2.6


Księżyc stał już wysoko na nocnym niebie, gdy w pokoju gościnnym Lyriany rozbrzmiało ostatnie już westchnienie rozkoszy. Malwa opadła na ciało elfki, chowając głowę w jej szyi. Słysząc cichy śmiech obok swojego ucha, dźgnęła ją palcem w bok. Poczuła, jak Lyriana tylko trąciła nosem czubek jej głowy. Słyszała uśmiech w jej głosie, gdy zapytała:

‒ To teraz mogę zdjąć ręce z wezgłowia?

Malwa podskoczyła. Rumieniec oblał jej policzki, gdy szybko chwyciła za nadgarstki elfki i delikatnym gestem sprowadziła je w dół. Ręce Lyriany musiały już nieco zdrętwieć. Jak mogło jej to umknąć!

Spuściła głowę, pozwalając żeby rozpuszczone włosy nieco zasłoniły jej zawstydzoną minę. Oczy wlepiła w nadgarstki elfki, skupiając się na tym, aby teraz je rozmasować.

‒ Przepraszam. Nie wiem, jakim cudem mi to wyleciało z głowy ‒ powiedziała cicho. Zanim jednak poczucie winy wkradło się w jej serce na dobre, Lyriana pocałowała ją w biodro.

‒ Mam pewne podejrzenia ‒ mruknęła. Malwa prychnęła pod nosem, ale nic nie powiedziała. Koniec końców, nie mogła zaprzeczyć że przez większość nocy jej głowa była gdzie indziej. ‒ Najwyżej następnym razem, będziemy musiały znaleźć sposób, żebyś o tym nie zapomniała.

‒ Następnym razem? ‒ powtórzyła za nią Malwa, unosząc brew. Ręce Lyriany wyślizgnęły jej się z dłoni, gdy elfka przekręciła się na brzuch. Podparła brodę.

‒ Cóż, skłamałabym mówiąc, że nie bawiłam się dobrze ‒ odparła łowczyni. Szelmowski uśmieszek rozciągnął jej usta. ‒ Poza tym, jesteś urocza gdy coś mi każesz i zaraz potem dodajesz “proszę”, lub “czy mogę”.

Malwa natychmiast odwróciła wzrok, czerwieniąc się po końcówki uszu. Trzepnęła roześmianą elfkę w ramię.

‒ Przestań! ‒ wykrzyknęła nadąsana. Pisnęła, gdy silne ręce złapały ją w talii i obróciły. Nagle znalazła się na plecach, przyciśnięta do boku Lyriany, otoczona zapachem lawendy i cynamonu. Elfka pewniej przytuliła ją do siebie, acz nie był to uścisk z którego Malwa nie mogłaby się wydostać, gdyby nie chciała. Palce łowczyni zaczęły głaskać ją po ramieniu, wykreślając bezmyślne wzory.

‒ Tak jak mówiłam, to urocze ‒ Malwa usłyszała mruknięcie nad sobą. ‒ Aczkolwiek, ktoś tu chyba lubi gryźć, co?

Chichot wyrwał się z piersi bardki. Jej wzrok powędrował w stronę ramienia Lyriany, na którym już wykwitł siny ślad.

‒ To dlatego, że komuś się to podoba.

Uśmiechnęła się do siebie, czując pocałunek na czole. Zignorowała przy okazji ciepło, rozchodzące jej się po ciele.

‒ Temu nie zaprzeczę ‒ wymamrotała nad nią Lyriana. Przyciągnęła Malwę bliżej siebie za biodro, a bardka chętnie jej na to pozwoliła. Schowała twarz w zagłębieniu jej szyi, przymykając oczy. ‒ Za to ja chyba muszę się bardziej postarać, żeby wyciągnąć z ciebie, co naprawdę ci się podoba.

Malwa zmarszczyła brwi.

‒ Co masz na myśli?

Lyriana, zapewnie wyczuwając nagłe spięcie w jej ramionach, uspokajająco zaczęła wykreślać koła na jej talii.

‒ Tylko tyle, że podczas gdy bardzo mi się... Oddajesz, raczej nie dajesz mi szansy żeby znaleźć, co tobie sprawia przyjemność.

Bardka sapnęła, obruszona. Teraz już kompletnie schowała twarz pomiędzy poduszkę a szyję łowczyni.

