2.3
Zapach soli trzeźwiących uderzył ją w nozdrza, natychmiast wyrywając ją z ciemności.
Malwa jęknęła, już nawet nie dziwiąc się, że znów leży na drewnianej podłodze u Irriel. Czuła, jak wciąż trzyma ją otępienie, a jej ciało wydawało się dziwnie sztywne. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby się podnieść.
‒ Który to już raz dzisiaj? ‒ jęknęła, przekrzywiając głowę na bok. Kucająca obok niej Irriel uśmiechnęła się pocieszająco.
‒ Piąty ‒ mruknęła, po czym spojrzała w górę. Niedaleko nich stał stolik, a na nim leżał nowy największy wróg Malwy: kawałek udźca jagnięcego, przekrojony przy kilku ścięgnach.
Zadanie podobno było proste. Bardka miała rzucić zaklęcie leczące i sprawić, aby przecięcia się zrosły. Irriel uznała to za świetne ćwiczenie początkowe, pozwalające sprawdzić, jaką kontrolę miała Malwa nad swoją magią, bez niepotrzebnego eksperymentowania na żywych istotach.
Początkowo szło jej nieźle. Inkantacja była prosta, podobna do zaklęcia, które bardka już znała. Ale gdy tylko przestawała nucić pod nosem, niebieskie światło wypływające spod jej palców zaczynało to tracić na sile, to znów się wzmacniać. Malwę ssało w żołądku i… znów lądowała na podłodze.
Przejechała ręką po twarzy, sfrustrowana.
‒ Naprawdę nie wiem, co robię źle ‒ wymamrotała. Gdy śpiewała, miała wrażenie, jakby magia płynęła z niej naturalnie, stałym strumieniem, ale gdy milkła… Coś innego wychodziło na wierzch. W dodatku, wciąż nie była w stanie wyleczyć najpłytszego zacięcia na udźcu.
‒ W końcu do tego dojdziemy, skarbie ‒ odparła spokojnie Irriel, podając jej rękę. Jednak gdy kobieta pociągnęła ją w górę, Malwa poczuła jak kręci jej się w głowie. Natychmiast opadła na stojącą niedaleko zieloną kanapę i automatycznie schowała głowę między kolana. Coś w środku niej kołatało się, wiło, sprawiając, że zrobiło jej się niedobrze. Jęknęła żałośnie. ‒ Nie zawsze wszystko musi wychodzić za pierwszym razem.
Malwa przygryzła wargę. Nieprzyjemne poczucie niepokoju przeszło jej przez ciało. Nieświadomie zacisnęła palce na kolanach, walcząc z nagłym ciężarem w piersi.
‒ Może nie, ale… Sama mówiłaś, że to proste ćwiczenie ‒ wymamrotała. Obok siebie usłyszała westchnienie Irriel, a zaraz potem poczuła, jak materac zapada się pod jej ciężarem.
‒ To prawda. Ale to proste ćwiczenie dla mnie. Dla ciebie mogło okazać się proste albo, jak widać, wręcz przeciwnie. To nic złego.
Ciężar w piersi tylko przybrał na sile. Mimo, że Irriel nie mogła jej teraz zobaczyć, Malwa wciąż odwróciła głowę w bok. Zamknęła oczy, biorąc kolejny głęboki wdech. Przynajmniej zawroty głowy już ustąpiły, ale czuła się dziwnie… pusta.
‒ Co nie zmienia faktu, że nie powinno mi to tyle zająć ‒ wymamrotała, w końcu się prostując. Utkwiła wściekłe spojrzenie w udźcu. Co z niej za uczennica, żeby aż tyle pracować nad jednym ćwiczeniem? Bądź co bądź, nie zamierzała zostawać tu na długo, a skoro zawalała tak proste zadanie…
‒ Przypomnij mi. Ty tu się znasz na medycynie, czy ja?
Igiełka strachu ukłuła ją w serce. Natychmiast poprawiła pozycję. Wyprostowała w pełni plecy, a ręce splotła i położyła na kolanach. Odruchowo odparła:
‒ Oczywiście, że pani.
Nie śmiała odwrócić wzroku. To nie wypadało, a skoro już zbierała uwagi…
Nagły dotyk na dłoni sprawił, że niemal wyskoczyła ze skóry. Zwalczyła w sobie potrzebę by zacisnąć powieki. Zamiast tego, nieśmiało zerknęła w stronę Irriel. Na widok jej ściągniętych w zatroskaniu brwi, poczuła, że czerwienieją jej uszy. Gdy medyczka ścisnęła ją delikatnie za palce, zamrugała, zdezorientowana.
‒ Skarbie, pozwól sobie się pouczyć, co?
Nie tego się spodziewała. Głos Irriel brzmiał łagodnie a nie ostro. Malwa szybko zerknęła w bok, uciekając od strapionego spojrzenia elfki. Tymczasem, kobieta kontynuowała:
‒ Jak dla mnie, może nam to zająć i dekadzień. Wierzę w to, że damy radę, tylko najpierw musimy dojść do tego, czemu tak szybko tracisz panowanie nad swoją magią. Widziałam to już wcześniej, gdy szkoliłam medyków w Mussum. Każdy miał problemy z nieco innego powodu. To normalne. ‒ Palce medyczki mocniej zacisnęły się na dłoni Malwy. ‒ Nie musisz przecież wszystkiego potrafić od razu.
Bardka ugryzła się w język, powstrzymując się od kąśliwej uwagi. Przecież powinna chociaż dać radę po trzeciej czy czwartej próbie! Ale pięć? Kompletnie marnowała czas Irriel. Kobieta pewnie zdążyłaby zrobić już kilka innych ważnych rzeczy, zamiast stać i ją nadzorować.
