2.4


Ociągała się, odchodząc od Drzewa. Z jednej strony wiedziała, że nie powinna długo tam stać, bez obecności kogoś z wioski. Nie dajcie bogowie, zauważyłaby ją Naifelria i Malwa nie za bardzo miałaby wytłumaczenie, dlaczego była tam sama. Z drugiej strony… Tak bardzo nie chciała, aby ten spokój ją opuścił. Bała się, że gdy tylko wystąpi poza polanę, znów dopadną ją ponure myśli.

Dlatego, gdy znalazła się na jej krańcu niemal wstrzymała oddech. Jednak gdy powoli zaczęła oddalać się od Drzewa a jej humor nie pogarszał się, dziewczyna przystanęła. Ku własnemu zdumieniu, Malwa zauważyła, że wszystko było w porządku. Nawet to dziwne, zimne uczucie które towarzyszyło jej od zajęć z Irriel nie wróciło.

Uśmiechnęła się do siebie, kręcąc głową. Bogowie. Gdyby tylko mogła, wracałaby do tego miejsca częściej, ale… najpierw musi sobie na to zasłużyć.

Z tą myślą, skierowała się w stronę strumienia. Nie miała pojęcia, ile czasu spędziła pod Drzewem, ale nie sądziła, że Irriel odeszłaby z umówionego miejsca. Nie znała jeszcze lasu za dobrze, ale wydawało jej się, że tak czy siak, do strumienia prowadziła tylko jedna ścieżka.

Nuciła sobie zadowolona pod nosem, rozchylając gałęzie, aby nie chlasnąć się po twarzy. Szum wody stawał się wyraźniejszy. Już zaczerpnęła powietrza, by zaanonsować swoje przyjście gdy… głos uwiązł jej w gardle.

Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to brak Irriel. Oczywiście, kobieta mogła przejść gdzieś dalej, szczególnie, że szczaw rósł prawie wzdłuż całego strumienia. Jednakże Malwę zaniepokoiło co innego. Przewrócony kosz, leżący nieopodal brzegu.

Poddenerwowana, podeszła bliżej. Tak, to zdecydowanie był kosz Irriel. Bardka rozpoznała kolorową chustkę zawiązaną tuż przy uchu i nieco wyszczerbione zamknięcie. Nerwowo rozejrzała się dookoła.

‒ Irriel? ‒ wykrzyknęła. Nic. Odpowiedział jej tylko szum wody i cichy śpiew ptaków.

Malwa zacisnęła usta, przyglądając się bliżej koszowi. Był mokry tylko z jednej strony, a wieczko zostało uchylone. Gdy sięgnęła do środka, zaskoczona odkryła, że koszyk był o wiele bardziej pusty, niż powinien być. Bądź co bądź, ona i Irriel spędziły większość dnia na poszukiwaniu ziół. Pamiętała, że gdy się rozdzielały, kosz medyczki był niemal pełny.

Zmarszczyła brwi, przyglądając się bliżej zawartości. Zniknęła mięta, szczawiu również nie widziała. Wyczuła jednak pod palcami jagody, dostrzegła również lawendę i szałwię. Dziwne. Gdyby koszyk się przewrócił, a zioła zmyło, jagody które niedawno zebrały, również powinny wypłynąć.

Malwa zacisnęła usta.

‒ Irriel?! ‒ krzyknęła jeszcze raz. Wciąż nic.

Czując, że zaczyna się spinać, zmusiła się by wziąć głęboki wdech. Jeszcze nie miała powodu do paniki. Równie dobrze, to mogło nic nie znaczyć. Może Irriel odeszła gdzieś głębiej w las i wzięła ze sobą zioła do jakichś eksperymentów? Tak, to brzmiało prawdopodobnie, ale… W którą stronę mogła się udać?

Zerknęła w dół, mrużąc powieki. W błocie dostrzegła niewyraźne ślady. Oczywiście, część mogła być jej, ale…

Kucnęła, przyglądając im się bliżej. Niedaleko brzegu, w miejscu, w którym błoto już schło, dziewczyna dostrzegła ślady butów na lekkim obcasie. Z Malwy żadna była tropicielka, a już tym bardziej szewczyni, ale miała niemalże pewność, że to były buty Irriel.

Tuż obok jednak dostrzegła kolejne ślady, zdecydowanie nie po butach. Serce na chwilę jej stanęło, ale znów zrobiła głęboki wdech. Nie powinna działać w panice. Roy zawsze ją pouczał, że emocje nie mogą przesłaniać jej osądu.

Odciski tuż obok butów Irriel, wyglądały na należące do jakiegoś humanoida. Goła, pięciopalczasta stopa. Centymetr od śladów po palcach, Malwa dostrzegła dziwne wgłębienia, jakby po pazurach.

Odruchowo sięgnęła do pasa, ale gdy nie natrafiła na znajomą rękojeść miecza, przeszedł przez nią dreszcz. Wspólnie z Lyrianą ustaliły, że lepiej aby Malwa nie nosiła przy sobie broni, gdy mieszka w Ferrengrove. Sztylet nie wzbudzał niczyich podejrzeń. Ale miecz, szczególnie tak bogato zdobiony… To już co innego.

W tym momencie jednak Malwa przeklęła fakt, że nie miała go przy sobie. Co prawda, to wciąż mogło nie być nic niebezpiecznego. Ślady butów Irriel nie były rozmazane; nie wyglądało więc na to, żeby ktoś odciągnął ją gdzieś siłą. Ale jeśli…

Bardka potrząsnęła głową. Żadnych jeśli. Najpierw zdrowy rozsądek, dopiero później panika.

Ostrożnie zaczęła iść w stronę, w którą kierowały się ślady. Nie były najwyraźniejsze, ale na szczęście w niektórych miejscach ziemia wciąż nie wyschła. Dziewczyna raz po raz zerkała za siebie, próbując ustalić sobie jakieś charakterystyczne miejsca, żeby w razie czego mogła szybko zawrócić. Z każdym krokiem czuła, jak mimo wszystko ogarnia ją panika. Widziała, że powoli wchodzi w głębszy las, zdecydowanie oddalając się od jakichkolwiek szlaków czy ścieżek.

Już wcześniej zauważyła, że nawet Ferrengrove trzymało się na uboczu. Gdyby nie wypadek z amfisbeną, niewątpliwie ominęłaby wioskę. Tutaj jednak, otaczający ją las zmieniał się w coś innego. W odróżnieniu od okolic Ferrengrove, gdzie drzewa rosły w miarę gęsto, ale nie utrudniały widoczności, tu powoli zaczynało brakować jej światła słonecznego. Coraz trudniej dostrzegała ślady, a temperatura zaczęła spadać. Nie miała przy sobie żadnego ogarka ani nawet zapałki. Nigdy też nie nauczyła się żadnych zaklęć rozświetlających otoczenie.

Przygryzła wargę, pocierając się po ramionach, gdy na skórze pojawiła się gęsia skórka. Gdzieś w oddali słyszała dziwne, gwiżdżące dźwięki. Jak tak dalej pójdzie, w końcu sama się zgubi. Z drugiej strony… Jeśli Irriel miała kłopoty, nie mogła przecież zostawić jej samej. Co mogła zrobić? Może… Może powinna znaleźć Lyrianę? Lub kogokolwiek z patrolu? Tak chyba byłoby bezpieczniej, niż samej wchodzić w nieznane i…

Nagle, na pobliskim drzewie mignął jej znajomy kształt. Coś uniosło się na wietrze. Ostrożnie przelazła przez krzaki, krzywiąc się przy tym, czując jak wilgotne liście ocierają się o jej spódnicę. Jednak obrzydzenie natychmiast ustąpiło panice, gdy tylko zrozumiała na co patrzy.

Na pobliskim wiązie, przybita strzałą, wisiała brązowa chusta Irriel. Malwa natychmiast ją rozpoznała, gdy w niedowierzaniu dotknęła materiału. Wyczuła pod palcami lekko szorstką fakturę farbowanego lnu.

Serce zaczęło jej bić, jak oszalałe. Natychmiast sięgnęła po strzałę i mocno szarpnęła. Syknęła, czując jak lotka wbija jej się w palce. Szybko podeszła w stronę najbliższej plamy słońca i uniosła grot na wysokość oczu. Krew odpłynęła jej z twarzy.

Trójkątny, toporny grot. Grubo ociosany drzewiec i przede wszystkim kłujące kolce pochowane wśród piór lotki… To była strzała goblinów.