‒ Może właśnie to mi sprawia przyjemność ‒ rzuciła, trochę ostrzej niż zamierzała. Z jakiegoś powodu te pełne ciekawości pytania wyprowadzały ją z równowagi. Dotykały pewnej struny, której wolała nie poruszać za wszelką cenę.

‒ Może ‒ ustąpiła Lyriana. ‒ Jednak chciałabym spróbować. ‒ Na ramieniu Malwy wylądował pocałunek. ‒ O ile mi pozwolisz.

Bardka wzruszyła ramionami.

‒ Jeśli chcesz ‒ odparła cicho. Nie chciała dać po sobie poznać, że to zainteresowanie, troska mocno ją dotknęły. Chociaż nie miała pojęcia, czy w dobry, czy zły sposób. Po prostu... Czuła się dziwnie. Chyba tylko uspokajający dotyk łowczyni sprawił, że jeszcze nie wyślizgnęła się z jej ramion, próbując uciec. Nie przed Lyrianą, ale przed jej czułością i tym, co wzbudzała ona w Malwie. A było to coś... Do czego nie była przyzwyczajona.

Mimo to pozwoliła, żeby łowczyni po prostu uniosła jej dłoń i przycisnęła ją sobie do ust. Drżenie palców zawsze mogła zrzucić na zmęczenie.

‒ Chcę ‒ wymruczała Lyriana z przekonaniem. Po chwili jednak dodała z przekorą: ‒ Może wtedy upamiętnisz mnie w którejś ze swoich pieśni.

Malwa zaśmiała się, będąc wdzięczna, że ta pełna bezbronności atmosfera na chwilę została rozbita.

‒ Myślę że zrobiłabym to, nawet bez tego. ‒ Uniosła się na ramionach, przekrzywiając głowę. Lyriana wpatrywała się w nią, zupełnie zrelaksowana. Malwa nie mogła się powstrzymać przez wyciągnięciem dłoni i delikatnym przeczesaniem gęstych włosów elfki. ‒ Chciałabym cię zapamiętać na dłużej.

Łowczyni mruknęła, wyraźnie ucieszona i zaciekawiona.

‒ Pewnie mówisz to wszystkim swoim kochankom.

Całe szczęście, że w jej głosie nie było żadnej oskarżycielskiej nuty, zwyczajna przekora. Dlatego zamiast się oburzyć, Malwa tylko pokręciła głową w zamyśleniu.

‒ Niekoniecznie. Zawsze stawiałam sprawę jasno. Jedna noc i tyle, nie szukam związków. Jeśli o kimś pisałam, to musiał być to ktoś bardzo wyjątkowy. ‒ Teraz ona zaczęła wykreślać wzory na zaskakująco jasnej skórze łowczyni. Myślałby kto, że spędzając tyle czasu w lesie, byłaby nieco bardziej opalona.

‒ Czyli jestem wyjątkowa?

‒ Tak.

Ją samą zdziwiło to, jak szybko przyszła jej ta odpowiedź. Zazwyczaj takich rzeczy nie dało się z niej wyciągnąć. Unikała ich, uciekała najdalej, jak mogła. Ale... Może przez spokojną atmosferę czy zaciekawione spojrzenie Lyriany, to słowo po prostu... jej się wymknęło .

Co nie znaczyło, że jej to nie przeraziło.

Ręka zamarła jej w pół ruchu. Przez dłuższą chwilę między nimi panowała cisza. Coś ścisnęło się w żołądku Malwy. Na gwiazdy. Może to było za dużo? 

Nie patrząc w stronę Lyriany, zaczęła wyrzucać z siebie potok słów:

‒ To znaczy... Bogowie, wybacz, wiem że to miało być niezobowiązujące między nami, także rozumiem, jeśli ci z tym teraz nieprzyjemnie i...

‒ Malwa. ‒ Dłoń na jej własnej ją zatrzymała. Bardka uniosła niepewnie spojrzenie, napotykając ciepły wzrok brązowych oczu. ‒ Nie przeszkadza mi to. Koniec końców... To nie jest jakieś duże wyznanie. I miło mi, że... Jestem dla ciebie wyjątkowa. ‒ Nachyliła się by pocałować zaskoczoną Malwę w nos. ‒ To nic między nami nie zmienia. Prawda?

