2.1
‒ Żartujesz sobie ze mnie.
Malwa odgarnęła pasmo włosów za ucho.
‒ No… No nie ‒ wymamrotała, uciekając wzrokiem w bok, podczas gdy Irriel z niedowierzaniem pokręciła głową.
‒ Naprawdę masz tylko tyle ubrań?
Końcówki uszu bardki poczerwieniały. Miała ochotę schować twarz w dłoniach, a najlepiej zapaść się pod ziemię.
Przed Irriel, na ciemnozielonej, wąskiej kanapie leżały ubrania Malwy: wczorajsza turkusowa, wiązana bluzka z bufiastymi rękawami sięgającymi łokci, długa, haftowana spódnica i typowy strój do występów bardki: jaskrawa sukienka, stanowiąca połączenie kilku kolorowych chust. Stroje te, chociaż ładne, według Irriel zupełnie nie nadawały się do pracy u boku medyczki.
‒ Wiesz, nie spodziewałam się, że zatrzymam się gdzieś na dłużej ‒ powiedziała lekko nadąsana bardka. Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Irriel. ‒ Lutnia jest ciężka, więc musiałam się zdecydować tylko na najważniejsze rzeczy.
‒ To co ty robisz, gdy wyjeżdżasz na dłużej, co?
Sapnęła.
‒ Łapię wóz. Poza tym… Kupuję ubrania gdy mam w planach dłuższy pobyt. Kiedy wyjeżdżam to… Albo zostawiam je za dopłatą w karczmie, albo oddaję do przytułku. ‒ Wzruszyła ramionami, obejmując się. Skrzywiła się na ciche gwizdnięcie elfki.
‒ Szczodra jesteś, moja droga ‒ mruknęła Irriel pod nosem. Malwa słyszała jak do niej podchodzi, ale wciąż uparcie patrzyła w stronę półek ustawionych po drugiej stronie pokoju. ‒ Nie dąsaj się, bo pomylę cię z Serune.
To sprawiło, że w końcu na nią spojrzała. Choć minę miała surową, łagodność w spojrzeniu Irriel sprawiła, że wstyd nieco opuścił Malwę.
‒ Cóż, wygląda na to, że czeka nas dziś wizyta u Naifelrii ‒ dodała medyczka rzeczowym tonem.
‒ To jakaś wasza krawcowa? ‒ zainteresowała się bardka. Pozwoliła Irriel chwycić się pod ramię i zaprowadzić w stronę drzwi. Złapała jeszcze tylko za swoją torbę; w końcu, skoro wybierały się na swego rodzaju zakupy, powinna mieć przy sobie pieniądze. Tymczasem Irriel nawinęła siwe pasmo na palec, marszcząc brwi.
‒ Tak ‒ odparła w końcu, a na jej twarz wypłynął znajomy już Malwie, lekko rozbawiony uśmieszek. Bardka przysunęła się bliżej medyczki, przyglądając jej się uważnie. Może i nie znała elfki długo, ale już zdążyła zauważyć, że kobieta zwykle tak się zachowywała gdy coś ukrywała. ‒ Pracuje tu od naprawdę bardzo dawna. Była tu jeszcze zanim przybyliśmy z Faelarem do Ferrengrove. Także będzie wiedzieć jakie ubrania będą nam potrzebne.
To sprawiło, że Malwa zmarszczyła brwi. Spojrzała jeszcze do tyłu na wejście do domu Irriel i mruknęła:
‒ A co właściwie jest nie tak z moimi ubraniami?
‒ Cóż… ‒ Irriel wzruszyła ramionami. ‒ Przede wszystkim nie wyglądają na najwygodniejsze. Twoja spódnica jeszcze byłaby w porządku, ale jest za długa. Możesz się potknąć o jej dół, a nigdy nie wiesz z jakimi substancjami będziesz pracować. Lepiej ich przypadkowo nie przenosić dalej. Co do twoich bluzek… Spodziewam się, że tej tuniki raczej nie łączysz ze spódnicami, co? ‒ Malwa potrząsnęła głową. ‒ Właśnie. Spodni z kolei nie miałaś czasu jeszcze zszyć, a widzę, że nie nosisz przy sobie zbyt wielu sakiewek, a te mogą się przydać. ‒ Tu, Irriel poklepała się po pasku. Rzeczywiście, po obu jego stronach miała zawieszone po kilka sakiewek oraz skórzanych saszetek. Gdy odjęła od nich dłoń, w świetle porannego słońca błysnęły dwa srebrne medaliony, których łańcuszki również były oplecione wokół rzemienia. Malwa nie była w stanie dostrzec, co na nich wygrawerowano. Nie zdążyła jednak o to zapytać, gdyż elfka kontynuowała: ‒ No, i jeszcze twój gorset… Jest ładny ‒ dodała szybko, widząc urażone spojrzenie bardki. ‒ Ale zbyt sztywny. Skórzane są dobre w podróży, u mnie przyda ci się bardziej materiałowy, bo zapewne na początku będziesz mi sporo mdleć…
Malwa gwałtownie przystanęła, ledwo omijając przechodzącą tuż obok osobę. Zupełnie nie przejęła się oburzonym spojrzeniem przechodnia. Zamiast tego zamrugała parokrotnie, wpatrując się w Irriel, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu.