Malwa puściła się biegiem.

Panika wypełniła jej serce. Jeśli Irriel została porwana przez gobliny, sama nie miała szans. Musiała natychmiast znaleźć najbliższy patrol.

Gorączkowo rozglądała się, szukając swoich poprzednich punktów orientacyjnych. Szal upchnęła w jednym z koszyków..Miała szczęście, że jeszcze nie zagłębiła się w gęstszą część lasu. Inaczej, przez panującą tam ciemność, niechybnie by się zgubiła.

 Bogom dzięki, że Lyrianie udało się przekonać swoją dowódczynię, by pozwoliła jej zdradzić Malwie, gdzie są przynajmniej najważniejsze wartownie, właśnie na takie przypadki.

Dziewczyna przystanęła, próbując zorientować się, gdzie jest. Wygięte drzewo. Niedaleko szum strumienia. Krzak jagód. Północ od Ferrengrove. Najbliższa wartownia była w takim razie niedaleko, na wschód.

Szybciej!, skarciła się w myślach. Jeśli Irriel coś się stanie, nie wybaczy sobie tego. Dlaczego zgodziła się pójść pod Drzewo? Po co zmarnowała tyle czasu? Gdyby tylko uwinęła się szybciej ze swoim zadaniem, może nic by się nie stało!

Na gwiazdy, miała nadzieję, że gobliny nic nie zrobiły medyczce. Po co ją porwały? Dla okupu? Jeśli tak, może nic jej nie będzie… Może uda to się załatwić polubownie…

Przeklęła się w myślach, czując, jak w oczach zbierają jej się łzy paniki. Dobry Tyrze, Naifelria ją zabije, jeśli się dowie, że Irriel zaginęła przez Malwę. A pal sześć, co powie Naifelria! Co z Lyrianą? Co z Serune?!

Bardce zrobiło się zimno. Bogowie nie. Nie, nie, nie… Nie, na pewno uda się to wszystko polubownie załatwić. Musiało tak być! Nie pozwoli, żeby ktoś tak wartościowy jak Irriel po prostu zniknął!

Polana. W oddali dostrzegła niepozorną chatkę. Natychmiast przyspieszyła. Czuła, jak rwie ją w płucach, jak mięśnie powoli odmawiają jej posłuszeństwa, ale nie ustawała. Nie, kiedy była już tak blisko.

Nabrała powietrza w płuca.

‒ POMOCY! 

Jej głos poniósł się echem po polanie. Nawet nie poczuła, że użyła magii.

Efekt był natychmiastowy. Drzwi chatki otworzyły się gwałtownie. Malwa dostrzegła dwie postacie wypadające z budynku. Jedną rozpoznała niemal od razu.

Spotkała się z Lyrianą w połowie drogi. Elfka od razu chwyciła ją za przedramiona.

‒ Malwa?! Co się stało? ‒ Wzrok łowczyni wylądował na jej dłoniach. ‒ Krwawisz!

‒ To nieważne! ‒ Malwa natychmiast ścisnęła kobietę za przeguby. Serce waliło jej, jak oszalałe, płuca paliły żarem. Jedynie adrenalina sprawiła, że jeszcze nie zgięła się wpół by złapać oddech. ‒ Irriel zniknęła!

Lyriana otworzyła szerzej oczy. Tuż za nią rozległ się znajomy głos:

‒ Co takiego?

To Zaine postanowiła do nich podejść. Poczucie winy i strach narastały. Malwa zaczęła się trząść.

‒ My… Poszłyśmy nazbierać zioła… Ro… rozdzieliłyśmy się i… ‒ Zaczynała tracić oddech. W uszach rozległ jej się pisk. Nie była w stanie patrzeć ani na Lyrianę, ani na Zaine. Wiedziała, że robi źle. Powinna się uspokoić, przekazać informacje jak najbardziej zwięźle. Tyle razy ćwiczyła to z Royem!

Jednak panika kompletnie ogarnęła jej umysł. Ledwo poczuła ból w dłoniach, gdy mocniej ścisnęła Lyrianę za przedramiona.

‒ Rozdzieliłyśmy się i… I gdy do niej dołączyłam… J-ja… Znalazłam jej koszyk i…

‒ Malwa. Hej. ‒ Poczuła jak ktoś ostrożnie ujmuje jej twarz i zwraca w swoją stronę. Napotkała zmartwione spojrzenie Lyriany. ‒ Weź kilka wdechów.

‒ Inaczej nic nie zrozumiemy ‒ dodała gdzieś z tyłu Zaine.

Wstyd tylko wzrósł. Zaine miała rację. Robiła z siebie idiotkę, musiała im przecież przekazać najważniejsze informacje. Nie było czasu do stracenia.

Posłusznie spróbowała pójść za radą Lyriany, jednak oddech miała nierówny, co tylko dodatkowo ją irytowało. Uspokój się. Uspokój. Karciła siebie w myślach. Nic to jednak nie dawało.

Nie wygłupiaj się, zagrzmiał jej w głowie tubalny głos. Dobrze wiedziała, do kogo należał. Natychmiast rozpalił się w niej jeszcze większy strach, a potem… wszystkie emocje ustały, jakby odcięte nożem. Malwa znów spuściła wzrok, ale tym razem niemal mechanicznie wyrecytowała:

‒ Poszłam z Irriel nazbierać ziół. Rozdzieliłyśmy się. Ona wybrała się nad strumień, ja na polanę. Gdy do niej wróciłam, znalazłam tylko jej koszyk. Zauważyłam ślady i poszłam po nich. Dotarłam do gęstszej części lasu. I… I tam znalazłam szal Irriel, przebity goblińską strzałą. ‒ Jakby na dowód, wyciągnęła z koszyka przedmiot. Zamilkła, stojąc wciąż z pochyloną głową.

Wciąż piszczało jej w uszach, a w płucach czuła żar. Dłonie piekły ją od zadrapań. Jednak Malwa ledwo była w stanie to poczuć. Stała jak zamrożona, czekając na reakcję którejkolwiek z patrolujących. 

Wzdrygnęła się, gdy dłonie Lyriany wróciły na jej przedramiona, delikatnie głaszcząc skórę.

‒ Malwa. To co teraz powiem zabrzmi dziwnie, ale musisz mi zaufać, dobrze? ‒ Dziewczyna pokiwała głową. Nie miała pojęcia, jaką minę zrobiła elfka, ale nie śmiała sprawdzać. ‒ Koszyk Irriel. Czy był taki sam, jak wcześniej? ‒ Lyriana musiała dostrzec chociaż zmarszczenie brwi bardki, bo szybko dodała: ‒ Może był bardziej pusty?

To dopiero sprawiło, że Malwa poderwała głowę. Lyriana teraz wpatrywała się w nią w skupieniu.

‒ Tak. Zostały… same fioletowe rośliny i…

Zamrugała, widząc, że Lyriana wyraźnie odetchnęła z ulgą. Elfka spojrzała w bok na Zaine, która również się zrelaksowała.

‒ Co się dzieje? O co chodzi? 

Dopiero wtedy łowczyni przygryzła wargę.

‒ Ja… nie mogę powiedzieć. Ale zaufaj mi, gdy ci powiem, że…

‒ Możesz, Eyllistlran. ‒ Do konwersacji dołączył nowy głos. Obie kobiety spojrzały zaskoczone za siebie. Malwa dostrzegła, że z domku wychodzi trzecia postać. Wysoka elfka, wyższa nawet od Lyriany. Jej blond włosy, zaplecione w dwa grube warkocze kiwały się w rytm jej zdecydowanego, sprężystego kroku. Widząc, jak obie patrolujące natychmiast się wyprostowały, Malwa domyśliła się, że to musiał być ktoś wyższy stopniem od nich. Jej zbroja nieco różniła się od Zaine i Lyriany. Wszystkie trzy nosiły lekki, zielono-brązowy pancerz oraz krótką pelerynę, jednak u nieznajomej było więcej zdobień. Przypominały promienie słońca.

Malwa również się wyprostowała. Już otwierała usta, żeby się odezwać, kiedy nieznajoma kontynuowała: ‒ Inaczej twoja sikoreczka nie będzie w stanie się uspokoić.

Wzrok Malwy biegł od elfki do Lyriany.

‒ Z całym szacunkiem ‒ odezwała się. ‒ Czy nie powinnyśmy czegoś zrobić? Mamy mało czasu.