Trudno było określić spojrzenie Lyriany. Na jej twarzy błąkał się uśmiech, ale coś w jej oczach sprawiało, że Malwa na chwilę zamilkła. To nie była nadzieja. Nie mogła być. Nie było to też żadne pragnienie. Raczej niema prośba. Pomimo ciepłych słów i pocałunków, sądząc po napięciu w ramionach, Lyriana również zdawała się być nieco zakłopotana tym tematem.

A Malwa żyła by dogadzać innym.

Dlatego ujęła elfkę za policzek i gładząc go czule mruknęła:

‒ Prawda.

Ale swój krzywy uśmiech musiała jednak schować w szyi Lyriany, zupełnie ignorując nieprzyjemne, duszące poczucie jakie chwyciło jej gardło. Zamiast tego, skupiła się na palcach elfki wplątanych w jej włosy, delikatnie je przeczesujące.

Po dłuższej chwili napięcie w ich ciałach zniknęło.

‒ Ale miło, że zadbałaś o to, żebym nie poczuła się gorzej gdy flitowałaś z Daelynem ‒ odezwała się Lyriana. ‒ Nie musiałaś.

Malwa pocałowała skórę tuż pod swoimi ustami.

‒ Wiesz, jestem w końcu panienką z dobrego rodu. Mam maniery. Granie na dwa fronty byłoby niegrzeczne ‒ odparła. Uśmiechnęła się do siebie, słysząc śmiech Lyriany. Palce łowczyni zjechały w stronę jej dłoni.

‒ No właśnie, a propos Daelyna... Jesteś pewna, że będziesz mogła spokojnie grać na tej swojej lutni? ‒ Chyba poczuła, jak Malwa zmarszczyła brwi, bo szybko dodała: ‒ Koniec końców, dość mocno krwawiłaś z dłoni.

Bardka westchnęła ciężko. Wzrok powędrował jej w stronę dłoni, wciąż schowanych pod rękawiczkami. Materiał zasłaniał teraz palce od środkowego, po mały. Zamarła na moment, gdy opuszki Lyriany przyjechały po jej nadgarstkach, ale na szczęście elfka ominęła to miejsce, zatrzymując się na środkach jej dłoni.

‒ Nic mi nie będzie. Zaine szybko mi je wyleczyła, a rana nie była tak głęboka ‒ wymamrotała. Odruchowo wyprostowała palce, gdy Lyriana ostrożnie badała miejsca, z których wcześniej leciała krew.

‒ Na pewno? Kolce w goblińskich strzałach bywają bardziej okrutne niż groty… ‒ Elfka na chwilę umilkła. Jej paznokieć zahaczył o krawędź materiału. Malwa natychmiast się spięła, ale Lyriana tylko błądziła placami dalej, jakby próbując wyczuć zadrapania. ‒ Nawet przy pomocy magii, mogą długo się leczyć.

Malwa zacisnęła usta. Troska łowczyni budziła w niej zarówno dyskomfort, jak i jakieś ciepłe, przyjemne poczucie. Chciała wyrwać dłoń, ale dotyk Lyriany był na tyle delikatny, że obawiała się gwałtownych ruchów. A gdy nie był on w pobliżu nadgarstków, mógłby być uznany za przyjemny.

Zacisnęła dłoń, łapiąc przy tym elfkę. Nie miała pojęcia, czemu rumieniec wypłynął na jej policzki, gdy splotła z nią palce. Z jakiegoś powodu, ten dotyk sprawiał wrażenie bardziej intymnego od wszystkiego, co robiły dzisiejszej nocy. Czuła na sobie łagodne spojrzenie Lyriany. Mogła sobie wyobrazić, jak przymrużyła powieki w oczekiwaniu na jakieś słowa i z zaskoczeniem odkryła, że ma gulę w gardle. Wzięła głęboki wdech, oddalając od siebie łzy. Jej usta rozciągnął uśmiech; ni to czuły, ni przekorny.

‒ Jeśli tak cię to martwi… Jutro mogę ci pokazać, że naprawdę nic mi nie jest.

Uniosła spojrzenie. Lyriana pokiwała głową i skupiła wzrok na ich splecionych palcach. Oddech jej zadrżał, a po chwili zaśmiała się cicho.