‒ Przepraszam ‒ wymamrotała. Jej zrezygnowany ton ją obrzydził. Nie powinna się nad sobą użalać, tylko ćwiczyć dalej. Dlatego też, nagle wstała i podeszła w stronę stolika. ‒ Spróbuję jeszcze raz.
Kątem oka dostrzegła, że Irriel również się podniosła. Brwi wciąż miała ściągnięte, ale gdy zauważyła, że Malwa jej się przygląda, uśmiechnęła się do niej łagodnie. Stanęła tuż obok dziewczyny.
‒ Dobrze, ale jeśli tylko poczujesz, że znów tracisz kontrolę, natychmiast przerwij zaklęcie. ‒ Uniosła zadziornie brodę. ‒ Inaczej naprawdę się pogniewamy.
Malwa tylko skinęła głową. Doceniała to, że Irriel próbowała ją pocieszyć. Jej nauczycielom w Kelazzan również to się zdarzało, szczególnie po wizytacji ojca. Gdy baron Grenwin wchodził w trakcie lekcji do pomieszczenia, w którym uczyła się z Royem, zawsze było czuć pewne napięcie. Wszyscy wtedy starali się jak mogli, by zadowolić mężczyznę; czy to ich nauczyciel, czy ona i jej brat. Dopiero gdy wychodził, nauczyciel pozwalał sobie na żarty.
I tak jak wtedy, Malwę dopiero zaczął opuszczać strach gdy skupiła się z powrotem na zadaniu. Wymamrotała pod nosem inkantację i pozwoliła, by przez jej ciało przetoczyła się ciepła fala. Z jej palców powoli zaczął sączyć się niebieskawy dym, który niespiesznie owinął się wokół udźca. Skupiła się na najpłytszym z cięć i tam postarała się przekierować wici. Cały czas cichutko nuciła kołysankę mamy.
Ten etap był jeszcze prosty. Dym dość szybko odnalazł swój kierunek i przeszedł w stronę rany. Malwa odetchnęła.
Zamilkła, tym razem starając się tylko skupić na cieple magii przepływającej przez nią. Natychmiast poczuła, jakby coś w niej wierzgnęło. Ciepło wciąż ją wypełniało, ale tym razem, zamiast skupić się i sączyć stałym, nieprzerwanym strumieniem przez jej palce, wypełniło ją całą. Nagle poczuła się nim wręcz przepełniona, jakby zanurzyła się w wodzie i zaczęło brakować jej oddechu. Spróbowała wziąć się w garść. Skupić magię ponownie w wiązkę, ale zamiast tego, coś głęboko w środku niej zaczęło ochładzać ciepło. Zacisnęła usta, poirytowana. Cóż. Może przynajmniej uda jej się wyrzucić z siebie magię, zanim to dziwne zimno przejmie nad nią kontrolę.
Z większą determinacją powtórzyła inkantację. Tym razem z jej palców nie wypłynęła delikatna wiązka, tylko wręcz wodospad dymu. Odetchnęła i skupiła się na nacięciu. Widziała, jak dym o wiele szybciej zaczyna zasklepiać ranę. Jeszcze tylko trochę i będzie dobrze… Uda jej się…
Zimno zaczęło narastać wraz z uciekającym z niej ciepłem. Miała wrażenie, jakby w środku niej narastały jakieś dziwne kryształy, zamykające w sobie… coś. To było dziwne uczucie, ale desperacko starała się na tym nie skupić. Jeszcze niewiele i…
‒ Malwo. Wystarczy ‒ stanowczy głos Irriel przebił się przez mgłę w jej umyśle. Pokręciła głową.
‒ Jeszcze tylko trochę ‒ wymamrotała, wpatrzona w nacięcie. Zasklepiło się niemal w całości, czuła to. Jeśli da z siebie odrobinę więcej…
To obce uczucie zaczęło narastać. Malwa skupiła się w sobie i poruszyła rękami jakby chciała coś z nich strzepnąć. Światło rozbłysło mocniej, a wici zacisnęły się na ostatniej części nacięcia. Gdy tylko bardka dostrzegła, że rana się domknęła, wypuściła powietrze i cofnęła zaklęcie.
Momentalnie zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się i szybko podparła się o stół. Irriel chwyciła ją za ramiona, dodatkowo ją stabilizując.
Przez dłuższą chwilę obie milczały. Malwa starała się złapać oddech, czując jak to zimne uczucie powoli topnieje, pozostawiając po sobie dziwną mieszankę chłodu i ciepła. Otarła wierzchem dłoni kropelki potu ze skroni i dopiero wtedy spojrzała na udziec. Niemal opadła na blat z poczucia ulgi, gdy dostrzegła, że najpłytsze nacięcie było w pełni zrośnięte.
‒ Udało się ‒ wydyszała. Jednak gdy jej wzrok powędrował w stronę następnych ran, szczęście natychmiast ustąpiło zdziwieniu, a zaraz potem irytacji. Wciąż pozostawały nietknięte. Jednak zanim zdążyła otworzyć usta, Irriel ją uprzedziła:
‒ To prawda. Aczkolwiek bardzo dużym kosztem.
Jej głos brzmiał poważnie. Malwa poczuła, jak kuli się w sobie. Zacisnęła palce mocniej na stole, próbując się opanować.
‒ Przepraszam ‒ wymamrotała. Medyczka cicho westchnęła. Bardka poczuła, jak odwraca ją ku sobie i łapie za oba ramiona. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jaką miała minę.
‒ Dziecko, nie przepraszaj. Uczysz się. Pracujemy nad tym dopiero od dwóch dni, poznajemy i siebie, i możliwości twojej magii. To długi proces, więc warto być dla siebie wyrozumiałym.
Malwa zaśmiała się, zawstydzona. Wciąż trzymała głowę w dole.