Kobieta spojrzała na bardkę i przekrzywiła nieznacznie głowę. Uniosła brew.

‒ A co byś proponowała?

Ton elfki był trudny do rozszyfrowania, wyprowadzając Malwę z równowagi. Nie była pewna czy był on rozbawiony, zaciekawiony czy pogardliwy. Spróbowała jednak jakkolwiek powściągnąć swoje uczucia.

‒ Nie znam tego terenu dobrze ‒ wyrzuciła. ‒ Nie powinnam nic planować.

To przykuło uwagę nieznajomej. Kącik ust powędrował jej w górę.

‒ Więc pozwól, że my się tym zajmiemy. Ale… dobrze by było, gdybyś sama odkryła prawdę. Wydaje mi się, że może być trudna do zaakceptowania dla obcych. ‒ Kobieta spojrzała na Lyrianę. ‒ Eyllistlran, pójdź z nią. Tobie uwierzy szybciej niż nam.

Elfka sztywno kiwnęła głową.

‒ Tak jest. ‒ Po czym, gdy odwróciła się do Malwy, jej spojrzenie złagodniało. ‒ Chodź.

Bardka zamrugała.

‒ Co? Ja… Nie powinnyśmy zacząć planować? Irriel jest w niebezpieczeństwie, nie ma czasu na…

‒ To element planu ‒ wtrąciła się nieznajoma. ‒ Zaine, pomóż jej. Niech chociaż nie krwawi z dłoni. A ty, Malwo… Zaufaj Lyrianie.

Bardka zacisnęła usta. Wciąż chciała się kłócić. Jak mogły tak po prostu tu stać, podczas gdy z Irriel mogło dziać się coś złego? Dlaczego wszystkie trzy były tak spokojne? Czy rzeczywiście Irriel nic nie groziło? Ale… gobliny… 

Była tak skołowana, że ledwo dostrzegła niebieski blask towarzyszący magii leczniczej. Cofnęła dłonie, ale było już za późno. Zadrapania zasklepiły się. Dziewczyna zacisnęła usta, ale nie śmiała się kłócić. Wyraźnie w tej sytuacji kryło się coś więcej.

‒ Dziękuję ‒ powiedziała w stronę Zaine. Elfka tylko skinęła głową z uśmiechem. Malwa powstrzymała się od wytknięcia, że nie powinna marnować zaklęć na tak drobny uraz. Zamiast tego zdobyła się na krótkie skinięcie głową i wciąż zdezorientowana poszła za Lyrianą.

Gdy weszły z powrotem w leśną gęstwinę, łowczyni przystanęła. Malwa pisnęła, gdy elfka niespodziewanie zamknęła ją w mocnym uścisku.

‒ Dzięki Sune, nic ci nie jest ‒ wymamrotała. Przez chwilę, Malwa pozwoliła sobie wtulić się w łowczynię. Schowała głowę w jej szyi, wdychając zapach jej skóry. Oddech jej się uspokoił, pomimo guli w gardle. Lyriana starała się nie dotykać jej po plecach. Zamiast tego, ręce miała splecione wokół szyi i ramion bardki, przyciągając ją bliżej siebie. Malwa poczuła, jak łowczyni odetchnęła, jakby sama właśnie się uspokoiła. Poczuła jej oddech na swoich włosach. 

Dziewczynie na moment stanęły łzy w oczach. Zacisnęła ręce na zbroi Lyriany, czując pod palcami chłód skórzanego pancerza. Kompletnie zignorowała sprzączkę, wbijającą jej się w policzek. Przez moment, czuła się dobrze, ale…

‒ Mi nic nie jest, ale Irriel…

Lyriana westchnęła. Odsunęła się od Malwy i chwyciła ją za ręce. Bardka próbowała nie pokazać swojego zawodu. Ramiona ponownie jej się spięły.

‒ Ona też jest bezpieczna. Tylko… łatwiej będzie ci pokazać prawdę, niż ją opowiedzieć. Ale… ‒ Elfka przygryzła wargę. ‒ Musisz mi zaufać. Proszę.

Malwa odwróciła wzrok. Niepewność wkradła się w jej serce. Może rzeczywiście się myliła? Ale jeśli tak…

Nieprzyjemne ssanie w żołądku sprawiło, że poczerwieniała. Próbowała natychmiast zdusić w sobie wstyd. Bogowie. Wolała nie myśleć, co jeśli się pomyliła. Z drugiej strony… Lyriana nie okłamałaby jej w tej sprawie. Ten jeden raz, jeśli chodzi o Irriel… Chyba mogła sobie pozwolić na pewną dozę zaufania.

Uniosła spojrzenie i niemo skinęła głową. Pomimo stresu, nie umknął jej fakt, że elfce wyraźnie opadły ramiona. Ścisnęła ją za palce.

‒ Dziękuję. ‒ Przez krótką chwilę przyglądała jej się, jakby chciała jeszcze coś dodać. Poruszyła się do przodu, ale chyba się rozmyśliła. Zamiast tego bezwiednie pogładziła dłonie bardki, po czym ją puściła. ‒ Dobrze, w takim razie pośpieszmy się. ‒ Nagle odwróciła się i gwizdnęła przeciągle.

Zanim bardka zdążyła zapytać, na co Lyriana gwiżdże, usłyszała głuchy dźwięk. Jakby jakieś duże zwierzę biegło prosto na nie.

Przyskoczyła bliżej łowczyni. Już sięgała do pasa po sztylet, gdy poczuła jak elfka łapie ją delikatnie za nadgarstek. Zdusiła w sobie odruch do wyrwania się. Zamiast tego, spojrzała zaskoczona na Lyrianę i zmarszczyła brwi, widząc jak ta kręci głową.

‒ Nie będzie ci potrzebny. To przyjaciel, nie wróg.

‒ Co masz na…

Malwa urwała, gdy tylko zwierz wypadł zza drzew. Przed nimi stał ogromny wilk, mniej więcej wielkości kuca. Bardka odruchowo cofnęła się na widok jego masywnego cielska oraz ostrych kłów. Nie uniosła jednak broni. Zamiast tego, z bijącym sercem spojrzała pytająco na Lyrianę.

Ta natomiast tylko się uśmiechnęła. Uniosła dłoń i poklepała zwierzę bo szarej szyi. Ku zdumieniu Malwy, wilk zamerdał ogonem a potem… Liznął elfkę po policzku. Gdyby bardka nie była aż tak przerażona i zdezorientowana, może nawet uznałaby tę scenkę za uroczą. Szczególnie, że Lyriana zaśmiała się ciepło i podrapała wilka za uchem.

‒ Arielis, zachowuj się  ‒ wymamrotała. Zwierzę fuknęło, jakby urażone, po czym skierowało swoje żółte ślepia na Malwę. Dziewczyna zacisnęła usta, ale wilk tylko przekrzywił łeb do boku. ‒ To Malwa. Przyjaciółka. ‒ Po czym Lyriana delikatnie machnęła na Malwę, by podeszła bliżej. Bardka zamrugała, ale ufnie wykonała polecenie, wciąż jednak nie odrywając spojrzenia od zwierzęcia. Arielis również wydawał się być podejrzliwy. Jedynie Lyriana wyglądała na zrelaksowaną, jeśli nie lekko rozbawioną. ‒ No już, nie dąsaj się. Ładnie się przywitaj.

Malwa już miała się obruszyć, kiedy wilk fuknął, jakby niezadowolony. Ostrożnie podszedł w stronę dziewczyny. Zamarła, starając się nie poruszyć ze strachu, gdy Arielis zaczął ją obwąchiwać. Była boleśnie świadoma, że jedno kłapnięcie jego szczęk i byłoby po niej. Dlatego niemal wstrzymała oddech, raz po raz zerkając na Lyrianę. Elfka tylko uśmiechała się łagodnie.

Arielis nagle trącił ją nosem. Malwa podskoczyła, czując jego zimno na sobie. Odpowiedział jej krótki szczek. Zamrugała. Na gwiazdy, tylko nie…

‒ Arielis! ‒ skarciła go Lyriana. ‒ Bez scen! ‒ Podeszła do nich bliżej, stając tuż obok Malwy. Napięte ramiona dziewczyny trochę się zrelaksowały. ‒ Bo przysięgam, że zawołam cię dopiero za dekadzień.

Wilk fuknął. Ponownie zaczął obwąchiwać Malwę, ale tym razem, dzięki temu, że Lyriana wślizgnęła swoją dłoń w jej, bardka już aż tak się nie spinała. Aczkolwiek, gdy Arielis nagle zbliżył pysk do niej, nie mogła powstrzymać się od zaciśnięcia powiek.