‒ Jak to mdleć? ‒ zapytała. Irriel westchnęła. Oparła rękę na biodrze i odpowiedziała spokojnie, przechodząc w bok by ustąpić miejsca wozowi:
‒ Kwestia wyuczenia się przepływu magii i tego, ile jej z siebie dajesz. ‒ Widząc nadal nic nierozumiejące spojrzenie Malwy, pokręciła głową, ponownie biorąc ją pod ramię. ‒ Zazwyczaj gdy korzystasz z magii, robisz to albo instynktownie, albo używając czegoś do pomocy, prawda? Nigdy nie byłam bardką, ale z tego co słyszałam, wspomagacie się muzyką, tak? ‒ Malwa pokiwała głową. ‒ Tu jest nieco inaczej. Wspieramy się ziołami, miksturami i tym podobnymi, ale jeśli rzucamy zaklęcie lecznicze, to już zazwyczaj idzie z magii płynącej w nas. Możemy się wspomagać, tak jak klerycy modlący się do swoich bogów, czy ty nucąc znajomą melodię. Ja na przykład zwracam się do swojego patrona o błogosławieństwo.
Malwa zamrugała. Spojrzała jeszcze raz na medaliony przytroczone do paska Irriel, teraz uważniej się im przyglądając. Na pierwszym, bardziej zdobionym, dostrzegła gołębia z rozpostartymi skrzydłami, wpisanego w okrąg. Drugi zaś sprawił, że bardka uniosła brwi. Był on mniejszy od tego z gołębiem, skromniejszy. Na płaskiej nawierzchni, wygrawerowano zarys dwóch dłoni spętanych cierniami.
‒ Twoim patronem jest Ilmater? ‒ zapytała dziewczyna z niekłamanym zdumieniem. Śmiech Irriel zdezorientował ją jeszcze bardziej.
‒ Nie, gdzieżby. Bogowie rzadko zostają patronami czarowników. Ale od dziecka służę kościołowi Płaczącego Boga. Mój ojciec był przełożonym jego świątyni w Mussum. ‒ Malwa musiała się powstrzymać, by nie rozdziawić ust ze zdumienia. Z tego co słyszała, Mussum było miastem od lat zmagającym się z plagą Paniki. Nic więc dziwnego, że kult Ilmatera, boga cierpienia i przetrwania, był tam tak silny. Malwę jednak dziwiło co innego. Chondath, kraj w którym leżało Mussum, znajdowało się bardzo daleko od pogranicza Cormanthyru i Sembii. Czy Irriel przybyła tu w ucieczce przed plagą?
Teraz również słowa elfki o poświęceniu w pracy medyka nabrały nowego sensu. Jako akolitka Ilmatera, musiała mocno wierzyć w to, że pomoc bliźnim to jej najwyższe powołanie. Coś ścisnęło się w piersi Malwy. Po raz kolejny zastanawiała się, jakim cudem w tak niepozornej wiosce mogła mieszkać taka osoba.
Zerknęła niepewnie na drugi amulet.
‒ To w takim razie… Mogę zapytać kto jest twoim patronem? Czy jest to… nieeleganckie? ‒ zapytała, pocierając nadgarstki. Podczas swoich podróży, jeszcze nigdy nie natrafiła na czarownika, więc nie była pewna jaka panuje etykieta w tych sprawach. Irriel jednak nie przeszkadzało to pytanie.
‒ Oczywiście, skarbie. To żadna tajemnica. ‒ Sięgnęła po medalion z gołębiem, unosząc go nieco wyżej. ‒ Patronuje mi Naralis Analor. Nie spodziewam się, że będziesz go znać ‒ dodała, widząc skonsternowaną minę Malwy. Dziewczyna zaśmiała się, próbując ukryć zmieszanie. ‒ To pomniejsze bóstwo, znane tylko elfom. Patronuje zdrowiu i pomaga przejść zmarłym na drugą stronę. Dzięki niemu, czasem moje zaklęcia mogą przynosić lepsze efekty. Tobie może być trudniej. Większość magii będzie musiała iść z ciebie, żeby zaklęcie było silniejsze.
Malwa zmarszczyła brwi.
‒ Nucenie nie pomoże? Zazwyczaj tak robiłam gdy rzucałam na siebie coś prostego…
Irriel skinęła głową.
‒ Trochę tak, ale sama powiedziałaś, że pomaga to przy prostszych zaklęciach. Im bardziej skomplikowana magia, tym więcej od ciebie wymaga. A wiadomo, że gdy człowiek się czegoś uczy, może przesadzić i zaczerpnąć z siebie zbyt wiele, bo nie zna swoich granic. Stąd spodziewam się, że trochę będziesz mi mdlała. ‒ Ścisnęła delikatnie Malwę za ramię, uśmiechając się łagodnie. ‒ Ale nie martw się, poradzimy sobie.