‒ Poza tym, mam wrażenie, że wiem w czym leży problem. Jednakże, na razie to hipoteza.
To dopiero sprawiło, że bardka na nią spojrzała. Brązowe oczy Irriel były wypełnione wyrozumiałością. Widząc pełne nadziei spojrzenie Malwy, uśmiechnęła się ciepło i przysiadła na kanapie. Gdy poklepała miejsce obok siebie, dziewczyna natychmiast opadła na poduszki.
‒ Mogę? ‒ zapytała medyczka, sięgając po dłoń bardki. Malwa zmarszczyła brwi, ale skinęła głową. Z ciekawością wpatrywała się, jak elfka przejechała dwoma palcami tuż nad jej skórą, mamrocząc coś pod nosem. Gdy za jej ruchem na ręce Malwy pojawiły się dwie błyszczące linie, dziewczyna nie mogła powstrzymać lekko zdumionego okrzyku. Irriel tylko uśmiechnęła się pod nosem. ‒ Widzisz, to są twoje linie magiczne. Taką… ‒ Dotknęła jaśniejszej, złotawej linii. ‒ Ma każdy z nas. Pozwala zestroić naszą wewnętrzną magię z fokusem, pobierając od niego wsparcie, o ile wystarczająco długo się z nim pracuje. Niektórzy rodzą się z silną więzią, inni muszą ją w sobie odkryć i umocnić. Twoja, jak widzisz, jest dość wyraźna. Dlatego zaklęcie działa swobodnie, gdy nucisz. Pomaga ci nakierować magię w tobie, ujarzmić ją. Ale to… ‒ To mówiąc, Irriel stuknęła w cieńszą, turkusową linię. ‒ Jest trochę co innego. To wciąż jest twoja magia, ale… Nie wynikająca do końca z ciebie. Takie linie widziałam głównie u zaklinaczy. To jakby… Magia dziedziczna. Silna, ale czasami kapryśna, trudna do ujarzmienia. To ona sprawia, że masz problem, gdy tylko przestajesz śpiewać. Wybija się, bo chce ci pomóc, ale… ‒ Irriel pogładziła ją po ramieniu. ‒ Chyba trochę się jej boisz, co?
Malwa poruszyła się niespokojnie. Pomyślała o tym dziwnym uczuciu chłodu, krystalizacji swojej magii.
‒ Nie wydaje mi się, żeby to… coś chciało mi pomagać ‒ przyznała w końcu. Westchnęła ciężko, bezmyślnie stukając palcem o poduszki. ‒ Gdy tylko przestaję śpiewać, czuję, że robi mi się zimno, a potem… Mam wrażenie, że ta… magia? Próbuje mi coś odebrać. I staram się zdążyć, zanim mi to zabierze i…
‒ I w ten sposób dajesz zbyt wiele od siebie ‒ wtrąciła się łagodnie Irriel. Znów przejechała palcami po ramieniu Malwy i linie zniknęły. ‒ Dlatego mdlejesz. Boisz się tego, co jest w tobie, wypychasz wszystko na raz, zamiast pozwolić sobie pomóc.
Malwa pokręciła głową.
‒ Nie sądzę, żeby to chciało mi pomóc. Dlaczego tak nagle wyskakuje? Nigdy wcześniej tak nie miałam, gdy uczyłam się magii bez melodii.
Irriel nawinęła kosmyk włosów na palec. Zerknęła na swoje książki.
‒ Możliwe, że to, czego próbowałaś się nauczyć, było proste, więc twój własny zasób ci wystarczał. To, o czym mówimy to coś głębszego. Wydaje się zagmatwane, ale sądzę, że gdy mu się przyjrzymy, okaże się nie takie straszne. Będziemy musiały popracować nad tym, żebyś zaczęła z tą magią współpracować, zamiast ją zwalczać. ‒ Widząc, że Malwa już otwiera usta, dodała: ‒ Ale, nie dziś.
Dziewczyna nie mogła się powstrzymać od prychnięcia.
‒ Dam sobie radę.
‒ Ale ja nie dam ‒ odparła Irriel, wstając. Słysząc finalną nutę w jej tonie, bardka spuściła głowę, zmieszana. No tak. Powinna wziąć pod uwagę medyczkę. Nadzorowanie jej pewnie też było męczące i… ‒ Poza tym, przydałoby nam się rozprostować nogi. Łap.
Zdezorientowana Malwa ledwo zdążyła wyciągnąć ręce i złapać rzucony w nią koszyk. Zamrugała, wpatrując się w Irriel z niezrozumieniem. Medyczka tylko uśmiechnęła się półgębkiem.
‒ Reszta dzisiejszej lekcji będzie o ziołach. Tylko daj mi chwilę. Zamarynuję udziec.
Las tego dnia był przepełniony wonią kwiatów. Malwę natychmiast uderzyło to, gdy tylko weszła wraz z Irriel w jego gęstwinę.
Pośrednio mogła się do tego przyczynić wilgoć powietrza. Pomimo tego, że dzień był słoneczny, czuć było, że nie wszystko jeszcze wróciło do normy po wczorajszym deszczu. Niektóre rośliny wciąż były mokre, a zapach co poniektórych mchów i liści wyraźnie wypełniał powietrze.
Dziewczynie jednak to nie przeszkadzało. Będąc wychowaną w miejscu, w którym wytwarza się przyprawy, była przyzwyczajona do silnych zapachów. Ba. Cieszyło ją to, ponieważ odciągało to jej uwagę od niewesołych myśli, kłębiących się w jej głowie.
Pomimo ciepła promieni słonecznych, Malwa wciąż czuła w sobie zimno pozostałe po tej… obcej magii. Miała wrażenie, jakby na dnie jej żołądka zebrała się jakaś mroźna kałuża, której nic nie mogło ogrzać.