Liźnięcie po policzku zaskoczyło ją na tyle mocno, że wyrwał jej się z piersi niemal histeryczny śmiech. Malwa otworzyła oczy. Arielis liznął ją jeszcze raz, a dziewczyna skrzywiła się, czując jego ślinę. Otarła szybko twarz, ale nie chcąc urazić wilka ostrożnie położyła dłoń na jego łbie. Zachęcona spojrzeniem Lyriany i tym, że Arielis widocznie nie miał nic przeciwko, bardka ostrożnie poklepała go, a potem, widząc, że nie spotyka się z żadną negatywna reakcją, podrapała zwierzę za uchem. Mimo nerwów, zaśmiała się już nieco pewniej, widząc jak Arielis przekręca łeb, jakby chcąc być bliżej jej dotyku.

‒ Dobry wilk ‒ mruknęła Lyriana, po czym z dumą spojrzała na Malwę. Dziewczyna poczuła w sobie dziwne ciepło. ‒ To Arielis. Mój wilk. Jak widzisz, bywa nieco… nadopiekuńczy.

Malwa zamrugała. W głowie zaczęło jej się kłębić tyle pytań i emocji, że na chwilę świat przed jej oczami się rozmył. Poczuła, jak w skroniach zaczął gromadzić się ból.  Schyliła głowę, kryjąc grymas. Palce jej się spięły, a żołądek ścisnął. Nie wiedziała, na jakiej emocji się skupić. Na szoku, zdumieniu, strachu, wstydzie…

Próbując jakoś zamaskować swój stan, zapytała:

‒ Twój wilk? Ale…

‒ Kiedyś ci opowiem. ‒ Kątem oka dostrzegła, jak Lyriana podchodzi bliżej Arielisa. Zaryzykowała uniesienie głowy. Całe szczęście, jeszcze nie dopadł jej światłowstręt. Powinna wytrzymać jeszcze chwilę dłużej, żeby w razie czego pomóc łowczyni. ‒ A teraz wskakuj.

Zacisnęła mocniej palce na koszyku.

‒ Co? ‒ Zamrugała i spojrzała na wilka. Ten fuknął i niespodziewanie ugiął łapy, zniżając się do ich poziomu. Malwie przewrócił się żołądek. ‒ Ja…

‒ Spokojnie. To jak jazda konna, a przynajmniej tak słyszałam ‒ Lyriana uśmiechnęła się do niej zawadiacko. Bardce umknął fakt, że na chwilę zmarszczyła brwi. ‒ Będę tuż za tobą.

Dziewczyna natychmiast się spięła. Nie, tylko nie to…

‒ Wolę, żeby było na odwrót. ‒ Przez chwilę zastanawiała się, czy nie rzucić niewybrednym komentarzem, ale… Już nawiązała jakąś relację z Lyrianą. Nie potrzebowała flirtu w takiej sytuacji… Chyba. ‒ Jeśli to nie problem.

Tym razem niepewność w spojrzeniu Lyriany była bardziej widoczna, co tylko dodało do zdenerwowania Malwy. Jednak zanim otworzyła usta, żeby się wytłumaczyć, na twarzy elfki pojawił się wyraz zrozumienia.

‒ No tak. Plecy. ‒ W głosie łowczyni zabrzmiała nutka urazy, ale na tyle nikła, że jak raz Malwa postanowiła jej sobie nie wyrzucać. Poczekała, aż Lyriana zwinnym ruchem wskoczy na grzbiet Arielisa i z wdzięcznością przyjęła podaną jej dłoń. Musiała jednak zacisnąć usta gdy sama dosiadała wilka. Nagły ruch sprawił, że zakręciło się jej w głowie i natychmiast musiała złapać się Lyriany. Poczuła, jak mięśnie brzucha drżą elfce, gdy cicho się zaśmiała. ‒ Nie sądziłam, że chcesz być aż tak blisko mnie.

Pozwoliła sobie na ciche prychnięcie.

‒ Zwykle ci to nie przeszkadza ‒ mruknęła, z zadowoleniem odkrywając, że jej głos nie wskazywał na to, jak słabo się czuła. Żeby jeszcze bardziej zwieść Lyrianę, przysunęła się do niej bliżej, mocniej oplatając ręce wokół jej talii. Twarz wcisnęła w czarne włosy łowczyni, wdychając zapach lawendy i cynamonu. O dziwo, poczuła, jak dzięki temu ból w czaszce nieco puścił.

Tymczasem elfka poklepała ją po dłoniach.

‒ I wciąż mi to nie przeszkadza. ‒ Jej cichy ton zabrzmiał o wiele bliżej Malwy, niż się spodziewała. Brzmiał on… Dość szczerze. Bardka nie była pewna, czy Lyriana zamierzała wypowiedzieć te słowa na głos, szczególnie gdy poczuła jak łowczyni się prostuje. Zadrżała.

‒ Dość przekomarzanek ‒ wymamrotała, ignorując to, jak jej samej zrobiło się dziwnie miło. Niestety, to uczucie szybko zniknęło pod ciężarem innych. Lyriana kiwnęła głową i gwizdnęła na Arielisa. Malwa tylko skrzywiła się na ten dźwięk.

Musiała mocniej złapać się elfki, gdy wilk nagle wstał i ruszył do przodu. Zarzucał zadem nieco mocniej niż jakikolwiek koń, którego dosiadała Malwa. Mknął jednak szybciej od nich, a zamiast miarowego stukotu kopyt, uszy dziewczyny wypełnił tępy, głuchy odgłos łap uderzających o ziemię. Kiedy odważyła się oderwać głowę od szyi Lyriany, dostrzegła, że świat wokół nich stanowi rozmazaną mieszankę brązu i zieleni. Natychmiast wróciła do poprzedniej pozycji, czując, jak żołądek jej szaleje.

Bogowie, co jeśli naprawdę się pomyliła? Jeśli Irriel nic nie grozi? Zrobiłaby scenę z niczego! Tak, świadkami tej sceny były tylko trzy inne osoby, ale… Co z tego? Na gwiazdy, powinna wiedzieć lepiej, zamiast panikować. A tak, wyjdzie na kompletną idiotkę.

‒ Długo znacie się z Arielisem? ‒ zapytała nagle, chcąc odciągnąć się od ponurych myśli.

‒ Od wielu lat ‒ usłyszała głos Lyriany. Cieszyło ją to, że elfka nie krzyczała, próbując się przebić przez pęd powietrza. Nie była pewna, jak wpłynęłoby to na jej migrenę. ‒ Znalazłam go, gdy jeszcze nie mieszkałam w Ferrengrove.

To zainteresowało Malwę.

‒ A gdzie wcześniej mieszkałaś?

‒ W lesie ‒ padła krótka odpowiedź. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Ton łowczyni był rzeczowy, ale nie suchy. Powinna bardziej naciskać, czy odpuścić temat? 

Niepewnie pogładziła Lyrianę po talii, omijając jedno miejsce niedaleko brzucha. Wiedziała, że elfka była tam szczególnie wrażliwa, a nie chciała aby jej dotyk został odebrany jako zalotny.

‒ Tutaj czy gdzieś indziej? ‒ postanowiła zaryzykować. Lyriana westchnęła.

‒ W połowie drogi między Daerlunem a Ferrengrove ‒ przyznała w końcu. W jej głosie jednak nie było irytacji, a pod wpływem dotyku Malwy, jej spięte ramiona opadły. ‒ Pracowałam wtedy jako łowczyni potworów. Ludzie przychodzili do mnie, gdy coś uprzykrzało im życie. Czasami to były wrzaskuny, czasami drzewne skazy, raz czy dwa trafiły mi się zlecenia na mefity błotne. ‒ Malwa nadstawiła z ciekawością uszu. Wciągnęła się, szczególnie, że w porównaniu z Irriel, tak właściwie niewiele wiedziała o Lyrianie. Poza tym… Dobrze odciągało to uwagę od bólu. Dlatego też, mocniej ścisnęła łowczynię za talię, ciesząc się, że powoli jej ton zmieniał się na bardziej zadumany. ‒ Raz tropiłam quasita…

‒ Quasita?! ‒ powtórzyła zaskoczona Malwa, podrywając głowę. Na szczęście Arielis już nieco zwolnił, miarowo przedzierając się przez krzaki, dzięki czemu nie było ryzyka, że bardce zrobi się niedobrze. Mrok lasu, mimo, że wciąż sprawiał, że czuła się nieswojo, pomagał na ból w jej skroniach. Jednakże… Zdawała sobie sprawę, że zbliżają się do miejsca, w którym znalazła szal. Poddenerwowana, wyprostowała się, zaciskając palce na talii Lyriany. ‒ Na gwiazdy, w Essembrze mówili mi, że nie ma tu potworów…

Przynajmniej teraz mogła dostrzec pewny siebie uśmieszek łowczyni. Kobieta uniosła wyżej brodę.

