uwagi. ‒ Może nie tutaj, co? Inni jeszcze muszą się dowiedzieć, że cię tam zaprowadziłam i wolałabym, by nie usłyszeli tego pijani.

Malwa zmarszczyła brwi, ale skinęła głową.

‒ To gdzie możemy porozmawiać?

Łowczyni przekręciła głowę do boku.

‒ U mnie. O ile wciąż chcesz tam przebywać.

Zamrugała, słysząc kąśliwą nutę w jej tonie. Iskierka złości zapaliła się w niej ponownie, ale natychmiast ją zdusiła. W końcu miały coś sobie wyjaśnić. Na spokojnie.

‒ Oczywiście że tak. ‒ odparła, wkładając w swój ton tyle szczerości na ile było ją stać. Powstrzymała się od jakiegoś nieprzyjemnego komentarza i zamiast tego tylko bardziej zacisnęła ręce na ramionach. Pozwoliła sobie na drobny uśmieszek. ‒ Prowadź?

Ulżyło jej, gdy Lyriana odpowiedziała jej tym samym.

Kilka chwil później, siedziały już w tym samym pokoju co rano. Malwa trzymała w dłoniach kubek z delikatną jaśminową herbatą i wciąż pełna obaw wpatrywała się w Lyrianę. Kobieta wyglądała na wytrąconą z równowagi: marszczyła brwi, a ramiona miała spięte. Jednocześnie… Jej wzrok był łagodny, gdy spoglądała na Malwę. Dziwne.

Westchnęła. Odłożyła w końcu kubek i powiedziała:

‒ Posłuchaj. Nie wiem, co takiego dzisiaj zrobiłam, ale jeśli mi powiesz, może będę w stanie się wytłumaczyć.

Lyriana parsknęła cicho.

‒ Zawsze jesteś taka bezpośrednia?

‒ Nie. ‒ zamrugała. Skąd aż taka szczerość z jej strony? Elfka również spojrzała na nią, wyraźnie zdumiona. ‒ Ale… Jeśli mi na kimś zależy, staram się mówić otwarcie.

Teraz to Lyriana odetchnęła ciężko. Oparła łokieć na kolanie i spojrzała gdzieś w dół, przez co kosmyki ciemnych włosów opadły jej na oczy. Malwa musiała zacisnąć ręce na spódnicy by powstrzymać się od odgarnięcia ich.

‒ No dobrze. Tylko… Ty pierwsza. ‒ Tym razem bardka pozwoliła sobie na poirytowanie sapnięcie, ale skinęła głową. Łowczyni wyraźnie biła się z myślami. ‒ Czemu tak nagle na mnie naskoczyłaś?

Ach. No dobrze, to było łatwe do wyjaśnienia.

‒ Nie lubię gwałtownych ruchów ‒ odparła prosto. ‒ Więc gdy nagle złapałaś mnie za rękę… Przestraszyło mnie to. Ja… ‒ Poruszyła się niespokojnie. ‒ Nie lubię gdy ktoś w ogóle łapie mnie za nadgarstki. Złe wspomnienia ‒ dodała, czując, że spina się z zupełnie innych powodów niż nerwy. Gdzieś z tyłu głowy zaczęły kłębić jej się ponure myśli, ale starała się ich do siebie nie dopuścić. ‒ W dodatku twój ton… Gdy tylko Serune zaproponowała przyjście do Drzewa, kompletnie się zmieniłaś. Stałaś się… Chłodniejsza? ‒ Przygryzła wargę. ‒ Irriel wytłumaczyła mi, że to pewnie przez twoją pracę, ale… Zabolało mnie to. Więc gdy nagle jeszcze złapałaś mnie za rękę i zachowywałaś się podejrzliwie, naskoczyłam na ciebie. ‒ Uniosła spojrzenie. Miała ochotę gdzieś się schować, widząc, jak uważnie Lyriana się jej przygląda. Szczególnie gdy wcześniejszą lekką opryskliwość zastąpiła łagodność w spojrzeniu. ‒ Także przepraszam za naskoczenie.

Jej nieśmiały uśmiech sprawił, że Lyrianie w końcu opadły ramiona. Łowczyni pokręciła głową, śmiejąc się cicho.