Przygryzła wargę, nachylając się by zebrać kilka kwiatów rumianku. To co mówiła Irriel miało sens… Chyba. Jednakże trudno było jej uwierzyć, że aż tak nieprzyjemne uczucie chciało jej pomóc. W dodatku… Magia dziedziczna? Ani jej matka, ani tym bardziej ojciec nie byli uzdolnieni w tym kierunku. Roy potrafił rzucać zaklęcia, ale tylko dlatego, że był paladynem Tyra; bóg więc go w tym wspomagał. Dziadek był druidem, ale to też nic nie znaczyło. Skąd więc ta druga linia?
‒ Malwo, słyszałaś mnie?
Natychmiast poderwała głowę. Kilka metrów przed nią, Irriel nachylała się właśnie nad krzakiem dzikich jagód. Bardka zaczerwieniła się.
‒ Przepraszam ‒ wymamrotała, podchodząc. Medyczka westchnęła ciężko.
‒ Przestań już z tym przepraszaniem. Serune tyle nie przeprasza w ciągu roku, co ty przez te parę godzin ‒ odparła, prostując się. Obrzuciła Malwę uważnym spojrzeniem, poprawiając na ramionach brązowy szal. ‒ Pytałam o to, jak wyglądały twoje zajęcia w Kelazzan.
Malwa zamrugała.
‒ Skąd to pytanie? ‒ zapytała ostrożnie. Odruchowo założyła ręce na piersiach, podczas gdy Irriel jedynie wzruszyła ramionami.
‒ Och, z ciekawości. Zastanawia mnie po prostu to, jakie metody stosowali twoi nauczyciele. Może to by nam pomogło do czegoś dojść.
Podejrzliwość bardki zniknęła. No dobrze, to był bezpieczny temat. Mogła o tym na spokojnie opowiedzieć.
‒ Zależy o jakim przedmiocie mówimy. Najczęściej ja i Roy, mój starszy brat, mieliśmy lekcje wspólnie. Nauczyciel do nas przychodził i opowiadał nam o świecie, kazał czytać książki, a później robił z tego testy.
‒ Był surowy? ‒ zapytała medyczka, ruszając przed siebie. Nie przerywając Malwie, przekartkowała swój dziennik i palcem pokazała jej, jakiego następnego zioła szukają.
‒ Eee… W zasadzie to nie? ‒ wymamrotała bardka, drapiąc się po głowie. Pamiętała, że profesor Krisfir denerwował się tylko wtedy, gdy musiał coś wielokrotnie powtarzać, także ona i Roy zawsze starali się siedzieć bardzo cicho. Poza tym, w odróżnieniu od ochmistrzyni Chaeran, przynajmniej ich nie nudził. ‒ Moja ochmistrzyni była jednak ostrzejsza. ‒ Na samo wspomnienie jej groźnego spojrzenia, dziewczyna się wyprostowała. ‒ Często dawała do zrozumienia mi i Elodie, że oczekuje od nas tylko najlepszego. Chyba dopiero gdy wyruszyłam w drogę, zaczęłam w pełni lubić haft ‒ Zaśmiała się nerwowo, odgarniając włosy z ramienia. ‒ Ale wciąż przędę koszmarnie. Przynajmniej zdaniem ochmistrzyni.
‒ A twoim? ‒ Irriel zrównała się z nią krokiem. Malwa wzruszyła ramionami.
‒ Ujdzie w tłumie, ale na pewno mogłabym popracować nad nicią, czasami za bardzo mi się rwie. Potrafię coś spleść, ale jestem przekonana, że Naifelria by mnie pogoniła. ‒ Uśmiechnęła się nerwowo, widząc jak Irriel robi niezadowoloną minę.
‒ A gra? Kto cię tego nauczył? Też ochmistrzyni?
Pokręciła głową.
‒ Nie, nie. Moja mama. ‒ Malwa westchnęła. Prawdę mówiąc, to były jedne z nielicznych chwil, które mogła spędzić z matką sam na sam. Elodie nie interesowała muzyka a Roy, pomimo najszczerszych chęci, miał do tego dwie lewe ręce. Czasami jednak przychodził posłuchać jak ona i baronowa śpiewają, grając to na lirze, to na skrzypcach. Oczywiście, zdarzało się, że baron również zaszczycał ich swoją obecnością, ale… Na całe szczęście, to zdarzało się rzadko. ‒ Zawsze była cierpliwa. Miałam wrażenie, że… Granie przynosiło jej radość. ‒ Bezwiednie zacisnęła palce na amulecie. ‒ Wydawała mi się wtedy najspokojniejsza. W dodatku… Och, gdyby również była bardką, nie dorastałabym jej do pięt! Ma przepiękny głos, wyższy od mojego. W dodatku jej gra na lirze sprawiała, że każdy kto usłyszał jej melodię zwyczajnie musiał stanąć i jej posłuchać. ‒ Przed oczami stanął jej obraz matki. Jak uśmiechała się delikatnie do siebie, przygrywając na bogato zdobionej lirze w kształcie sierpa księżyca. Słońce odbijało się zarówno w jej ciemnorudych włosach, jak i ozdobach, które miała wplecione w warkocz. Zwiewny szal, udrapowany na ramionach nie przeszkadzał jej w delikatnym poruszaniu się w rytm muzyki.
‒ Jesteście ze sobą blisko?
Wyrwana z zamyślenia Malwa zaśmiała się. Odwróciła wzrok, udając, że szuka mięty. Nawet nie poczuła, że spinają jej się ramiona.
‒ Mimo wszystko jestem bliżej z bratem ‒ wymamrotała. ‒ Mama… Podobnie jak i ojciec zawsze była zajęta, także wiesz… Rzadko spędzałyśmy wspólnie czas.