‒ W porządku. ‒ Odwróciła się na plecy, zakrywając jedną ręką oczy, ale nie puściła dłoni Malwy. ‒ Świat czasami bywa dziwny.

Bardka spojrzała na nią, zaciekawiona. Nie spodziewała się, że Lyriana znała jakiś kolejny język, poza elfim i wspólnym. A już z pewnością nie wpadłaby na to, że mógł być to smoczy. Koniec końców, nie był to szczególnie popularny język do nauki. Ona sama nauczyła się go w wyniku zakładu z Royem. 

Moje maniery zostały porzucone na ulicy, zabrzmiał jej w uszach głos Lyriany. Zamyślona oparła głowę na ramieniu elfki, uważnie ją obserwując. Czego jeszcze o niej nie wiedziała? Wydawało się, że przy każdej okazji, kobieta ją zaskakiwała. Pierwsze wrażenie już dawno uleciało i pomimo, że przecież nie minęło wcale tak wiele dni, łowczyni budziła ciekawość Malwy. Pierwszy raz od dawna… Po prostu chciała wiedzieć o niej więcej. Co ją cieszy. Skąd pochodzi. Jaka jest jej historia.

Jednak, sądząc po słowach Irriel, nie będzie miała dość czasu, żeby sprawić, aby Lyriana się przed nią otworzyła. Na własne życzenie, oczywiście. Wciąż, do bardki wracało to gorzkie uczucie, które pojawiło się w Błędnym Ogniku. Z jakiegoś powodu, sama myśl o tym, że Lyriana mogłaby komuś… Tak bardzo zaufać, wzbudzała w niej zazdrość. Coś, czego za żadne skarby nie powinna czuć.

Nieświadomie, mocniej zacisnęła palce na dłoni łowczyni. Żeby zakryć chwilę słabości, przycisnęła do niej pocałunek. Zadowolone westchnienie sprawiło, że poczucie zazdrości zadrżało w niej jeszcze mocniej, zamiast zniknąć.

Uspokój się, pomyślała poirytowana. Nie miała prawa do takich zachowań. Ustaliły coś sobie i przynajmniej dla Malwy, te zasady były ważne, bo… Miały ją chronić. Ją i drugą osobę. Bo w końcu, co komu po bliskości tego typu, gdy niedługo miałaby wyjechać i zostawić dane miasto za sobą? Już wystarczyło jej, że tęskniła za bratem. Nie chciała, żeby jej serce uciekało jeszcze do kogoś innego, podczas samotnych wędrówek. Po co dawać komuś nadzieję? Po co dawać sobie nadzieję, że… No właśnie, co?

Jedno słowo pojawiło jej się w głowie. Niemal z obrzydzeniem i wstydem, zepchnęła je w najgłębsze czeluści swojej podświadomości. 

Zagryzła wargę i odetchnęła, skupiając się na tym, by na powrót zrelaksować swoje ciało. Musi jakoś odciągnąć od tego wszystkiego myśli. 

Zaczęła powoli całować szyję elfki. Ostrożnie obchodziła się z sinymi śladami na skórze. Jedną ręką wciąż trzymała Lyrianę za rękę, a drugą zaczęła delikatnie przesuwać po talii elfki. Uśmiechnęła się, czując, jak łowczyni chętnie przyjmuje jej pieszczoty, a gdy westchnęła zadowolona, Malwa tylko delikatnie ją ugryzła.

‒ Wiesz co… Tak bardzo, jak by mi nie przeszkadzała kolejna runda… ‒ Usłyszała rozmarzony głos Lyriany. Mruknęła zachęcająco. ‒ Ktoś musi jutro wcześnie wstać.

Bardka w końcu puściła dłoń elfki, żeby unieść się na ramionach. Zrobiła niezadowoloną minę. Pod nią, Lyriana tylko się uśmiechnęła z przekorą. Nie wyglądała, jakby było jej żal, tylko jakby bawiła ją frustracja Malwy.