‒ Żyję nieco dłużej, niż ty. Część potworów udało się wyrżnąć kilkadziesiąt lat temu, więc… jest bezpieczniej. ‒ Lyriana wyprostowała się. Malwa wychyliła się, żeby zobaczyć jej minę. Kobieta zmrużyła powieki. ‒ Co nie znaczy, że niebezpieczeństwo minęło. Na szlakach handlowych nie trafisz na potwora, ale tylko spróbuj zejść ze ścieżki i… Kto wie, co napotkasz. ‒ Lyriana przez krótką chwilę milczała, po czym potrząsnęła głową. ‒ W każdym razie. Gdzie znalazłaś strzałę?

Malwa rozejrzała się dookoła. Prawdę mówiąc, nie była w stanie zobaczyć wiele. Gdyby nie ciepło Lyriany, zapewnie drżałaby od chłodu lasu. Zmrużyła powieki, przyglądając się uważnie okolicznym drzewom. Ból w skroniach przeszkadzał jej w skupieniu się, ale w końcu dostrzegła ciemną korę wiązu.

‒ Tam ‒ odparła, wskazując otwartą dłonią na drzewo. Lyriana kiwnęła głową. Nie wyglądała na zaskoczoną, przeciwnie. Sprawiała wrażenie, jakby właśnie potwierdzono jej podejrzenia.

‒ Świetnie. Czyli jesteśmy niedaleko.

Na te słowa, strach i zmartwienie wróciły ze zdwojoną mocą. Malwa poczuła, jak zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Na logikę, miała przed sobą wszystkie dowody na to, że nie miała o co się martwić. Jednak nie uspokajało jej to. Jeśli się pomyliła… Może nie będzie to gorsze niż wizja Irriel w niebezpieczeństwie, ale... 

Ból znów się nasilił. Bardka zacisnęła usta, próbując go zignorować. Żałowała, że nie miała przy sobie pastylek z rumianku.

Arielis miarowym krokiem ruszył dalej. Żołądek Malwy się przewrócił.

‒ Więc, co do tego quasita? ‒ zapytała, chcąc skupić się na czymkolwiek innym.

‒ A, tak. No więc, tropiłam go już od kilku dni. Naprzykrzał się mieszkańcom Bredonu. Wywiódł w pole już kilku z nich, w dodatku psuł mleko. Bardzo lubił korzystać ze swojej niewidzialności i nie pozostawiał po sobie prawie żadnych śladów. Poza tym, nie mogłam wykluczyć, że zamienił się w ropuchę czy właśnie w wilka. Dlatego, gdy usłyszałam głuche wycie, na początku myślałam, że to mój quasit. Zakradłam się więc do pieczary, zajrzałam do środka i… Znalazłam porzuconego szczeniaka. ‒ Lyriana spojrzała na Arielisa, klepiąc go czule po boku. Malwa poczuła na plecach delikatny ruch powietrza, jakby wilk zamerdał ogonem. ‒ Z jego pazurów nie ciekła trucizna, więc wiedziałam, że to nie jego szukam. Ale… Był wychudzony. Niedawno w lesie były susze, więc matka zapewne porzuciła go, bo nie mogła go wykarmić. A ja akurat miałam trochę porcji i… Arielis się do mnie przyczepił. ‒ Wilk szczeknął krótko, urażony. Malwa mimowolnie podskoczyła, tymczasem Lyriana tylko przewróciła oczami. Nachyliła się do niego i wymamrotała mu do ucha coś, czego bardka nie usłyszała. Arielis fuknął. ‒ Na początku sądziłam, że to zwyczajny wilk. Nawet Doru czasami nie odróżniała szczeniąt wilków szarych od straszliwych. Dopiero gdy zaczął rosnąć o wiele szybciej, niż się spodziewałam, zorientowałam się, że przez przypadek zdobyłam całkiem przydatnego pomocnika.

Malwa już otwierała usta, żeby zapytać, kim była Doru, ale ugryzła się w język. Sądząc po reakcji Lyriany, elfka chyba nie lubiła mówić o sobie. I tak już wiele zrobiła, dzieląc się tą historią. Także dziewczyna postanowiła nie naciskać. Koniec końców, Lyriana zrobiła dla niej to samo w karczmie. Dlatego tylko powiedziała:

‒ Masz… naprawdę piękne serce.

Lyriana wyraźnie się zmieszała. Jej policzki poczerwieniały, a ona sama uciekła wzrokiem gdzieś od Malwy. Bardka uśmiechnęła się delikatnie na ten widok. Chciała jeszcze coś dodać, kiedy nagle do jej uszu dobiegł przeciągły skrzek rogu.

Natychmiast stężała, gwałtownie się prostując. Lyriana musiała to wyczuć, bo tym razem to ona poklepała ją po dłoniach.

‒ Dobrze, teraz możemy się przejść. ‒ Odwróciła głowę w kierunku Malwy. Spojrzenie jej ciemnych oczu było poważne. ‒ Pamiętaj. Nieważne, co zobaczysz, trzymaj się blisko mnie. Nikogo nie atakuj, na razie trzymaj nerwy na wodzy. ‒ Ścisnęła ją za palce i o wiele łagodniejszym tonem, dodała: ‒ Zaufaj mi.

Malwa mogła jedynie pokiwać głową. Zsunęła się z grzbietu wilka, starając się zignorować to, jak waliło jej serce. Pomyliła się, czy nie? Irriel była bezpieczna? Czy może to wszystko to był jakiś mroczny plan mający na celu… Co właściwie?

Lyriana ruszyła przodem, raz po raz oglądając się na Malwę. Dziewczyna starała się do niej uśmiechnąć, ale czuła, że wychodzi jej grymas. Po prostu za bardzo się bała.

Róg ucichł, ale w miarę drogi odgłosy narastały. Ciszę lasu wypełniły gardłowe tony języka goblińskiego, sprawiając, że Malwa jeszcze bardziej się spięła. Ręce niemal jej skostniały ze strachu. Kompletnie nie rozumiała, skąd ten spokój Lyriany. Ona sama niewiele miała do czynienia z goblinami. W Kelazzan uczono ją, że to tylko głupie stworzenia, podatne na wpływy. Poza tym, nienawidziły elfów. Czego mogły chcieć od Irriel?

Gałęzie rozchyliły się, a Malwa z Lyrianą stanęły przed prowizoryczną, drewnianą bramą. Bardka otworzyła szerzej oczy, na widok dwóch goblinów, stojących po obu jej stronach, uzbrojonych w kusze. Obok nich krążył również worg. Spojrzenie jego paciorkowatych oczu było utkwione w leśną gęstwinę. Najprawdopodobniej wyczuwał Arielisa.

Malwa już chciała sięgnąć po sztylet, ale powstrzymała się. Obiecała Lyrianie, że będzie się zachowywać. Dlatego też przełknęła strach i tylko upewniła się, że jest blisko łowczyni. Tymczasem elfka pewnie podeszła w stronę goblinów. Ku zaskoczeniu Malwy, żaden z nich nie uniósł kuszy.

‒ Dobry! ‒ wykrzyknęła wesoło elfka we wspólnym. Odpowiedziały jej skinienia głowami. ‒ Słuchajcie, zniknęła nam nasza medyczka. Nie zabłąkała się może u was?

Malwa zmarszczyła brwi, słysząc z jaką frywolnością Lyriana o tym wspomniała. Ból w czaszce tylko się nasilił. Co tu się dzieje?

Tymczasem strażnicy spojrzeli po sobie.

‒ Ta taka, co magię uprawia, nie? ‒ odezwał się ten po lewo. Malwa zacisnęła usta, aby nie skrzywić się, słysząc jego skrzekliwy głos. Tymczasem Lyriana raźno kiwnęła głową. ‒ Ano, jest se tutaj. Tarlga po nią polazła.