I pomimo ciepła słońca, bardka poczuła, jak robi jej się zimno. Pamiętała smutne spojrzenie matki, gdy żegnała się z nią tuż przed ucieczką. Baronowa Aveline Grenwin tamtej nocy ledwo mogła wydusić z siebie słowa błogosławieństwa. Malwa dobrze pamiętała bladą twarz matki, gdy mocno ściskała ją za ramiona, tuż po tym gdy wręczyła jej miecz dziadka. Wybacz mi, kochanie. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.
Ledwo powstrzymała się od prychnięcia. Rozumiała matkę. Wiedziała, że pomimo swojej pozycji, nie mogła otwarcie przeciwstawiać się ojcu, ale… Gdyby chociaż raz!
Wśród krzaków mignął jej znajomy kształt.
‒ O, mięta ‒ wymamrotała z głupia, podchodząc do rośliny. Spodziewała się, że Irriel się przynajmniej zaśmieje, ale kobieta milczała. Dziewczyna widziała, jak elfka przygląda jej się uważnie, raz po raz marszcząc brwi, jakby chciała coś zrozumieć, ale brakowało jej jakichś elementów układanki. Dopiero gdy Malwa wyprostowała się z pękiem mięty w dłoniach, kobieta postanowiła się odezwać:
‒ Brzmi jak… bardzo skomplikowane dzieciństwo. ‒ Mimo, że jej ton był delikatny, bardka momentalnie zjeżyła się, słysząc w jej tonie nutkę litości. Usiłowała to przykryć śmiechem. Wyprostowała się i założyła ręce do tyłu.
‒ Wiele mnie nauczyło. Jestem wdzięczna rodzicom, że zapewnili mi jak najlepszą edukację. Dzięki temu, chociaż ty masz mniej pracy.
Naprawdę nie mogła znieść spojrzenia Irriel. Sprawiał, że Malwa czuła się w jakiś sposób badana, odsłonięta. Nie miała pojęcia, czego kobieta szuka i irytowało ją to. Nie potrzebowała litości. Przecież nic ona nie zmieni.
Jednak zanim otworzyła usta, medyczka wyciągnęła rękę i położyła ją na ramieniu bardki. Czule je ścisnęła.
‒ Nie sądzę, żeby mi to przeszkadzało. Wiele osób stąd ma bardzo różny poziom wykształcenia i uwierz mi, zmagałam się z o wiele cięższymi przypadkami niż twój. ‒ Irriel posłała jej uśmiech. Mimo, że był on ciepły, coś… niemalże niebezpiecznego błysnęło jej w oczach. ‒ Ale chętnie porozmawiałabym z twoimi rodzicami… na temat twojej edukacji.
Na samą myśl o tym, Malwie zrobiło się zimno. Wyobraziła sobie jak Irriel staje w sali audiencyjnej, tuż przed jej rodzicami. Baron Grenwin pewnie przez cały czas by się tylko grzecznie uśmiechał a baronowa siedziała, godnie wyprostowana, z ciekawością przypatrując się elfce, ale nic poza tym. Przy ich dwójce, Irriel, pomimo siły charakteru wydawałaby się taka… mała.
Za plecami wbiła sobie paznokieć w skórę.
‒ To chyba nie byłby najlepszy pomysł ‒ odparła w końcu. Przekrzywiła głowę, siląc się na to, aby jej ton brzmiał swobodnie: ‒ Skąd te pytania?
Irriel wzruszyła ramionami. Zdjęła dłoń z ramienia Malwy, przez co plecy dziewczyny na powrót się spięły.
‒ Próbuję zrozumieć, dlaczego tak szybko się na siebie denerwujesz, skarbie.
Bardka prychnęła.
‒ Bo nie chcę marnować twojego czasu! Mamy go tak niewiele, a jeszcze nic nie osiągnęłyśmy!
Irriel cofnęła się o krok, słysząc wściekły głos Malwy. Dziewczyna jednak nawet się tym nie przejęła. Założyła ręce na piersi, wbijając wzrok w dół. Wstydziła się. Najzwyczajniej w świecie się wstydziła. Kątem oka dostrzegła, jak elfka robi kilka kroków w jej stronę, ale odruchowo cofnęła się.
‒ Malwo, naprawdę daj sobie szansę na naukę. Nie od razu Ordulin zbudowano. ‒ Irriel westchnęła, widząc, że Malwa wciąż uparcie trzyma głowę w dole. ‒ Poza tym. Nie powiedziałabym, że nic nie osiągnęłyśmy. Pięć omdleń, jedno wyleczone nacięcie, znalezienie przyczyny twojego konfliktu z magią, a teraz niemal pełne kosze ziół. Swoją drogą, do czego przyda nam się ta mięta?
‒ Do herbat na bóle brzucha, leków uspokajających oraz kremów na poprawę cery ‒ wyrecytowała bardka. Przygryzła wargę, czując jak wstyd kotłuje się jej w żołądku wraz z dziwnym poczuciem strachu ale i… spokoju? Nie pomogło jej to, że Irriel się cicho zaśmiała.
‒ No widzisz. Słuchałaś mnie, gdy tłumaczyłam ci to wczoraj. Nazwiesz to wszystko niczym?
Zacisnęła mocno ręce na ramionach i uniosła głowę. Medyczka uśmiechała się do niej niemalże tryumfalnie. Dziewczyna nieśmiało pokręciła głową. Kąciki ust powędrowały jej do góry.