‒ A tam. Dam radę ‒ mruknęła bardka. Lyriana wyciągnęła dłoń w jej stronę i ujęła ją za policzek. Malwa zignorowała drżenie serca, gdy elfka ją pogłaskała. To musiało być przez to, jak pięknie łowczyni wyglądała. Błogi uśmiech był wymalowany na jej wciąż czerwonych ustach, chociaż szminka już się rozmazała. Czarne, długie włosy rozłożyły się na poduszkach, tworząc wokół niej hebanową aureolę, a jasna skóra wyraźnie odcinała się w świetle księżyca. Jak niby miała jej teraz nie pocałować?

Powstrzymał ją palec na wargach.

‒ Wolałabym spędzić z tobą więcej nocy, niż tę jedną. A obawiam się, że Irriel cię zabije, jeśli się spóźnisz. Uwierz mi. Ona tego nie lubi. ‒ Widząc, jak Malwa wydęła niezadowolona usta, łowczyni usiadła, zaplatając ręce wokół bioder bardki. Akurat tej nocy zaskoczone odkryły, że w tym miejscu Malwie nie przeszkadzał jej dotyk. ‒ Nie rób takiej miny, isk.

Malwa ledwo powstrzymała się przed zmarszczeniem brwi. Isk. Gwiazda w smoczym. Lyriana powiedziała to czule, jakby nazywając ją pieszczotliwe. Coś, czego Malwa nigdy nie doświadczyła w kontekście romantycznym. Nie pozwalała na to ani sobie, ani innym. Powinna zwrócić na to uwagę, zdusić to w zarodku.

Zamiast tego, przewróciła oczami i cmoknęła Lyrianę krótko w usta. Westchnęła, udając poirytowaną, podczas gdy pozwoliła, aby jej pierś wypełniło przyjemne ciepło. Ukróci to później. Na razie… Chciała docenić ten moment, zachować w pamięci to, że ktoś w ogóle chciał dać jej jakieś przezwisko.

‒ Nie chce mi się jeszcze spać ‒ mruknęła marudnie, zarzucając ręce na szyję łowczyni. Pozwoliła, żeby kosmyki włosów opadły jej na oczy. Lyriana teatralnie spojrzała w sufit, wzdychając.

‒ I co my teraz biedne zrobimy? ‒ Gdy znów spojrzała na bardkę, w jej oczach zatańczyły przekorne iskierki. ‒ Przecież nie możesz, nie wiem, spełnić obietnicy z karczmy i coś mi o sobie opowiedzieć.

Z piersi Malwy wyrwał się zaskoczony śmiech.

‒ Już myślałam, że zapomniałaś ‒ powiedziała, odwracając głowę. Chociaż włosy zasłoniły jej widok, mogłaby przysiąc, że Lyriana zmarszczyła brwi.

‒ Jeśli nie chcesz…

‒ Nie, nie, nie! Spokojnie! ‒ Przecież wyszłaby na hipokrytkę, przed chwilą przeżywając, że ona nie może poznać bliżej Lyriany, nie dając jej szansy na to samo. Odwróciła się do elfki, uśmiechając się pewnie. ‒ Pytaj. ‒ Pogładziła jej kark. ‒ Przecież od tego nie umrę.

‒ Na pewno? ‒ Lyriana uniosła z powątpiewaniem brwi, ale jej mina i ton zdradziły, że robi to tylko na przekór. Z jakiegoś powodu, to sprawiło, że Malwa poczuła się pewniej. Trudne uczucia i emocje były nieprzyjemne. Jeszcze bardziej przerażały ją te, które były dodatkowo nieznane, a tym samym niechciane. Ale przekomarzanki? To już było łatwiejsze. Bardziej znajome.

‒ W najgorszym wypadku powiem ci nie. ‒ Obiecała. Dzięki bogom, że już nie miała migreny.

‒ Skoro tak mówisz. ‒ Odparła elfka i natychmiast opadła z powrotem na materac, ciągnąc Malwę za sobą. Bardka pisnęła i szybko uniosła się, patrząc z oburzeniem na roześmianą Lyrianę. Przewróciła oczami i ułożyła się obok niej, opierając się o ramię łowczyni. Wróciły do swojej poprzedniej pozycji.

Elfka przez dłuższą chwilę po prostu wodziła palcami po piegowatym ramieniu Malwy, od czasu do czasu delikatnie drapiąc ją krótkimi paznokciami. W pokoju ponownie zapadała cicha, spokojna atmosfera. Bardka wykorzystała chwilę nieuwagi Lyriany, żeby jeszcze mocniej się w nią wtulić, czując, jak po plecach chlaszcze ją chłodny powiew wiatru. Łowczyni zaśmiała się cicho, wybita z zamyślenia.