‒ A co, chory kto? ‒ zagaiła przyjaźnie Lyriana. Oparła rękę na biodrze. Malwa za to skrzyżowała ramiona na piersi. Czyli faktycznie, Irriel tu była. Czemu więc elfka była taka spokojna? Wyglądało na to, że znała się ze strażą. Czyżby Ferrengrove miało z nimi jakiś układ? Ale… Układ? Z goblinami? Pomiędzy elfami? Wydawało jej się to niemożliwe. Z drugiej strony… Jak mogła to inaczej wytłumaczyć?

‒ Ano, chory, chory.

Zanim jednak goblin zdążył coś powiedzieć, dostał w głowę od kolegi. Malwa podskoczyła, jednak Lyriana wydawała się tym niewzruszona.

‒ Ty głąbie! Czego gadasz przy obcych, że kto chory?

‒ Przecie to nasza!

‒ Ta tak. ‒ Wskazał kuszą na bardkę. Dziewczyna zmartwiała. ‒ Ale ta nie.

‒ Ja też wasza! ‒ wykrzyknęła szybko. Kątem oka dostrzegła, jak Lyriana unosi brew. Wymieniły się szybko spojrzeniami. Widząc, że łowczyni nieznacznie skinęła głową, Malwa kontynuowała:  ‒ Znaczy, ich. Ale jestem nowa. Dlatego jeszcze się nie znamy.

‒ Nowa? ‒ Bardziej agresywny goblin przymrużył podejrzliwie powieki. ‒ Te, długoucha! To prawda?

‒ Prawda, prawda ‒ odparła pogodnie Lyriana. ‒ Malwa jest uczennicą Irriel. Rozdzieliły się szukając ziół, więc nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

‒ A co, znaków nie widziała? Ślepa może?

Malwa zagryzła wargi, tłumiąc w sobie oburzenie. Pozwoliła Lyrianie mówić dalej.

‒ Nie ślepa. Ale mówię wam przecież, że nowa, to znaków jeszcze nie poznała. ‒ Lyriana ciężko westchnęła. ‒ To kto jest chory?

‒ Zirrirg. Zeżarł cholera wie co i Tarlga poszła po was ‒ rzucił goblin po lewo. ‒ Dureń.

‒ Cicho siedź ‒ warknął na niego drugi. ‒ Bo Gajek usłyszy i będziesz miał za swoje.

‒ Sam zaraz będziesz miał.

‒ Panowie, spokojnie ‒ wcięła się Lyriana. ‒ My nikomu nic nie powiemy. Ale może Irriel potrzebuje pomocy, co? Przepuścicie nas?

‒ Mówisz, że ta jest nasza? ‒ upewnił się goblin. Malwa zdobyła się na swój najbardziej czarujący uśmiech, podczas gdy Lyriana objęła ją w talii.

‒ Jak najbardziej nasza ‒ Wyszczerzyła zęby w stronę strażników.

‒ W dodatku, pomóc może ‒ dodała bardka. Goblin pokiwał głową.

‒ Jak twoja, to niech włazi ‒ mruknął i odsunął się w końcu na bok.

‒ Dzięki, Zgryzotku.

I w końcu przekroczyły bramę. Oczom Malwy ukazała się mała, prymitywna wioska. Rozsiane po okolicy budynki były głównie zbudowane z drewna. Po placu biegało mnóstwo goblińskich dzieci, rechocząc między sobą. Wszędzie słychać było gobliński. Idąc przez wioskę, dziewczynę zdziwiło to, że nikt właściwie nie zwracał na nich uwagi. Gobliny wyraźnie były zajęte sobą. Ktoś nachylał się nad garem, ktoś inny ostrzył sobie broń.

Smród czegoś, co dochodziło z pobliskiego paleniska sprawił, że Malwa musiała mocno zacisnąć usta, żeby powstrzymać się od wymiotów. Jej migrena miała się coraz gorzej. Była spięta i przede wszystkim zagubiona. 

‒ Czy wy… Macie jakiś układ z goblinami? ‒ wymamrotała cicho. Nie była pewna, dlaczego w jej głosie pobrzmiewała nutka żalu. Nie było jej przecież przykro, że Irriel prawdopodobnie jest cała i zdrowa. Ale… Coś ciężkiego osiadło w jej sercu i nie chciało zniknąć. Objęła się rękami.

Lyriana, która już puściła jej talię, zwyczajnie kiwnęła głową.

‒ Tak. Ruemar dogadał się z nimi jakieś kilkadziesiąt lat temu. Na początku się nie lubiliśmy, ale… Oni zajmują się zagrożeniami w tej części gaju, chroniąc nas. A my dostarczamy im dóbr z miasta i czasem pomagamy, tak jak dzisiaj Irriel. Pamiętasz jak zapytałam cię o pozostałe zioła w koszyku? ‒ Malwa niepewnie kiwnęła głową. Zacisnęła mocniej palce wokół ramion. Czemu w ogóle tak się zachowuje? Powinna czuć ulgę. Cieszyć się, że Irriel nic nie jest, a zamiast tego, wciąż wypełniał ją strach i to niemal tak wielki jak poprzednio. Irytowało ją to. ‒ To jeden z naszych sygnałów. Jeśli nagle ktoś poszedł do goblinów, powinien zostawić po sobie coś fioletowego. Dlatego w koszu Irriel zostały tylko fioletowe zioła. ‒ Lyriana zmarszczyła brwi. Malwa czuła jej badawcze spojrzenie na sobie. ‒ Ty… Nie cieszysz się?

‒ Cieszę! ‒ wykrzyknęła szybko. Przełknęła ślinę. Co zrobić, żeby łowczyni nie zrozumiała jej źle? ‒ Po prostu… Chyba muszę najpierw ją zobaczyć, żeby upewnić się, że nic jej nie jest.

Po części, była to prawda. Słowa Lyriany potwierdziły jej podejrzenia, ale Malwa wolała najpierw przekonać się o tym na własne oczy. Z drugiej strony… Po prostu bała się oceny łowczyni.

Elfka zdawała się to kupić. Odwróciła od niej wzrok. Nagle się uśmiechnęła.

‒ To popatrz tam.

Malwa powiodła za jej spojrzeniem. Kilka metrów przed nimi, siedziała Irriel, otoczona wianuszkiem goblińskich dzieci. Coś im tłumaczyła, pokazując na miętę. Bardka uważnie jej się przyjrzała. Jej włosy były nieco splątane, ale oprócz tego, nie wyglądało na to, że została skrzywdzona.

Więc to faktycznie była prawda.

Coś zimnego ścisnęło jej się w żołądku. Zamrugała kilkakrotnie, próbując odgonić łzy.

Pomyliła się.

Zrobiła z siebie idiotkę.

Bogowie, jak mogła!

Instynktownie chciała odwrócić się na pięcie i uciec. Skulić się w kłębek, gdzieś daleko od zgiełku wioski. Jakieś dziecko pisnęło, sprawiając, że Malwa niemal zgięła się wpół z bólu. Było jej niedobrze. Była wściekła. Skołowana. Czuła ulgę, czuła strach, czuła wstyd. A przy tym, była boleśnie świadoma zadowolonego spojrzenia Lyriany. I wiedziała, że nie mogła się przyznać do żadnej z tych rzeczy.

‒ Cieszę się, że nic jej nie jest ‒ powiedziała cicho. Dobrze, że jej zduszony ton można było odebrać za oznakę ulgi. Lyriana uśmiechnęła się do niej, po czym pomachała ręką.

‒ Irriel!

Elfka uniosła głowę. Gdy dostrzegła dziewczyny, na jej twarz wypłynął uśmiech. Powiedziała coś cicho do dzieci, a one jęknęły, wyraźnie zawiedzione. Malwa się skrzywiła. Miała wrażenie, że jeszcze jeden dźwięk a pęknie jej czaszka.

‒ Znalazłyście mnie ‒ powiedziała wesoło medyczka, podchodząc do nich. Bardka zdobyła się na krzywy uśmiech, starając się ukryć, jak irytuje ją pogodny ton Irriel. Jednocześnie poczuła iskierkę złości na siebie. Ogarnij się, dziewczyno, wyrzuciła sobie w duchu. 

‒ Napędziłaś Malwie stracha, wiesz? 

‒ To nic takiego ‒ wpadła w słowo Lyrianie. Jej głos dochodził do niej, jakby z oddali. Zaczęło piszczeć jej w uszach. ‒ Najważniejsze, że nic ci nie jest.