‒ Słońce, zaufaj sobie. A jeśli na razie nie jesteś w stanie tego zrobić, zaufaj mi. ‒ Gdy bardka już otwierała usta, żeby zaprzeczyć, powstrzymało ją uniesienie dłoni kobiety. ‒ Wiem, co robię i tak jak powtarzam ci po raz trzeci, widziałam już wiele przypadków. Zaufaj mi w tym, że widzę w tobie potencjał i wierzę w twoje umiejętności. Denerwowanie się na siebie w niczym ci nie pomoże. Będziesz się tylko frustrować tym, że nie osiągnęłaś jakiegoś celu którego… nawet ci nie postawiłam. ‒ Spojrzenie Irriel spoważniało. Położyła dłoń na biodrze. ‒ O wiele bardziej wolę, żebyśmy powoli szły do przodu, niż żebyś narażała się niepotrzebnie, by spełnić swoje ambicje. Nie chcę byś zrobiła sobie krzywdę. Gdy poprosiłaś mnie o pomoc, nie stawiałaś mi żadnych warunków. Dlaczego więc stawiasz je sobie?
Malwa poczuła się tak, jakby ktoś oblał ją kubłem zimnej wody. Zamrugała, obejmując się mocniej ramionami.
‒ Ja… ‒ zaczęła niepewnie. Westchnęła. W poszukiwaniu otuchy, zacisnęła palce na naszyjniku. ‒ Zawsze byłam ambitna i… chyba… nie lubię się mylić?
‒ A czym groziłaby ci pomyłka?
Zadrżał jej oddech na wspomnienie ostrego spojrzenia ojca. Zawsze wiedziała co później ją czekało. Nawet Roy nigdy nie był w stanie go od tego odwieść.
‒ Nieprzyjemnościami ‒ wymamrotała w końcu. Słysząc swój obruszony ton, natychmiast się zreflektowała. ‒ Ale to chyba dobrze, prawda? Przynajmniej dzięki temu się pilnuję.
Mina Irriel była… trudna do określenia. Kobieta wpatrywała się w nią z mieszaniną zdumienia, niezrozumienia i współczucia. Po tym, jak zacisnęła usta, Malwa wiedziała, że udzieliła złej odpowiedzi. Zanim jednak w panice zdążyła się poprawić, kobieta westchnęła.
‒ Czasami strach przed pomyłką odbiera nam możliwość nauki ‒ odpowiedziała w końcu. ‒ Szczególnie, gdy masz przy sobie osobę, która chętnie pomoże ci coś z niej wyciągnąć. A ambicja… to dobra cecha, dopóki nie staje się ona chorobliwa. Dobrze, że popycha cię do przodu, ale jeszcze lepiej by było gdyby nie wpychała cię na granice twojej wytrzymałości. ‒ Malwa zamarła gdy kobieta wyciągnęła do niej dłoń i delikatnie poklepała ją po policzku. ‒ Na razie jednak, proszę cię Malwo tylko o to, żebyś zaufała mi. Jeśli będę na ciebie zła, lub cokolwiek innego, wiedz, że powiem ci o tym. Zgoda?
Dziewczyna pokiwała głową, kompletnie oszołomiona. Rozumiała słowa Irriel. Znała wszystkie wyrazy, których użyła, nawet jeśli były one w obcym dla niej języku. Jednakże… Z jakiegoś powodu ich sens odbijał się od niej, jak od ściany.
‒ Jesteś teraz na mnie zła? ‒ Ją samą zaskoczyła niemal dziecięca nuta w jej tonie, ale ku jej zdumieniu, elfka jedynie pokręciła głową.
‒ Zmartwiona. Ale to moja sprawa. ‒ Uśmiechnęła się do niej półgębkiem, po czym rozejrzała się. ‒ Ach, zobacz, jesteśmy niedaleko Drzewa Spokoju, a mi akurat skończył się helival. Pójdziesz i mi go nazbierasz? Ja przejdę się nad strumień, poszukam szczawiu.
Malwa jedynie pokiwała głową. Irriel jeszcze raz poklepała ją po policzku, po czym odsunęła się i zwyczajnie weszła głębiej w las.
Dziewczyna zacisnęła palce na koszyku i ruszyła w stronę polany. Właśnie dlatego unikała rozmów o sobie. Mówiła przecież zupełnie normalne rzeczy, a reakcje z jakimi się spotykała, sprawiały, że czuła się źle z tym, że w ogóle otworzyła usta. Gdzieś, głęboko w środku zdawała sobie sprawę, że jej dzieciństwo może nie należało do najlepszych, ale… Z pewnością inni mieli gorzej. W końcu przynajmniej dorastała w dostatku, nie musząc się martwić o ubranie czy pożywienie.
Westchnęła, kręcąc głową. Może następnym razem nie powinna nic mówić? Tak przynajmniej uniknie zamartwiania Irriel. Z drugiej strony, jeśli tak nagle się zamknie, będzie to podejrzane…
Uniosła wzrok. Mimo, że już wiedziała jak wygląda Drzewo i otaczająca je polana, wciąż nie mogła się powstrzymać od uśmiechu jaki wypłynął na jej usta. Kwiaty delikatnie kołysały się na wietrze, a liście na powrót szumiały znajomą Malwie melodię.
Szybko dostrzegła owoce helivalu. Przypominały drobniejsze maliny, ale miały o wiele więcej zastosowań niż ta roślina. Irriel wspominała, że używa się ich do oczyszczenia drobniejszych ran i na ukąszenia niektórych owadów.
Bardka zacisnęła usta, zastanawiając się przez chwilę. Skoro mieszkańcy Ferrengrove tak mocno reagowali na to, że dopuszczono ją do Drzewa, może nie powinna głęboko wchodzić na polanę? Zbierze tylko co potrzebne i pójdzie nad strumień. Wolała nie ryzykować, że ktoś dostrzeże ją samą w tym miejscu. Tak, to chyba był dobry pomysł.
Pozwoliła, żeby jej myśli odpłynęły gdzieś dalej. Szum wiatru, który przetoczył się przez polanę przypominał jej inny, znajomy dźwięk. Szum morza, który często towarzyszył jej na lekcjach z Krisfirem.