‒ Dobrze. Wybacz, nie myślałam wtedy zbyt… Trzeźwo. ‒ Wyprostowała się. Przegarnęła niesforne kosmyki i dodała: ‒ Owszem, gdy Serune chciała cię zabrać do drzewa… Najwyraźniej zaczęłam na ciebie patrzeć w kontekście pracy, czyli…  Jak na zagrożenie. ‒ Odwróciła wzrok, jakby samo przyznanie się do tego sprawiało jej wstyd. Malwa naprawdę, naprawdę chciała chwycić ją za dłoń, by jakoś ją wesprzeć. ‒ Jak mówiłam, to nie jest duża tajemnica… Wśród nas. Ale jeśli miałabym chociaż cień podejrzenia że jednak byś ją ze szczegółami rozpowiedziała innym… ‒ Lyriana zacisnęła dłoń w pięść. Odetchnęła głęboko, jakby kolejne słowa sprawiały jej ból: ‒ Musiałabym się ciebie pozbyć.

Te słowa powinny zmrozić Malwę. Przerazić ją, wprawić w osłupienie. Jednak dziewczyna tylko wyprostowała się. Milczała tak długo, aż elfka na nią spojrzała, wyraźnie zaniepokojona.

‒ A zrobiłabyś to?

Nie minęła nawet chwila.

‒ Tak.

Malwa jedynie skinęła głową.

‒ To dobrze.

Lyriana zupełnie zamarła. Oczy jej się rozszerzyły, a wzrok błądził po twarzy Malwy, wyraźnie doszukując się jakiejkolwiek nutki fałszu. Jednak bardka wciąż siedziała prosto, a minę miała poważną. Dopiero gdy łowczyni zmarszczyła brwi, dodała: ‒ To oznacza, że jesteś lojalna. A to cecha, którą sobie cenię.

Bardzo starała się, by w jej głosie słychać było i zrozumienie, i łagodność. Ponieważ naprawdę to rozumiała. W dodatku… Ludzie lojalni stanowili rzadkość. 

Uśmiechnęła się lekko i w końcu pozwoliła sobie na odgarnięcie tych kilku kosmyków, które ponownie opadły łowczyni na oczy.

‒ Nie chciałabym tego zrobić ‒ wymamrotała Lyriana, spuszczając wzrok. Malwa pogładziła ją po policzku. Węzeł w jej żołądku zelżał.

‒ Czyli jesteś lojalna i wciąż masz w sobie wiele człowieczeństwa. Co cenię jeszcze bardziej.

Elfka pokręciła głowa, wciąż wyraźnie zdezorientowana.

‒ Skąd ty pochodzisz, co?

Malwa prychnęła zdławionym śmiechem.

‒ Tu nie chodzi o to, skąd pochodzę, ale… Co przeszłam ‒ odparła, ważąc słowa. Chciała, żeby Lyriana dobrze ją zrozumiała, ale nie była pewna, na ile chce się otwierać. ‒ Doceniam lojalność, bo to pokazuje, że ktoś ma jakiś kręgosłup moralny, w coś wierzy. Zabiłabyś mnie w obronie tajemnicy wioski, bo jest dla ciebie ważna, tak? ‒ Łowczyni skinęła głową a Malwa pogładziła ją po palcach. ‒ Czyli masz jakiś ważny cel i nie ustaniesz, by go chronić. Mam podobnie. Mam swój cel. Mam ludzi, których chcę chronić. Jestem lojalna mojemu bratu i poświęciłabym dla niego wszystko. Także… Rozumiem. ‒ Gdy Lyriana w końcu się do niej uśmiechnęła, Malwa poczuła, że może odetchnąć z ulgą. Napięta atmosfera powoli mijała. ‒ Czy to wszystko?

Otworzyła szerzej oczy, gdy nagle na policzki Lyriany wypłynął rumieniec. Elfka odchrząknęła, a wzrok uciekł jej gdzieś w bok.

‒ Wiesz… To o karczmie… ‒ Palce pod jej dłonią zacisnęły się, by zaraz się rozluźnić. Malwa zmarszczyła brwi, dając łowczyni chwilę. W końcu Lyriana zebrała się w sobie na tyle, by spojrzeć jej w oczy. ‒ Zwyczajnie… Możesz przecież zostać u mnie.

Bardka rozdziawiła usta.

‒ Och ‒ wydusiła w końcu. I jej rumieniec wypłynął na policzki. ‒ Ja… Nie pomyślałam o tym.

Znany jej już szelmowski uśmieszek wypłynął na twarz Lyriany, chociaż wciąż mogła dostrzec w jej oczach niepewność.

‒ Naprawdę?