Irriel zmrużyła powieki. Szybkim ruchem chwyciła Malwę pod podbródek, unosząc jej głowę. Dziewczyna nie mogła powstrzymać się od syku.

‒ Irriel! 

Ostry ton Lyriany ją zdziwił. Jednak medyczka nie zareagowała. Uważnie obejrzała Malwę i ciężko westchnęła.

‒ Skarbie, jak długo się męczysz z tą migreną, co?

Malwę zmroziło. Uciekła wzrokiem, korzystając z tego, że Irriel puściła jej podbródek. Miała ochotę chwycić się za włosy, zrobić cokolwiek, żeby schować się przed uważnym spojrzeniem medyczki. Przed troską w jej głosie. Nie zasługiwała na nią. Przecież ledwo co poczuła ulgę widząc, że nic jej nie jest! Była samolubna, niewdzięczna i…

‒ Co najmniej od godziny ‒ westchnęła cicho Lyriana. Malwa otworzyła szerzej oczy, a zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Czyli Lyriana też to zauważyła? 

Uniosła wzrok. Łowczyni uśmiechnęła się do niej smutno, a Irriel jedynie pokręciła głową.

‒ Ja… ‒ udało jej się wydukać. Chciało jej się płakać. Chciała się schować. Chciała, żeby w końcu przestała ją boleć głowa. Nie wiedziała jak się zachować. ‒ Przepraszam ‒ wydusiła w końcu cichutko.

‒ Malwa…

Zacisnęła powieki, słysząc współczucie w głosie Lyriany. Łzy stanęły jej w oczach, podczas gdy przytłoczyło ją poczucie winy. Zachowywała się, jak dziecko! Głupia, głupia, głupia

Podskoczyła, czując dotyk na swojej dłoni. Obok siebie usłyszała niezadowolone cmoknięcie.

‒ Myślę, że powinnyśmy coś sobie wyjaśnić ‒ wymamrotała surowo Irriel. Malwa wbiła sobie paznokcie w dłoń ze strachu. Ledwo zdążyła zarejestrować, że kobieta dodała: ‒ Ale zróbmy to w… bardziej przyjaznym miejscu.


Droga powrotna odbyła się w całkowitej ciszy. Malwa nie śmiała przytulać się do Lyriany tak mocno, jak wcześniej. Nie powinna. W końcu zachowała się okropnie. Nie zasługiwała na jej wsparcie.

Raz po raz zerkała również w stronę Irriel. Kobieta była wyraźnie zamyślona. Zaciskała usta, zawijając siwe pasmo włosów na palec. Gdy spoglądała na  Malwę, marszczyła brwi, ale nie odzywała się. Zwyczajnie kręciła głową i wracała do rozmyślań.

Arielis również zdawał się wyczuć napiętą atmosferę. Zerkał na Lyrianę, wydając z siebie ciche dźwięki. Malwa miała wrażenie, że wilk patrzył na nią z wyrzutem. Nie mogła go jednak za to winić. Zachowała się okropnie. Najzwyczajniej w świecie, skopała sprawę. Teraz i Irriel, i Lyriana wiedziały, jak okropną jest osobą. Egoistyczną, małą królewną, która robi z igły widły. To będzie cud, jeśli Malwie uda się je jakoś na powrót do siebie przekonać.

Nagle Arielis się zatrzymał. Dziewczyna zamrugała. Przecież nie byli jeszcze blisko Ferrengrove. Zaskoczona patrzyła, jak Lyriana i Irriel zsuwają się z grzbietu wilka. Łowczyni niepewnie wyciągnęła do niej dłoń. Odruchowo Malwa chciała ją chwycić, ale… Nie. Nie zasługiwała na to. Zeszła sama, udając, że nie widzi urażonej miny elfki.

‒ Chodźcie ‒ powiedziała Irriel. Ton już miała spokojniejszy, co zdumiało Malwę. Była przekonana, że jeszcze długo będzie na nią zła. Tymczasem kobieta raźno ruszyła przed siebie, kierując je w stronę… Drzewa Spokoju.

Malwa przystanęła w pół kroku.

‒ Nie ja… Ja nie powinnam. Nie zasłu…

‒ Pójdziesz, bo tak powiedziałam ‒ odparła twardo Irriel. W jej głosie nie było słychać złości, jedynie determinację. Dziewczyna zacisnęła usta. Chciała się kłócić, ale wiedziała, że nie powinna. Czuła na sobie zdziwiony wzrok Lyriany. Jakaś część niej chciała uczepić się jej ręki, ale nawet tego sobie odmawiała. Bogowie. Co z niej za porażka…

Posłusznie więc poszła za Irriel w stronę Drzewa. Z każdym kolejnym krokiem czuła, jak jej strach, poczucie winy i złość ulatują, ale… W odwrotności do popołudnia, teraz walczyła z magią Drzewa. Nie chciała się czuć spokojna. Dlaczego by miała? Narobiła bałaganu, musiała ponieść jakąś karę. Jakąkolwiek.

Nie odważyła się jednak stanąć ponownie. Dotarła pod pień drzewa i idąc za przykładem Irriel i Lyriany, usiadła. W liściach zaszumiala znajoma melodia. Gdzieś w oddali już zaczęło zachodzić słońce, malując polanę na złoto. Ostatnie resztki wstydu uleciały z Malwy, pozwalając jej na wzięcie głębokiego wdechu. Ból w czaszce wciąż ją męczył i pomimo tego, że z jej ciała uciekły ciężkie emocje, niewesołe myśli wciąż ją nawiedzały. Jednak… Była pomiędzy nimi dziwna bariera. Malwa miała poczucie, że powinny ją ranić, nakręcać jej złość, strach. Tylko, że… Nie miały czego nakręcać.

‒ Myślę, że powinnam cię najpierw przeprosić.

Zaskoczona, uniosła wzrok na Irriel. Kobieta opierała się o pień. Głowę miała odrzuconą do tyłu, a powieki zamknięte. Gdy spojrzała na Malwę, w jej oczach widać było zmęczenie i troskę. 

Zanim dziewczyna zdołała otworzyć usta żeby zaprzeczyć, Irriel kontynuowała:

‒ Powinnam była zostawić ci jakąś notatkę z informacją gdzie jestem. Wtedy byś się tak nie martwiła. Skupiłam się na Zirrigu a z jakiegoś powodu, byłam przekonana, że Lyriana już ci o tym wspominała. ‒ Ostrożnie, jakby badając jej reakcję, medyczka położyła jej dłoń na ramieniu. ‒ Przepraszam, Malwo.

‒ Nic się nie…

Tuż obok bardki, Lyriana prychnęła.

‒ Tylko nie mów, że nic się nie stało.

Malwa odwróciła się w jej stronę.

‒ Ale to…

‒ Dostałaś migreny.

‒ I co z tego?

‒ To, że tak się przejęłaś, że aż cierpiałaś?

‒ Nie cierpiałam!

‒ Nie kłam!

‒ Dziewczyny! ‒ ucięła Irriel. Spojrzała groźnie na obie kobiety. Malwa i Lyriana natychmiast umilkły. Medyczka westchnęła. ‒ Malwo… Nie bagatelizuj tego, co się stało. Przestraszyłaś się, prawda?

Niepewnie pokiwała głową. Wiedziona instynktem, mocniej oparła się o korę drzewa. Natychmiast zeszło z niej nieco oburzenia. 

‒ I dlatego cię przepraszam. Poza tym… gdybym ja albo Lyriana dostały migreny z powodu zamartwiania się, byłabyś dla nas aż tak surowa?

‒ No… Nie ‒ wymamrotała Malwa wbijając wzrok w swoje dłonie. Była pewna, że Irriel się do niej uśmiechnęła.

‒ Ano właśnie. Więc dlaczego nie chcesz uznać, że cię skrzywdziłam?

Malwa przygryzła wargę. Nie chciała się do tego przyznawać. Nie przy Lyrianie. Bała się, że naprawdę spojrzy na nią inaczej. Irriel również. A z drugiej strony… Musiały zrozumieć. Inaczej nigdy się nie dogadają.

‒ Bo… Nie martwiłam się tylko o ciebie ‒ wymamrotała cichutko. W normalnej sytuacji zalałaby ją fala wstydu. Może by się rozpłakała, ukrywała się za włosami. Ale tutaj… Słowa uleciały z niej bez strachu. Jedynie unikanie wzroku zdradzało jej stres.

‒ Byłaś na siebie zła o pomyłkę, prawda?