Bardka pokiwała w milczeniu głową. W gruncie rzeczy, mogła się spodziewać, że nie będzie łatwo, ale… Informacja o mdleniu wytrącała ją z równowagi. Sama myśl o tym, że miałaby stracić panowanie nad sobą, chociaż na chwilę zależeć od kogoś innego sprawiała, że spinało jej się całe ciało. W Kelazzan jeszcze miała przynajmniej jedną zaufaną osobę, co do której była pewna, że nie zrobiłaby jej krzywdy. Tutaj… Tak, Irriel i Lyriana wydawały się godne zaufania, ale… Wciąż było jej z tym nieswojo.
Potarła nadgarstki, próbując ukryć swoje zmieszanie. Z drugiej strony… Mogła spróbować. W końcu, jeśli tak zdobędzie przychylność rady…
‒ No, skarbie. Jesteśmy.
Głos Irriel wyrwał ją z zamyślenia. Stały teraz przed niepozornym domkiem, porośniętym mchem, co zaskoczyło Malwę. Taki wygląd budynku nie dziwił ją jeśli chodziło o domy Lyriany czy Irriel, gdyż oba znajdowały się niedaleko lasu. Za to ten stał w miejscu, który uprzednio dziewczyna określiła jako centrum Ferrengrove. Otaczały go jeszcze kolejne budynki, różniące się od niego wielkością i stylem. Ten tutaj przypominał jej typowe budownictwo w Cormanthyrze; niski budynek, o spiczastym dachu. Nieliczne okna przysłaniał z jednej strony bluszcz, a z drugiej cień rosnącej tuż przy domu wierzby. Zieleń wrastających w drewno roślin przyjemnie kontrastowała z białymi i szarymi kolorami ścian.
Bardka zmarszczyła brwi. W Kelazzan, warsztaty krawieckie zazwyczaj znajdowały się w miejscach dobrze oświetlonych, głównie po to, aby krawcowe mogły pracować jak najdłużej, nie uszkadzając sobie przy tym wzroku. Zdziwiło ją więc, że Naifelria ani nie ścięła wierzby, ani nie usunęła mchu i bluszczu z części szyby.
Nie podzieliła się jednak tym spostrzeżeniem na głos. Zamiast tego posłusznie weszła za Irriel, gdy kobieta zdecydowanym krokiem przekroczyła próg. Wtedy zdumiała się jeszcze bardziej.
Pierwsze na co zwróciła uwagę, to przejmująca cisza panująca w pomieszczeniu. Gdy zamknęła drzwi, przyjemny gwar z zewnątrz zupełnie umilkł. Zamiast tego, dziewczyna miała wrażenie, że każdy stukot butów Irriel o drewnianą, jasnobrązową podłogę, jest słyszalny dwa razy głośniej. Nie odbijał się jednak echem. Dźwięk nie miał jak się nieść, ponieważ na półkach sięgających wręcz do sufitu, leżały bele materiałów. Malwa otworzyła szerzej oczy na widok aż tylu kolorów i wzorów. Skąd Naifelria je brała? Na pierwszy rzut oka może i nie były zbytnio wyszukane, ale dziewczyna dostrzegła parę połyskujących tkanin. Niemożliwe, że zdołała je wszystkie wytworzyć sama. Skądś musiała je brać.
Ciche odchrząknięcie sprawiło, że natychmiast oderwała spojrzenie od półek.
‒ No. Tak się zastanawiałam, kiedy tu przyjdziesz.
W dalszej części pokoju, za małym stolikiem stała wysoka elfka. Wyraźnie odcinała się na tle ciemnego pomieszczenia swoją bladą skórą i sięgającymi ramion, srebrnymi włosami. Ręce miała założone na piersi, a spojrzenie fiołkowych oczu wbiła w Malwę. Jej mina sprawiła, że dziewczyna niemal odruchowo się cofnęła; krawcowa wpatrywała się w nią z wyraźną niechęcią.
Założyła ręce za plecami, walcząc z poczuciem niepewności, jakie ją ogarnęło. Na twarz przywołała uśmiech i nieśmiało skinęła głową. Już miała się przywitać, ale Irriel ją ubiegła.
‒ Witaj, Naifelrio. Jak zdrowie?
Kobieta prychnęła. Wyszła zza stołu i oparła się o niego plecami. Spojrzenie wciąż miała utkwione w Malwie.
‒ Skoro ostatnio się do ciebie nie fatyguję, to chyba dobrze, nie sądzisz, droga Irriel? ‒ Uniosła podbródek. ‒ Tylko po to tu przyszłaś? Czy może chciałaś dopomóc obcej mnie nieco obłaskawić?