‒ Tak ‒ zaśmiała się nerwowo, odwracając wzrok. Co teraz? Bogowie, ależ była głupia! Rumieniec palił ją w policzki, a ona sama pragnęła zapaść się pod ziemię. ‒ Wiesz, ja… Zazwyczaj lądowałam u kogoś w jakimś pokoju w karczmie. Nigdy w domu, więc… Nie wiem. Nie chciałam się narzucać, no i nie sądziłam, że… ‒ Przegarnęła włosy. ‒ No. Wydawało mi się to logiczniejsze.

‒ Więc nie chodziło ci o jakieś… Odsunięcie się?

Poderwała głowę.

‒ Nie, oczywiście, że nie! ‒ zapewniła, gwałtownie łapiąc ją za obie ręce. Lyriana przyglądała jej się z dziwnym wyrazem twarzy. Przez chwilę Malwie wydawało się, że zaszklily jej się oczy, ale po chwili to zniknęło. Zamiast tego, kobieta zaśmiała się cicho. 

‒ Naprawdę jesteśmy głupie, co?

Malwa również zachichotała.

‒ Przynajmniej rozmawiamy ‒ mruknęła, gładząc ciepłą skórę pod palcami. Łowczyni pokiwała głową zamyślona. Gdy ponownie na nią spojrzała, w jej oczach błysnęły figlarne iskierki.

‒ To chcesz zostać u mnie?

Ciepło rozlało się w piersi Malwy. Pokiwała wolno głową, ale jeszcze jedna rzecz nie dawała jej spokoju:

‒ Tylko jak ja ci zapłacę?

Lyriana przewróciła oczami. Spięcie na moment powróciło, gdy odparła zrezygnowanym tonem:

‒ Znowu o tym samym?

Malwa westchnęła. Na chwilę puściła dłonie elfki, by objąć się, czuła, jak coś w jej środku się kurczy. Przygryzła wargę.

‒ Jestem bardką. W dodatku szlachcianką ‒ powiedziała wolno. Zadrżała, próbując zebrać się w sobie. Coś w środku niej wiło się, krzyczało, by nie mówić nic więcej. Że nie powinna tak się odsłaniać. Ale… Gdy Lyriana spuściła z tonu, a jej spojrzenie wyrażało tylko troskę, Malwa… postanowiła choć trochę jej zaufać. Najwyżej… Cóż. Dwadzieścia dni. Może zdoła o tym zapomnieć. ‒ Całe życie ktoś czegoś ode mnie chce. Pieniędzy, przysług, kontaktów… Seksu. ‒ westchnęła. Nie mogąc znieść spojrzenia elfki, wbiła wzrok w kolana. ‒ To naturalne. Coś za coś. Towar za towar. ‒ Zerknęła na nadgarstki. Zmarszczyła brwi. ‒ Nawet nie wiem, czy byłabym w stanie zaakceptować… Brak jakiejś wymiany. Więc… Proszę, nie złość się na mnie.

Przez dłuższą chwilę, Lyriana milczała. Malwa czuła na sobie jej spojrzenie, ale nie śmiała podnieść wzroku. W głowie kotłowało jej się tyle myśli, że nawet nie wiedziała, na czym się skupić. Bała się. Bardzo rzadko pozwalała sobie na taką szczerość. W końcu można by to wykorzystać przeciwko niej i…

‒ Rozumiem.

Ciepły, spokojny ton Lyriany sprawił, że Malwa uniosła gwałtownie głowę. Z twarzy łowczyni biła podobna łagodność, co poprzedniej nocy w karczmie. I podobnie jak wtedy, bardka poczuła jak mięśnie jej się rozluźniają, szczególnie gdy Lyriana wyciągnęła rękę, by delikatnie spleść ich palce. ‒ Na razie nie przekonam cię, że nic od ciebie nie chcę, prawda? ‒ Z niekłamanym wstydem, Malwa pokiwała głową. Łowczyni westchnęła. ‒ To może podobny układ, jak wcześniej? Piosenka. Jakieś opowieści, to wystarczy. Poza tym… Wiesz. ‒ Lyriana uśmiechnęła się niepewnie. ‒ Miło jest pobyć czasem z istotami spoza wioski.

Ulga, jaka ją wypełniła, była tak ogromna, że niemal ją przytłoczyła. Malwa odetchnęła tak głęboko, że dziw, iż nie padła na podłogę. Uśmiechnęła się nieśmiało i zacisnęła dłoń na ich złączonych palcach.

‒ Dobrze.

Lyriana nachyliła się i już, już Malwa myślała, że muśnie ją ustami gdy nagle zatrzymała się.