Poderwała gwałtownie głowę. Irriel wpatrywała się w nią ze zrozumieniem, nie z oceną w oczach. Uśmiechała się do niej delikatnie. Malwa zamrugała. Co? Gdzie złość? Gdzie wyrzuty? Gdzie… cokolwiek?

Zrozpaczona, spojrzała na Lyrianę, ale ona jedynie zmarszczyła brwi. Zamiast złości, widać było tylko troskę. Malwa nie wiedziała, co ma z tym zrobić. Także jedynie schowała głowę między nogi i skinęła. Usłyszała westchnięcie.

‒ Tak coś myślałam. ‒ Poczuła, jak Irriel przysuwa się bliżej niej, pozostawiając jednak między nimi trochę przestrzeni. ‒ Wiem, że jestem cudowna, ale nie sądzę, że strach o moje życie przyprawiłoby cię o taki ból głowy.

Z piersi Malwy wyrwał się zduszony śmiech. 

‒ Dlaczego nie jesteście na mnie złe? ‒ wyrwało jej się, zanim zdążyła się powstrzymać. ‒ Przecież… To egoistyczne. Gdy tylko Lyriana się uspokoiła, zamiast ulgi zaczęłam… Czuć strach. To okropne. ‒ Przygryzła wargę. Zacisnęła mocno palce wokół nadgarstków. ‒ To tak, jakby mi na tobie nie zależało. Nie dość, że niepotrzebnie martwiłam Lyrianę, Zaine i… Tę trzecią... ‒ Obok niej Lyriana zaczerpnęła powietrza, jakby chciała coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. ‒ …robiąc z igły widły, to jeszcze myślałam tylko o sobie. O tym, że się pomyliłam. ‒ Prychnęła. ‒ To egoistyczne.

‒ To normalne, gdy wychowano cię w strachu przed pomyłkami.

Poderwała głowę. Irriel opierała brodę na ręku i przyglądała jej się. Delikatnie poklepała Malwę po dłoni, podczas gdy ta próbowała zebrać myśli.

‒ Ale…

‒ Nie, nie, skarbie. Żadnych ale. ‒ Irriel wyprostowała się a jej spojrzenie spoważniało. ‒ Rozmawiałyśmy o tym rano. Pomyłka to nie jest nic złego. Pomyłka, bo bałaś się o czyjeś życie tym bardziej.

‒ Przecież…

‒ Nie zrobiłaś z igły widły. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? ‒ wtrąciła się Lyriana. Wciąż marszczyła brwi, ale widząc zaskoczone spojrzenie Malwy, wyciągnęła dłoń i odgarnęła jej włosy z czoła. Wbrew sobie, bardka odetchnęła, czując jej dotyk. ‒ Miałaś prawo podejrzewać, że coś się stało. Postąpiłaś właściwie, zawiadamiając nas o tym. ‒ Odnalazła drugą dłoń Malwy i splotła ich palce. ‒ Skąd niby miałaś wiedzieć o naszym układzie z goblinami, co?

Bardka prychnęła.

‒ Skądś na pewno ‒ rzuciła. Gdy Lyriana zaśmiała się cicho, spojrzała na nią oburzona. 

‒ Co, z kart miałaś wywróżyć?

Malwa miała ochotę założyć ręce na piersi, ale… Dotyk Lyriany i Irriel był przyjemny. Nie chciała go stracić. Poza tym… Lyriana chyba miała rację. W końcu potrzebowała pozwolenia przełożonej, żeby pokazać Malwę wioskę goblinów. A sama Malwa była przekonana, że faktycznie nie uwierzyłaby jej na słowo. Mimo to… Wciąż czuła do siebie obrzydzenie.

‒ No nie ‒ powiedziała w końcu. Westchnęła. ‒ Ale… Po prostu mi wstyd. Cały czas skupiałam się na sobie, zamiast na Irriel.

Medyczka przekrzywiła głowę.

‒ A… Co najgorszego mogłoby się stać? Czym groziłaby ci pomyłka tutaj?

‒ Utratą waszego zaufania? ‒ wymamrotała Malwa. Spojrzała w górę, na koronę drzewa. ‒ Wyrzuceniem z wioski? Jakąś karą?

‒ Za to, że nie wiedziałaś wszystkiego?! ‒ wykrzyknęła zdumiona Lyriana. ‒ Malwa… Teraz to naprawdę mnie zraniłaś.

Dziewczyna poderwała głowę. Zacisnęła szybko palce wokół dłoni elfki.

‒ Przepraszam. To... Tu nie chodzi o ciebie, tylko o moją głupią głowę i…

‒ Twoja głowa nie jest głupia ‒ ucięła ostro Irriel. ‒ Tylko… wiele przeszłaś, skarbie. Więc reagujesz odpowiednio do swoich doświadczeń. ‒ Nagły dotyk ust w jej włosach kompletnie zaskoczył Malwę. Ból w głowie ustąpił. ‒ Fakt faktem, możesz przez to niechcący zranić innych. Błędnie oceniłaś mnie i Lyrię, bo, cóż, patrzyłaś na nas przez pryzmat swojego strachu, a nie tego, kim jesteśmy. Trochę… Odbierasz nam własną autonomię, wiesz?

Malwa zagryzła wargę, myśląc. Nie pozwoliła Lyrianie siebie dotknąć w drodze powrotnej, bo… Cóż, nie zasługiwała na to. A przynajmniej tak sądziła. Z drugiej strony… To Lyriana wyciągnęła do niej dłoń. Sama chciała być blisko niej a Malwa ją odtrąciła bo… była na siebie zła.

Delikatnie uniosła dłoń Lyriany i zamknęła ją w uścisku obu swoich.

‒ Przepraszam ‒ powiedziała, przytulając ich złączone palce do siebie. Odruchowo je pogłaskała. Elfka zamrugała. ‒ Źle cię oceniłam. Nie… Nie powinnam była z góry zakładać, jak się zachowasz.

‒ Nie no, nic…

‒ Lyriana ‒ ostrzegawczo zabrzmiał za nimi głos Irriel. Lyriana zaśmiała się nerwowo, patrząc gdzieś w bok.

‒ No dobrze. Zraniłaś mnie. Ale… Rozumiem, że to nie było specjalnie. ‒ Nagle jej głowa opadła na ramię Malwy. ‒ Wybaczam ci. 

W serce bardki wkradło się ciepło. Czuła… Ulgę. Położyła dłoń na policzku Lyriany, przyciągając ją bliżej siebie. Nareszcie głęboko odetchnęła. Na moment schowała nos we włosach elfki, kryjąc rozrzewnienie. Ramiona jej opadły. Nikt… Na nią nie nakrzyczał. I mimo, że wciąż trudno było jej to zrozumieć, postanowiła przynajmniej się tym nacieszyć.

Odwróciła się do Irriel.

‒ Ciebie też przepraszam ‒ powiedziała. ‒ Wiem, że zachowałam się źle, nie biorąc was pod uwagę. Tych… Prawdziwych was. Ob…

Urwała na widok uniesionej dłoni medyczki.

‒ Niczego mi nie obiecuj ‒ odparła łagodnie elfka. ‒ Bo na razie… Jesteśmy tutaj. Kto wie, jakie myśli cię dopadną, gdy dotrzemy do wioski. Poza tym… ‒ Irriel oparła się o pień. Wzrok przeniosła na koronę drzewa. ‒ Tak łatwo tego nie wykorzenisz. To wymaga czasu. Tak długo, jak będziesz się starać przynajmniej łapać się na wpadniu w spiralę, tak długo mi to wystarcza. Złap się. Potem możemy to omówić. ‒ Przekrzywiła głowę. ‒ Dobrze?

‒ Dobrze.

Przez dłuższą chwilę panowała między nimi cisza. Lyriana wciąż opierała głowę o ramię Malwy. Irriel cicho nuciła pod nosem. A Malwa… Cieszyła się chwilą. Liście niosły za sobą spokojną melodię. Słońce chowało się a horyzontem. Łagodny wietrzyk plątał ich włosy. Wszystko było… dobrze.

‒ Ale wciąż powinnam wam to jakoś wynagrodzić.

Irriel jęknęła.

‒ Mal…

‒ Nie, czekaj. ‒ Lyriana poderwała głowę. W jej oczach zapłonęły psotne ogniki, gdy spojrzała na bardkę. ‒ Chyba wiem, co możesz dla nas zrobić.


Komentarze

Popularne posty