Pamiętała, jak lubiła wyglądać przez okno, przypatrując się statkom w porcie; ich rozładunkowi i ich ruchom. Czasami nauczyciel to wykorzystywał. Wskazywał palcem na żagle, pytając raz ją, raz Roya o to z jakiej części Faerunu pochodziły. Tamtego dnia jednak, lekcja nie była o geografii, ale historii. Na szczęście dla Delfiny, zamiast historii sztuki, która często ją nudziła, tym razem Krisfir opowiadał o wojnach goblińskich. Baronówna pamiętała, jak z zaciekawieniem słuchała nauczyciela, robiąc skrupulatne notatki. Siedzący obok niej Roy tymczasem odpowiadał na pytania Krisfira. Była to dla niego swoista powtórka przed zbliżającym się sprawdzianem. Jeśli Delfina dobrze pamiętała, miał przeanalizować strategie zastosowane przez króla Azuona IV.
Spokój lekcji jednak przerwało nagłe pukanie do drzwi. Profesor skrzywił się, ale naturalnie zaprosił intruza do środka. Po chwili okazało się, że podjął dobrą decyzję. W drzwiach do sali stał baron Edmund Grenwin. Roy i Delfina natychmiast pochylili głowy. Baronówna momentalnie wyprostowała się, a jej brat delikatnie przesunął się na ławce, jakby chcąc osłonić ją przed uważnym spojrzeniem czarnych oczu ojca. Niestety, wtedy jeszcze nie do końca miał jak.
Roy zawsze był szczupłej budowy ciała, pomimo licznych treningów jakie odbywał z rycerzami. Kiedy miał szesnaście lat, zmagał się jeszcze z nagłym wystrzeleniem w górę, więc wtedy był nie tylko nienaturalnie wysoki ale i szczupły. Dwunastoletnia wtedy Delfina nie za bardzo miała jak się za niego schować.
Cała ta sytuacja trwała tylko chwilę. Baron przywołał na twarz uśmiech i przeprosił nauczyciela za nagłe wtargnięcie, tłumacząc się, że sam chciał sprawdzić postępy swoich dzieci. Krisfir tylko skinął głową, ustępując mu miejsca na katedrze.
Malwa zacisnęła mocniej dłoń wokół owoców helivalu. Palce jej stężały, a ramiona się spięły, gdy poczuła w sobie echo tamtego strachu. Nie była wtedy pewna, kto zostanie wzięty na odpytkę: ona czy Roy. Widok ojca, uważnie przyglądającego się notatkom jednak sprawiał, że już tężała, gorączkowo przeglądając to, co sama zdążyła napisać. Czuła, jak Roy pod stołem złapał ją za rękę, zwracając przy tym jej uwagę. Niemo wskazał głową na kupkę, przy której zatrzymał się baron.
Ponieważ między nią a Royem były cztery lata różnicy, Krisfir zawsze miał przygotowane dwa plany lekcji. Jeden, nieco trudniejszy, nakierowany na jej brata, drugi, łatwiejszy, na nią. Ojciec nie był chętny zatrudniać specjalnie dla niej nauczyciela, mimo że to był ten jeden raz, kiedy, według Roya, to matka u niego interweniowała. Twierdził, że skoro Roy i Delfina tak walczyli o to, żeby mogła się z nim uczyć, to powinna sobie poradzić.
Bardka prychnęła. Ucho koszyka zatrzeszczało pod jej palcami. Nie przeszkadzało mu to bowiem zatrudnić drugiego nauczyciela dla Elodie. Ale gdy tylko Roy starał się zwrócić na to uwagę, ojciec uznał, że jeśli Delfina chce, mogła przecież uczęszczać na zajęcia z siostrą. Także, postawiona między młotem a kowadłem, dziewczyna zdecydowała się już męczyć się wraz z bratem.
Tamtego dnia, baron Grenwin sięgnął po notatki przygotowane dla Roya. Jednak gdy otworzył usta, wszystkie pytania skierował do córki.
Malwa pochyliła głowę, czując to dawne przerażenie. Jeszcze przez kilka pierwszych pytań, nie szło jej źle. To były podstawy, które Krisfir zdążył jej wytłumaczyć. Jednak im dalej, tym bardziej się zacinała. Profesor dwukrotnie starał się zwrócić uwagę na to, że baron raczył pomylić notatki. Ojciec za to śmiał się, odpowiadając, że chce tylko sprawdzić, jak uważnie córka słuchała. Gdy patrzył jednak na Delfinę, dziewczynka wiedziała, że nie tylko o to mu chodziło.
Roy próbował jej podpowiadać, jak tylko mógł. Ściskał ją raz na znak, że miała odpowiedzieć tak, dwa razy na nie. Ale przy bardziej rozległych pytaniach, nie miał jak przekazać jej dobrej odpowiedzi.
Sama Delfina za to była tak przerażona, że aż dziw, że udawało jej się odpowiedzieć cokolwiek, bez ciągłego zacinania się. Jednakże już w wieku dwunastu lat, była w stanie jakoś przebić się przez mgłę strachu, byleby tylko zadowolić ojca. Pamiętała, jaką miała nadzieję, że może tym razem okaże się wyrozumiały. Gdy miał lepszy dzień, dopuszczał jakiś margines błędu. Czasami były to dwie pomyłki, czasami nawet i cztery. Delfina jednak nigdy nie wiedziała na ile mogła sobie pozwolić.
Po ostatnim pytaniu i po poważnym spojrzeniu ojca, zrozumiała, że tamtego dnia liczba dopuszczalnych pomyłek wynosiła zero. Nie miała najmniejszego pojęcia, jakim cudem powstrzymała się od wzdrygnięcia, gdy ojciec tylko ciężko westchnął i stwierdził, że będzie musiał z nią później porozmawiać. Uciszył Roya gestem ręki, pozdrowił Krisfira i wyszedł, pozostawiając Delfinę w stanie absolutnej paniki.