‒ A… To?

Bardka zamarła. Elfka wpatrywała się w ich złączone ręce. Przygryzła wargę. W zasadzie… Dobre pytanie.

‒ Nie lubię przywiązywania się ‒ powiedziała cicho Malwa. A mimo to samolubnie mocniej ścisnęła kobietę za palce. Pokręciła głową, dziwiąc się sama sobie. ‒ Równocześnie… Łatwo jest mi być z tobą.

Usłyszała cichy śmiech.

‒ Też nie przepadam za przywiązywaniem się, ale… ‒ Nagle poczuła na swoim uchu oddech elfki. ‒ Nie pogardziłabym podobną nocą, jak ostatnio. Jednak tylko gdy obie będziemy chciały. I ‒ dodała trzeźwo: ‒ To nie jest żadna część zapłaty. Dobrze?

Malwa uniosła na nią spojrzenie. Lyriana miała poważną minę, co sprawiło, że serce zabiło jej nieco szybciej. Bogowie. Jakim cudem znalazła kogoś takiego?

‒ Oczywiście, moja droga ‒ mruknęła, uśmiechając się przewrotnie. Gdy się nachyliła, Lyriana spotkała się z nią w połowie drogi. I choć pocałunek był krótki, zaledwie muśnięcie ust, Malwa poczuła jak nareszcie zupełnie się relaksuje.

‒ Do tego czasu, ten pokój jest twój ‒ wymamrotała łowczyni, gdy odsunęły się od siebie. ‒ A ja… Będę w pobliżu. W swoim pokoju.

Malwa zaśmiała się. Czyli dobrze się domyśliła rano.


Było już późno, gdy życzyły sobie nawzajem dobranoc. Malwa osunęła się po drzwiach na podłogę, śmiejąc się z siebie cicho. Na gwiazdy. Czuła się taka… Szczęśliwa. Lekka. Nie było to poczucie, z którym była zaznajomiona. Owszem, zdarzały jej się miłe chwile, ale jeszcze nigdy tak intensywne. A tu? Miała wrażenie, jakby wszystkie ciepłe uczucia na raz w zupełności ją ogarnęły. Nie czuła się tak dobrze od… Cóż, od dziecka.

Tak dawno nie miała szansy poczuć się… Bezpiecznie. W domu to poczucie dawał jej brat. To on o nią dbał i chronił, gdy dziadek zniknął. Na drodze, chociaż była wolna od ojca i dworu, nigdy nie mogła czuć się w pełni bezpieczna. A nagle w zapomnianej wioseczce zaczęła się relaksować. Bogowie. Jakie życie bywało przewrotne.

Zbierała się już do snu, nucąc cicho, gdy nagle jej amulet zacząć delikatnie pulsować. Uśmiechnęła się pod nosem. No tak.

‒ Roy? ‒ wyszeptała cicho.

‒ Kto inny? ‒ usłyszała czysty baryton brata w swojej głowie. Zalała ją fala ciepła. Usiadła na łóżku i podświadomie chwyciła za naszyjnik.

‒ Bogowie. Mam ci tyle do opowiedzenia, wiesz?

‒ Tak? Myślałem, że na drodze będziesz się tylko nudzić. Czy to dlatego mówisz w elfim? Masz dość wspólnego?

Prychnęła pod nosem, słysząc jego przekorny ton, acz uwaga brata sprawiła że zamrugała. Nawet nie zauważyła, że wciąż używała elfiego.

‒ I dlatego postanowiłeś użyć amuletu? By posłuchać moich nudnych historii?

Znała brata na tyle dobrze, że niemal mogła sobie wyobrazić jak rozbawiony przewraca oczami. Może i nawet rumieniec pokryłby jego bladą skórę, jeszcze bledszą od jej własnej.

‒ No dobrze, może chciałem też sprawdzić, czy żyjesz. To skąd ten elfi?

Kąciki ust zadrżały jej, słysząc pomimo przekory poważniejszą nutę w tonie Roya.

‒ Żyję, ale… Nastąpiła mała zmiana planów. Stąd ten elfi. ‒ Krótka pauza. Była niemal pewna, że zmarszczył brwi. ‒ Nic mi nie jest. Wręcz przeciwnie. Eee… wybacz, mam przejść na wspólny?

Brat zaśmiał się pod nosem.

– Delia, tak długo, jak nie jest to piekielny, poradzę sobie.