Bardka zmarszczyła brwi. Nie podobała jej się pogarda w tonie Naifelrii. Poza tym… Obłaskawić? Niby dlaczego miałaby się tym przejmować, przecież to była zwyczajna krawcowa?
Wzięła wdech i podeszła dziarskim krokiem w stronę elfki. Widząc jednak, że kobieta się skrzywiła, zdecydowała się stanąć obok Irriel.
‒ Znaczy… Ja i Irriel mamy do pani prośbę, pani Naifelrio ‒ odezwała się, uśmiechając się nieśmiało. Powstrzymała się od wzdrygnięcia, gdy kobieta wymownie przyjrzała jej się od stóp do głów. Z tej odległości, Malwa mogła dostrzec zmarszczki na jej twarzy, w szczególności wokół oczu i na czole.
Coś ją tknęło i zerknęła na Irriel. Ta tylko spokojnie stała, z jedną ręką opartą na biodrze. Przez półmrok panujący w pomieszczeniu, bardka słabo dostrzegała wyraz jej twarzy, ale była niemal pewna, że błąkał się tam uśmiech. Nieprzyjemne uczucie rosło jej w żołądku. Coś jej tu nie pasowało.
‒ Tak? Ty i Irriel, co? A może ty sama, dziewczyno? Już ci nie wystarczy, że zostałaś dopuszczona do naszego Drzewa?
Malwa ścisnęła sobie mocniej ręce za plecami. Skąd aż taki chłodny ton? Przecież nic takiego nie zrobiła. Irriel mówiła, że niechętnie dopuszcza się do obcych do Drzewa Spokoju, ale dziewczyna nie sądziła, że ktoś może być aż tak agresywny.
Przełknęła kilka gorzkich słów cisnących się jej na usta.
‒ Jestem wdzięczna za to, że okazano mi takie zaufanie. Zapewniam panią, że nikomu nic o nim nie powiem, ale…
‒ No, ja myślę, że nie. Inaczej uznałabym, że kompletnie zawróciłaś naszej Lyrianie w głowie ‒ westchnęła teatralnie elfka. Tymczasem Malwa przymrużyła powieki. Ścisnęła mocniej ręce z tyłu, usiłując powstrzymać nagłą falę gniewu.
‒ Co ma przez to pani na myśli?
‒ Już mnie tak nie kokietuj, dziewczyno ‒ warknęła Naifelria. Malwa zacisnęła usta. Ramiona jej się spięły, a ona sama próbowała nie dać po sobie poznać, jak bardzo gotuje się w środku. Krawcowa za mocno jej kogoś przypominała. ‒ Myślałby kto, że Lyriana wiedziałaby że nie wolno przyprowadzać byle kogo pod Drzewo. A tu już, jedna noc i niby taka ważna jesteś? Proszę cię. Tyle tu jest miłych dziewcząt, a Lyriana musiała się zainteresować kimś obcym.
Malwa prychnęła.
‒ Z całym szacunkiem, proszę nie wtrącać w to Lyriany. ‒ Przez jej głos przebiła się w końcu nuta złości. Wyprostowała się jeszcze mocniej. Niemal wbijała sobie paznokcie w dłonie. ‒ Bo to, jak pani się o niej wypowiada, świadczy o tym, że ma pani o niej naprawdę niskie mniemanie. Z tego co wiem, Lyriana uznała, że jestem godna podejścia do Drzewa nie na podstawie, jak się pani wyraziła, wspólnej nocy, ale dlatego, że pomogłam jednemu z waszych. Przez cały czas mnie pilnowała i wiem, że w razie czego byłaby gotowa mnie zabić.
Kobieta wpatrywała się w nią, wciąż ze skwaszoną miną, ale w tym momencie Malwy to nie obchodziło. Jak ona śmiała? Pal sześć, że uwzięła się na nią, ale jeśli tak bardzo przeszkadzała jej obcość bardki, to na tym powinna się skupić! Wciąganie w to Lyriany było zupełnie ciosem poniżej pasa. Żołądek jej się ścisnął, na nagłą myśl o tym, jak szybko łowczyni uciszyła ją przy Błędnym Ogniku. Miała nadzieję, że Naifelria stanowiła wyjątek, nie regułę, bo jeśli nie…
‒ I tak spokojnie to przyjęłaś, dziewczyno?
Potrzebowała naprawdę wiele siły woli by nie wywrócić oczami.
‒ Nazywam się Malwa ‒ odparła. Odetchnęła przez nos. ‒ I tak, przyjęłam to na spokojnie, bo jeśli coś w życiu doceniam najbardziej to lojalność. A w ten sposób Lyriana okazałaby lojalność Ferrengrove, a nie mi, nie sądzi pani?
‒ A komu ty jesteś lojalna, co?
‒ Bratu. I dziadkowi.
Przez chwilę obie mierzyły się spojrzeniem. Naifelria zaciskała szczupłe palce na ramionach, sprawiając, że narzucona na nie aksamitna chusta marszczyła się niczym śliwka. Malwa z kolei z całej siły próbowała nad sobą zapanować. Nieprzychylne komentarze na swój temat mogła przełknąć, ale nie chciała, żeby ktoś wtrącał w to jeszcze osoby, które były dla niej miłe.