Wiedziała przecież, co usłyszy.
Delfino, jestem tobą zawiedziony. Kto to widział, żeby baronówna tak mało wiedziała o historii? Co byś zrobiła, gdyby nas spotkało podobne nieszczęście? Nie powinnaś bardziej się przykładać do nauki? Gdzie twoja wdzięczność? Twój brat tak ciężko pracował nad tym, żebyś chodziła z nim na zajęcia. Nie sądzisz, że jesteś mu winna jak najlepsze wyniki? A co z przyszłym mężem? Gdy będzie szukał u ciebie porady, co mu odpowiesz? Nie, moja droga, nie udawaj takiej przerażonej. Z łzami idź do matki. Wiesz przecież, jak kończą nieuki, prawda? Czy może chcesz żeby ci przypomnieć?
Nawet jeśli kręciła głową i odpowiadała, że nie, zawsze kończyło się tym samym.
Ostre poczucie zimna wybiło ją ze wspomnień. Malwa zamrugała, widząc, jak nieświadomie zacisnęła palce wokół swoich nadgarstków. Czuła, jak kłuje ją w piersi, jak powoli brakuje jej oddechu.
Ogarnij się, pomyślała ze złością. Potrząsnęła głową, ale nic to nie pomogło. To było przecież dawno temu, głupia!
Wściekłość wymieszała się ze strachem dawnych lat. Malwa objęła się, próbując się uspokoić, zrobić chociaż kilka oddechów, ale myśli wciąż wracały jej do słów ojca. Przecież miał rację. Roy zawalczył o nią, gdy miała siedem lat. Nie miała pojęcia, jak w wieku jedenastu lat jej brat był w stanie przekonać ojca do swojej racji. Chociaż, z drugiej strony… Czy nie miał wtedy poparcia dziadka?
Nagły, ciepły podmuch wiatru zatańczył w jej włosach, sprawiając że uniosła głowę. Drzewo Spokoju stało teraz bliżej niej niż wcześniej. Malwa zamrugała. Kiedy zdążyła podejść?
Ale tym razem, myśl o cofnięciu się nawet się nie pojawiła. Zamiast tego, ta mroźna, dziwna kałuża po obcej magii jakby rozbudziła się ponownie. Dziewczyna czuła, jak coś ciągnie ją do Drzewa. Nie była w stanie się temu oprzeć. Stopy same kierowały ją w kierunku pnia. Bezwiednie wyciągnęła dłoń.
Gdy tylko musnęła palcami korę, cały strach, panika i wściekłość ją opuściły. Mroźne uczucie w końcu przemieniło się w coś ciepłego, kojącego. Wypełniło całe ciało Malwy, kręcąc się i wiercąc, wypychając w górę wszystkie przykre emocje z taką siłą, że dziewczyna wręcz musiała odetchnąć przez usta, jakby wyrzucając je w pełni.
Szum liści niósł za sobą znajomą melodię. Malwa zamknęła oczy.
Gdzieś, pomiędzy tu i tam
Pośród nocy, w środku dnia
Zachód między wschodu brzask
Między przestrzeń, między czas
Z muszli szum
Pieśni wód
Wzburzona tak
Weń szukam desperacko
Perły mej
Między wiatrem fala gna
Wśród powodzi suchy piach
Z muszli szum
Pieśni wód
Wzburzona tak
Weń szukam desperacko
Między głazy, pośród mórz
Między zmysłem, pośród plaż
Gdzieś ma miłość trwa *
Z każdą kolejną nutą melodii, Malwa czuła, jak oddech jej się uspokaja. W tej chwili nie istniało dla niej nic ważniejszego, niż znajoma muzyka. Niemal słyszała w głowie ciepły, delikatny głos matki gdy nuciła jej tę kołysankę, ale też… drugi głos. Głębszy, męski, ale niemniej pocieszający. Głos innej osoby, przy której zawsze czuła się bezpiecznie.
Głos dziadka.
Usta zadrżały jej w uśmiechu. Zimno rozwiało się do reszty. Malwa czuła teraz tylko krzepiące ciepło, jakby ktoś przytulał ją mocno do siebie. Przez polanę przetoczył się wiatr, unosząc spódnicę dziewczyny i plącząc jej włosy.
Jesteś już bezpieczna. Zapomnij o nim.
Podskoczyła, czując jakby ktoś ucałował ją w czubek głowy. Odwróciła się gwałtownie, ale… nikogo nie było. Zamrugała, oddychając głęboko, jakby wyrwana z transu.
Stała sama pod Drzewem. W ręce wciąż miała zaciśnięty koszyk. Czując, jak coś lepi jej palce, zerknęła w dół i z zaskoczeniem odkryła, że jej dłonie pokrywał różowy sok helivalu. Jakby zacisnęła rękę na owocach i je zmiażdżyła. Jednak… z jakiegoś powodu nie przeszkadzało jej to. Zamiast tego, pierwszy raz od dawna czuła przepełniający ją spokój. W jej głowie nie kłębiło się mnóstwo myśli, a skóra nie cierpła. Po prostu… Stała na polanie. I oddychała. I było jej dobrze.
Zaśmiała się cicho. Czy tak właśnie działało Drzewo na mieszkańców Ferrengrove? Skoro tak, nie dziwiła się, że tak mocno strzegli jego tajemnicy. Istoty z całego Faerunu przybywałyby tu tylko po to, by poczuć tak wszechogarniającą błogość.
Przebiegła palcami po korze. Jestem bezpieczna, powtórzyła sobie w myślach. Pierwszy raz w życiu miała wrażenie, że byłaby w stanie w to uwierzyć.


Komentarze
Prześlij komentarz