Kiwnęła. Westchnęła cicho, przypominając sobie ich zakłady o to, kto szybciej nauczy się danego języka. Głównie przez to znała ich aż sześć.

Jednakże… nie czas był teraz na wspomnienia. Wzięła głęboki wdech.

– Roy, ja… Chyba natrafiłam na ślad dziadka.

Jej brat westchnął, wyraźnie zaskoczony.

‒ Na Tyra! Gdzie? W Highmoonie?

Pokręciła głową, dopiero po chwili przypominając sobie, że brat przecież nie mógł jej zobaczyć. Przygryzła wargę. Przez moment zastanawiała się, jak przekazać mu dobre wieści, nie łamiąc przy tym zaufania Irriel i Lyriany. W sumie… Może jeśli pominie fakt co to drzewo robi… Brat zawsze może pomyśleć, że dostrzegła znak na losowej sośnie. Koniec końców Lyriana wspominała, że nie chciała, aby ktoś opowiadał o Drzewie Spokoju ze szczegółami.

‒ Nie. Jestem w Ferrengrove. Nie szukaj tego na mapie, nie ma go tam. Trafiłam tu przypadkiem, uratowałam dziecko przed amfisbeną…

‒ Cud, że żyjesz…

‒ Cicho! ‒ warknęła, ale bez złości. ‒ I trafiłam tutaj, i… Na jednym z drzew jest herb mamy, ale na razie tyle wiem. Muszę poczekać na powrót jednego ze starszych, aby wpuścili mnie do archiwów wioski.

Roy wyraźnie odetchnął z ulgą. Malwa mogła sobie wyobrazić, że ramiona mu opadają, gdy właściwym sobie gestem pozwala sobie na mały triumfalny uśmieszek.

‒ Na gwiazdy… To naprawde cudownie. Może wtedy coś w końcu ruszy do przodu, bo na razie mamy same obietnice handlu i nowych szlaków, a pomocy z ojczulkiem ni widu, ni słychu.

Malwa skrzywiła się. Na samą wzmiankę o ojcu przyciągnęła kolana bliżej siebie.

‒ Nie każdy pisze się na morderstwo barona ‒ wymamrotała. Roy mruknął znacząco. Milczeli przez chwilę. W takich chwilach jak te Malwa żałowała, że nie miała brata przy sobie. Tęskniła za tym, by zwyczajnie oprzeć się o niego i pobyć w smutku razem. Koniec końców… Tylko on rozumiał jej ból. ‒ A co u was? ‒ zapytała ostrożnie. Niemal słyszała, jak Roy wzrusza ramionami.

‒ Po staremu. Ojciec… W papierach. Mama się nieco miota, nie wie co ze sobą zrobić. A Elodie… Hm. ‒ Malwa zmarszczyła brwi, słysząc wahanie w jego głosie. Roy musiał stukać w zakłopotaniu palcem o kolano. ‒ Nie do końca dobrze przyjmuje to, że ojciec nie usunął z przemówienia na przesilenie wzmianki o twoich urodzinach.

Skrzywiła się na samą myśl. No tak. To brzmiało podobnie do jej siostry.

‒ Nie mów, że zrobiła awanturę.

Roy zachichotał.

‒ Próbowała. Ale mama ustawiła ją do pionu, wierz lub nie.

Malwa uniosła brwi.

‒ Kłamiesz.

‒ Nie. Miałem się wtrącić, ale mama zwróciła jej uwagę, że czy tego chce czy nie, wciąż jesteś rodziną. I, że… Jesteś ważna. ‒ Uśmiechnęła się smutno, słysząc cięższą nutę w głosie Roya. Bezwiednie zacisnęła palce, jakby chciała go ścisnąć, chociaż natrafiła tylko na powietrze. ‒ Tęsknimy za tobą.

‒ Wiem ‒ wyszeptała. Przyciągnęła kolana jeszcze bliżej siebie, pocierając nadgarstki. ‒ Ale sam wiesz, że nie mogę wrócić. Jeszcze nie.

Jej brat westchnął. Malwa zacisnęła usta. Chciała coś powiedzieć, wesprzeć go, ale brakowało jej słów.

‒ Wiem, Delia, wiem. I na razie, cieszę się, że… jesteś daleko od niego ‒ odparł. Gorycz i smutek w jego głosie sprawił, że Malwa zacisnęła palce wokół naszyjnika. Serce jej się łamało, jak za każdym razem, gdy myślała o tym, że zostawiła go samego w baronii, mimo że oboje wiedzieli, że tak musiało być. Chciała się do niego przytulić, lub po prostu siąść obok jak zwykle. Zamrugała, odpędzając niechciane łzy. Roy również długo milczał, po czym dodał: ‒ Pewnego dnia wrócisz zupełnie wolna. Obiecuję ci to.