‒ Poza tym, Naifelrio, pragnę ci przypomnieć, że to nie był pomysł Lyriany, a Serune. ‒ Odezwała się dotąd milcząca Irriel. Malwa zerknęła na nią. Zaskoczyła ją nieco poddenerwowana nuta w tonie medyczki.
Krawcowa posłała jej ostre spojrzenie.
‒ Tym gorzej! Najpierw naraziłaś ją na niebezpieczeństwo, a potem pozwalasz jej zdradzać nasze tajemnice? Gdzie ona w ogóle teraz jest? Znów lata po wsi?
Malwa już otwierała usta, kompletnie oburzona, kiedy medyczka delikatnie nastąpiła jej na stopę.
‒ Owszem ‒ Zazwyczaj ciepły ton Irriel nabrał teraz chłodu. Kobieta wsparła się pod boki. ‒ I nie martw się, wiem, że jest stale pod opieką. A co do zdradzania tajemnic… Myślisz, że w takim razie Serune nie powinna wyrazić wdzięczności swojej wybawicielce? Co jak co, ale sądzę, że zawiodłabym jako matka, gdyby moje dziecko było posłuszne, ale niewdzięczne. Poza tym, nie zrobiła tego bez naszej wiedzy, tylko przy mnie i Lyrianie. Gdybyśmy jej tego zabroniły, zapewne zrezygnowałaby z tego pomysłu. A tak, myślę, że zachowała się poprawnie. Czy Ruemar nie mówił ostatnio o tym, że gdy czujemy potrzebę, możemy zaprowadzić pod Drzewo tych, których określimy godnymi zaufania?
Naifelria zamilkła i ku zdumieniu Malwy, na moment uciekła spojrzeniem w bok. Korzystając z tego, bardka odważyła się odwrócić głowę w stronę Irriel. Kobieta wciąż marszczyła brwi, ale gdy poczuła na sobie spojrzenie dziewczyny, posłała jej wspierający uśmiech. Spięcie nieco ustąpiło.
‒ Dobrze. Widzę, że chcesz pozostać głucha na moją troskę…
‒ Irriel nie jest głucha na pani troskę ‒ Nie wytrzymała w końcu Malwa. Oburzone spojrzenie spoczęło na niej, ale wytrzymała je. ‒ Tylko mówi o tym, że niepotrzebnie przerzuca pani winę. Rozumiem, że mi pani nie ufa, że jestem obca. Nie zna mnie pani, oczywiście, że jest pani podejrzliwa, skoro to takie ważne dla was miejsce. Ale w takim wypadku proszę chociaż skupić się tylko na mnie, a nie na całej reszcie. Może jeśli pani wysłucha z czym do pani przyszłyśmy, uda mi się panią do siebie przekonać.
Jej słowa wyraźnie wywarły na Naifelrii wrażenie. Coś w jej spojrzeniu się zmieniło. Kobieta przymrużyła powieki, ale już nie zaciskała tak mocno palców na szalu. Wyprostowała się dumnie, odrywając plecy od stołu. Zrobiła kilka kroków w stronę Malwy, stając tak blisko niej, że bardka czuła jej perfumy.
‒ A z czym przyszłaś do jednej z rady, Malwo?
Malwie na moment rozszerzyły się oczy, ale natychmiast się opanowała. Co? Czemu Irriel jej nie uprzedziła, że przyprowadza ją do radnej? Teraz napastliwość Naifelrii nabrała trochę sensu; rzeczywiście jeśli miałaby złe zamiary to przyprowadzenie do Drzewa a potem odwiedziny u kogoś wyżej postawionego mogło źle wyglądać. Czy Irriel o tym nie pomyślała? Przecież wiedziała, że bardce zależy na dostaniu się do archiwów! O co mogło jej chodzić?
Zamiast jednak spojrzeć zdumiona na medyczkę, dziewczyna tylko zdobyła się na uśmiech i powiedziała:
‒ Zamierzam praktykować u Irriel i potrzebne mi są nowe ubrania. Irriel twierdzi, że moje zupełnie do niczego się nie nadają i zaprowadziła mnie prosto do pani.
W końcu na twarzy Naifelrii pojawiło się coś innego niż złość lub pogarda. Krawcowa spojrzała na medyczkę, wyraźnie zdezorientowana.
‒ Przecież ty nigdy nie bierzesz do siebie uczniów na stałe.
Irriel zaśmiała się.
‒ To prawda. Ale Malwa nie zamierza pozostać tu bardzo długo, więc będzie mogła nieść moje nauki poza granice Ferrengrove, nie sądzisz? Poza tym, raz na jakiś czas przecież uczę nowych myśliwych i łowczych zadbać o siebie.
Naifelria z powrotem skupiła się na Malwie. Bardka jedynie nieśmiało się do niej uśmiechnęła. Miała nadzieję, że kobieta chociaż trochę opuści gardę.
‒ Bardka co nagle chce zostać medyczką? ‒ z jej głosu na chwilę zniknęła opryskliwość, a zastąpiła ją nutka ciekawości. Malwa z ulgą rozluźniła chwyt na swoich dłoniach.
‒ W drodze wiele może się zdarzyć, prawda? Więc skoro tu znalazłam tak dobrą nauczycielkę, wydaje mi się to nie w porządku, by zmarnować taką szansę.
‒ I na pewno nie ma to związku z Drzewem? ‒ I nim Malwa zdążyła odpowiedzieć, usłyszała jak Naifelria mamrocze pod nosem: ‒ Naitie.
Na chwilę błysnęło złote światło a stres wrócił. W końcu podzielenie się tym, że chciała się dostać do archiwów z pewnością sprawi, że Naifelria ponownie nabierze podejrzeń, skoro już sobie wyrobiła zdanie o Malwie. Dziewczyna niepewnie postukała się palcem po wnętrzu dłoni.
‒ Z samym Drzewem nie ‒ odpowiedziała w końcu. Nie miała pojęcia, co poczuła kobieta, ale widząc, że z jej twarzy w końcu zniknęła skwaszona mina, stwierdziła, że chyba udało jej się uniknąć kłamstwa. Na twarz krawcowej wypłynął jednak taki uśmieszek, że Malwa nie była pewna, czy zrobiła dobrze, czy źle.
‒ Niech będzie. To czego potrzebujecie?
‒ Standardowo. Spódnica, miękki, krótki gorset, wygodna bluzka. Sama wiesz ‒ odparła natychmiast Irriel, podchodząc bliżej nich. Naifelria pokiwała głową w zadumaniu, spoglądając teraz gdzieś za Malwę.
‒ Tak, tak, rzeczywiście… Bluzka i gorset to będzie prosta sprawa, ale spódnica… ‒ Westchnęła, załamując ręce. Udawany żal jednak zdradzał złośliwy uśmieszek. Malwa poczuła, że robi jej się zimno. ‒ Chyba niestety nie starczy mi na to materiału.
Kłamstwo było tak bezczelne, że bardka musiała się powstrzymać od prychnięcia. Irriel również wyglądała na oburzoną.
‒ No chyba żartujesz.
‒ Przykro mi, skarbeńku. Ruemar wróci z dostawą dopiero podczas przesilenia, a wiesz, że mam wtedy pełne ręce roboty. Nie mogę ryzykować, że nie starczy mi tkanin na stroje dla… ‒ Przechyliła głowę, patrząc w sufit. ‒ Co najmniej dziesięciu osób. Wiesz, jak to jest. ‒ To ostatnie już skierowała w stronę Malwy, która starała się nie fuknąć ze złości.
Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Najwyraźniej Naifelria należała do tych osób, które niełatwo przekonać do siebie. Lub po prostu była uparta. Co teraz w takim razie? Mogłaby skrócić swoją własną spódnicę, skoro Irriel przeszkadzała jej długość, ale nie chciała marnować materiału.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, próbując rozpaczliwie coś na szybko wymyślić. Wiedziała, że kobieta zapewne oczekiwała po niej, że położy uszy po sobie i wyjdzie, ale duma Malwy nie pozwalała jej poddać się bez walki. Bele z materiałami i manekiny zawalały niemal cały pokój, ale… Tuż przy stoliku dostrzegła ścinki jakichś tkanin. Nagły pomysł wpadł jej do głowy.
‒ Oczywiście, rozumiem jak najbardziej ‒ powiedziała najspokojniejszym tonem, na jaki było ją stać. Wyminęła Naifelrię, pilnując jednak by cały czas była w jej polu widzenia i kucnęła przy stosiku ścinków. ‒ Ale gdyby była pani tak łaskawa zszyć mi spódnicę z tych resztek, które pani zostały? Rozumiem, że będzie musiała pani jeszcze z czegoś wykroić mi halkę, ale dzięki temu przynajmniej zaoszczędzi pani na reszcie, prawda? ‒ Musiała powstrzymać się od triumfalnego uśmieszku, gdy Naifelria otworzyła szerzej oczy ze zdumienia. Na razie wystarczyło jej to, że Irriel założyła ręce na piersiach a na jej twarzy malował się wyraz dumy. Tymczasem bardka przesunęła palcami po kilku ścinkach, podnosząc je sobie na wysokość oczu. Jeśli Ruemar zdobywał materiały dla wioski, Malwa bardzo chciałaby poznać kupca, od którego je dostawał. Tkaniny były wyraźnie dobrze utkane, równe i zwarte. Gdy bardka uniosła jeden ze ścinków w stronę okna, nie przepuszczał on światła, tylko delikatnie połyskiwał w słońcu. ‒ Widzę, że ma tu pani naprawdę wspaniałe jedwabie i tu… Bawełna i len też są wyraźnie najwyższej jakości. Szkoda będzie je na mnie marnować, więc myślę, że same ścinki wystarczą, prawda?