Wargi powędrowały jej w górę, słysząc pewność w jego głosie.

‒ Miejmy taką nadzieję ‒ mruknęła. Westchnęli oboje.

‒ Ale dość o tym! Nie wierzę, że te Ferrengrove to jedyne, co ci się przytrafiło. Opowiadaj.

Więc opowiedziała. Pozostały czas minął im na historiach o ostatnich przygodach Malwy w Elventree. Wspomniała mu również o Irriel i Lyrianie. Na jej wylewne przeprosiny, że musiała zignorować na moment hrabiego, Roy jedynie machnął ręką. O wiele bardziej zdawał się cieszyć tym, że postanowiła pobierać nauki u Irriel. Rzucił coś kąśliwie o jej skłonności do pakowania się w kłopoty, za co dostał od bardki niezłą burę. Za to gdy tylko przeszła do Lyriany, z właściwym sobie wdziękiem zaczął ją nieco podpuszczać, za co dostał drugą burę.

‒ No, dobrze, dobrze. Nie złość się tak ‒ Zaśmiał się. ‒ Po prostu… Dobrze słyszeć, że jak raz jest to dobra osoba.

‒ Tamten bard w Elventree też był miły!

Roy prychnął.

‒ Skoro tak mówisz… ‒ Malwa niemal się zapowietrzyła. ‒ No już, już, Delia. Wdech, wydech, siostrzyczko. Chodziło mi o to, że w końcu zaczęłaś z kimś rozmawiać o uczuciach. A to już jest coś.

‒ Sugerujesz, że tego nie robię?

‒ Sugeruję, że robisz to rzadko ‒ jego łagodny ton sprawił, że cała wola walki opuściła bardkę. Uśmiechnęła się półgębkiem, nie mogąc się z nim nie zgodzić. ‒ I wiem, że ciężko ci się będzie tego oduczyć, ale… Cieszę się, że próbujesz.

‒ Mam nadzieję, że nie odbije mi się to czkawką ‒ wymamrotała, ale tylko dlatego, że jeszcze chciała się z nim podroczyć. 

‒ Ja też. Będę trzymać kciuki za tę Lyrianę. I Irriel ‒ Szczerość w głosie brata zupełnie zbiła ja z pantałyku. Zaczerwieniła się i instynktownie schowała głowę w kolanach. Mogłaby przysiąc, że Roy lekko się uśmiechnął. ‒ Zasługujesz na to, Delia.

Serce ścisnęło się w niej na te słowa, ale nic nie odpowiedziała. Wiedziała, że gdy zacznie protestować, pokłócą się, a nie chciała czekać kolejnych pięciu dni, aż sobie to wyjaśnią.

‒ Zobaczymy ‒ mruknęła w końcu. Pulsowanie powoli słabło. Czas im się kończył. ‒ To… Do usłyszenia za kilka dni.

Usłyszała, że Roy ziewa.

‒ Dobranoc, siostrzyczko. Kocham cię.

Uśmiechnęła się do siebie. Odruchowo uniosła naszyjnik i przyłożyła go do czoła, zamykając oczy. Próbowała sobie wyobrazić, że zamiast zimnego rubinu czuje na sobie ciepło skóry brata.

‒ Ja ciebie też, Roy.

I już, już czuła jak ostatni puls drży na jej skórze, gdy udało jej się usłyszeć słowa Roya:

‒ Otwórz się na innych. Może coś się zmieni.

Już otwierała usta, ale naszyjnik zastygł. Magia opuściła amulet na kolejne dni.

Prychnęła, uderzając głową o poduszki. Typowy Roy. Jak zawsze musiał mieć ostatnie słowo i dawać jej nadzieję.

Zamknęła oczy, wyobrażając sobie, jak brat powoli wstaje z podłogi lub zza biurka i kieruje się w stronę łóżka z tym swoim pewnym siebie uśmieszkiem. Ciemne, krótkie włosy pewnie miał zmierzwione od braku snu, a równie czarne oczy podkrążone. Miała nadzieję, że o siebie dba.

A co do niej samej…

Ziewnęła przeciągle. Na poduszce wciąż mogła wyczuć woń lawendy i cynamonu.

Cóż. Czas pokaże.


Komentarze

Popularne posty