‒ Ja… ‒ zaczęła kobieta, ale Malwa niezrażona kontynuowała dalej:
‒ I ta rozciągliwość! Och, te materiały muszą pochodzić z Sembii, o ile nie z samego Kelazzan! Szczególnie ten tu… Irriel, jak sądzisz? Nie będę w takiej spódnicy przenosiła zarazków?
‒ Nie, z pewnością nie ‒ odparła natychmiast medyczka. W jej głosie słychać było rozbawienie, a Malwa musiała zacisnąć usta by nie zaśmiać się, gdy Nafleria szybko odwróciła głowę w jej kierunku.
‒ Można by też zawołać Serune, może pomogłaby mi wybrać najbardziej kolorowe ścinki? ‒ zastanowiła się bardka, teatralnie przykładając palec do policzka. Spojrzała w stronę krawcowej z szerokim uśmiechem: ‒ O ile, oczywiście, pani się zgodzi?
Naifelria wyglądała komicznie. Policzki jej poczerwieniały, a usta zacisnęła w tak wąską kreskę, że niemal nie było widać jej warg. Jednak po tym jak uciekała wzrokiem, bardka była w stanie rozpoznać, że to nie przez złość, a wstyd.
‒ Nie widzę powodu, żeby się nie zgadzać ‒ odparła w końcu spokojnym tonem. Uniosła wysoko głowę. ‒ W końcu, to tylko ścinki. I tak poszłyby do śmieci.
Malwa wyszczerzyła zęby.
‒ W takim razie chyba będą mnie godne, prawda?
Nie mogła powstrzymać chichotu, gdy Naifelria posłała jej oburzone spojrzenie. Elfka podeszła do niej i gestem nakazała jej by wstała.
‒ Wystarczy już tej błazenady. Chodź tu, Malwo, muszę zdjąć z ciebie miarę.
Resztę dnia spędziły u radnej. Wcześniejsza ciężka atmosfera już nieco minęła. W szczególności, gdy Irriel poszła po Serune, by pomogła by wyborze najładniejszych ścinków. Ku zdumieniu Malwy, Naifelria odnosiła się do dziewczynki o wiele łagodniej niż by się spodziewała po tym nagłym ataku na Irriel. Cierpliwie tłumaczyła jej których tkanin lepiej żeby w ogóle nie brała pod uwagę, a z jej głosu zniknęła opryskliwość. Na ten widok, Irriel tylko wymownie spojrzała na Malwę, po czym westchnęła cicho.
Wyjaśnił się również powód zaciemnienia warsztatu. Naifelria używała magii przy niektórych etapach. Stąd też praca szła jej szybciej i nie musiała długo siedzieć i wpatrywać się w szwy czy nawlekać nici na igły. Ponadto, bardka dostrzegła, że kobieta chyba nie lubiła światła słonecznego. Czasem wyraźnie się krzywiła, gdy padało jej na oczy.
Sama Malwa wciąż miała nieco mieszane uczucia. Była zła na Irriel, że nie uprzedziła jej do kogo tak naprawdę idą. Co nią kierowało? Nie chciało jej się wierzyć, że kobieta chciała ją jakoś sabotować. Gdyby tak było, nie wsparłaby jej w dyskusji z krawcową. Ale w takim razie, co chciała osiągnąć?
Te pytania męczyły ją tak bardzo, że gdy w końcu późnym wieczorem opuściły dom Naifelrii z nowymi ubraniami zawiniętymi w paczuszkę, Malwa poczekała aż Serune wybiegnie trochę przed nie by w końcu wymamrotać:
‒ Dlaczego nie powiedziałaś mi, kim jest Naifelria? ‒ Zdziwiło ją to, że jej ton brzmiał bardziej na zasmucony niż oskarżycielski, ale… Chyba faktycznie tak było. Po prostu tego nie rozumiała.
Obok niej, Irriel cicho westchnęła.
‒ Z dwóch powodów, skarbie ‒ zaczęła. Malwa zamrugała, czując, jak medyczka obejmuje ją ramieniem. Nie był to jednak niechciany dotyk. Mięśnie natychmiast jej się zrelaksowały. ‒ Po pierwsze, sama widziałaś, jaka bywa Naifelria. Bałam się, że jeśli pójdziesz do niej widząc, że jest radną, mogłabyś za mocno próbować jej się przypodobać, a to z pewnością by ci nie pomogło. Ona nienawidzi podlizywania się.
‒ Ale… Nie wiedziałaś, czy bym tak zrobiła ‒ mruknęła niezadowolona bardka. Odruchowo objęła się rękoma. Irriel przyciągnęła ją bliżej siebie.
‒ Masz rację. Może powinnam ci bardziej zaufać, ale jeszcze cię nie znam. ‒ Malwa zamrugała. Prawdę mówiąc, nie takiej reakcji się spodziewała. Myślała, że będzie musiała jeszcze trochę się potłumaczyć, szczególnie że nie odezwała się zbyt grzecznie. A Irriel… Tak po prostu to uznała?
Poczuła, jak na chwilę w środku niej rośnie pustka by zaraz pęknąć, sprawiając, że jej twarz zalała fala gorąca. Co z ludźmi z Ferrengrove było nie tak? Najpierw Lyriana utwierdzająca ją w przekonaniu, że nie jest jej nic winna, teraz Irriel tak łatwo przyznająca, że mogła ją źle ocenić…
‒ W każdym razie. Wolałam nie ryzykować, że ci się nie uda. A tak, Nafleria mogła sama zobaczyć, że przyszłaś z wizytą w innym celu. Po drugie… ‒ Medyczka przekrzywiła głowę do boku, w zamyśleniu stukając o amulet Ilmatera. ‒ Cóż, możesz to uznać za swoją pierwszą, poważną lekcję. ‒ Czując na sobie zszokowane spojrzenie Malwy, spoważniała. ‒ Jako medyczka, czasem będziesz miała trudne i niespodziewane sytuacje. Pijanego pacjenta, przestraszone dziecko. Eliksir może źle zadziałać, ktoś może mieć na coś alergię. W takich sytuacjach trzeba zachować zimną krew. Także… Chciałam sprawdzić, jak zachowasz się właśnie w takiej trudnej i niespodziewanej sytuacji.
Malwa zamrugała. Nigdy w życiu by na to nie wpadła, ale teraz… Miało to trochę sensu. Czując na sobie łagodne spojrzenie Irriel, zaśmiała się cicho i zapytała z uśmiechem:
‒ I jak sobie poradziłam?
‒ Całkiem dobrze. Widać, że jak ktoś nastąpi ci na odcisk, to na chwilę tracisz panowanie nad sobą, ale zaraz przywołujesz się do porządku. Różnymi metodami. ‒ To mówiąc, zerknęła na chwilę w stronę rąk Malwy. Dziewczyna odruchowo schowała je za sobą. ‒ Będziemy musiały nad tym nieco popracować, ale to tylko szlify. Chyba jesteś przyzwyczajona do takich chwil, co?
Ostatnie słowa, Irriel wypowiedziała uważnie przypatrując się Malwie. Ta odwróciła głowę, próbując uciec od zatroskanego spojrzenia medyczki. Potarła nadgarstki, zdmuchując przy tym kosmyk z twarzy.
‒ Można tak powiedzieć. Na… dworze musiałam się nauczyć trzymać język za zębami ‒ odparła w końcu wymijająco. Wspomnienie rozmów z ojcem na chwilę pojawiło jej się w głowie, ale natychmiast je odepchnęła. Wolała na razie do tego nie wracać, jeśli nie musiała.
‒ Czyli jesteś jakąś szlachcianką?
Szczere zdumienie w głosie Irriel sprawiło, że Malwa natychmiast na nią spojrzała. Zamrugała.
‒ To Lyriana nic ci nie mówiła? ‒ zapytała zszokowana. Uczucie to tylko się nasiliło, gdy Irriel wolno pokręciła głową. Bardce ścisnęło się serce. Lyriana nic nikomu nie powiedziała? Przecież się sama domyślała…
Jakieś rozrzewnienie chwyciło ją tak mocno, że niemal zaszkliły jej się oczy. Zupełnie się nie spodziewała, że łowczyni będzie aż tak dyskretna.
‒ Wszystko w porządku?
Pokiwała głową, a jej śmiech zabrzmiał może nieco bardziej na zaskoczony niż by sobie tego życzyła.
‒ Tak, jak najbardziej ‒ odparła w końcu. ‒ Odpowiadając na twoje pytanie, jestem baronówną Kelazzan.
Irriel uśmiechnęła się do niej łagodnie. Gdy pogłaskała ją po ramieniu, Malwa przylgnęła do jej dotyku.
‒ To dlatego tak znasz się na tkaninach, co?
‒ Tak. W końcu to jeden z naszych materiałów eksportowych, zawsze są najwyższej jakości. Powinnam o nich wiedzieć jak najwięcej ‒ powiedziała, unosząc głowę. Z czego jak z czego, ale z dóbr swojej baronii zawsze była dumna. Zastanawiała się, czy ma jeszcze coś dodać, ale Irriel chyba to w zupełności wystarczyło, bo pokiwała tylko głową w zadumie.
‒ Ach, to wszystko tłumaczy. No dobrze. Późno już, także leć do domu. A jutro… Przygotuj się na omdlewanie ‒ Puściła ją i mrugnęła. I chociaż Malwa jeszcze chwilę chciała pozostać w jej uścisku, nie dała tego po sobie poznać. Sapnęła tylko dla zasady. Myśl o mdleniu już aż tak jej nie przerażała. Wyglądało na to, że chyba mogła zaufać Irriel.
.png)


Komentarze
Prześlij komentarz