‒ Nie mów mi, że ci tak zimno.

Malwa prychnęła.

‒ A i owszem. ‒ Aby jeszcze bardziej to pokazać, oplotła nogę wokół Lyriany. ‒ Strasznie zimny ten Cormanthyr. Sembia miała być cieplejsza.

‒ To jedna z cieplejszych nocy ‒ mruknęła Lyriana. Malwa czuła na sobie jej zaskoczony wzrok, ale tylko przewróciła oczami. ‒ To jak jest w Kelazzan?

Czujnie uniosła głowę. Przez usta przetoczył się jej przebiegły uśmieszek.

‒ To jest twoje pytanie na dziś?

Lyriana zmarszczyła brwi. W bladym świetle księżyca, bardka nie miała pewności, czy cień, jaki przebiegł jej po twarzy oznaczał urażenie, czy nie. Ale ton jej głosu szybko utwierdził ją w pierwszej myśli.

‒ Jeśli tylko na tyle mi pozwolisz…

Gdyby mogła, elfka zapewne założyłaby ręce na piersiach. A tak, tylko westchnęła, wyraźne oburzona. Malwa przekrzywiła głowę.

‒ Powiedzmy… Że jeśli nie zaliczysz mi pytania o Arielisa, na pewno pozwolę ci na więcej pytań… O ile odpowiesz na moje.

Lyriana wciąż miała odwróconą od niej głowę, ale Malwa z ulgą dostrzegła, że wyraz jej twarzy złagodniał. Łowczyni zerknęła na nią kątem oka.

‒ Ostro się targujesz.

Bardka wyszczerzyła zęby. Podłożyła sobie ramię pod głowę, rozkładając się bardziej na piersi elfki. Przyjemne ciepło rozpłynęło się po jej ciele, gdy spojrzała na nią przebiegle.

‒ To jedyny sposób, jaki znam. Poza tym… Ktoś tu jest bardzo niedostępny. Także wybacz, że gram nie do końca czysto.

Lyriana w końcu spojrzała na nią w pełni.

‒ W takim razie… Byłabyś gotowa odpowiedzieć mi na bardziej osobiste pytania? ‒ Bardka uniosła brew. Niepokój wkradł się w jej serce. W co ona właściwie się wplątuje? I w imię czego? ‒ Skoro tak bardzo chcesz poznać mnie bliżej, chyba powinno to iść w obie strony.

 Przez dłuższą chwilę mierzyły się spojrzeniami. Upór jednej walczył z nieustępliwością drugiej. I choć słowa, które padły, od pewnego momentu miały nieco ostrzejsze nuty, u obu czuć było… Przestrach.

Malwa nie wiedziała, co robi. Nie wiedziała nawet po co. Dlaczego jej tak zależy? Nie chciała nawiązywać… Przyjaźni, która za dekadzień się rozleci. To tylko skrzywdziłoby Lyrianę. I ją.

A jednak, przekora nie pozwalała jej odpuścić. Chociaż… Czy napewno przekora? W końcu nie to czuła, gdy Irriel wspomniała, że Lyriana kiedyś w końcu w pełni komuś zaufa. Z drugiej strony, Malwa nie była godna zaufania. Nie aż takiego. Nie, kiedy mogła w jakiś sposób zranić elfkę. Trzymanie się tylko siebie przecież dobrze się sprawdzało, nie było powodu do zmiany własnych zasad.

Ale… Spojrzenie Lyriany również było intensywne. Malwa była tak zatopiona w jej oczach, że niemal nie poczuła, jak kobieta ujęła ją za talię, zaciskając palce, aczkolwiek nie za mocno. Intensywnie. Jakby chciała się przez coś przebić. Jednocześnie, bardka widziała nagłe napięcie w jej mięśniach. Łowczyni… Też była niepewna. Niepewna i zdeterminowana.

Zupełnie jak ona.

Malwa teatralnie westchnęła. Może to rozegrać inaczej. Skoro Lyrianie tak zależy, żeby ją poznać, a i tak nie zanosiło się na to, żeby opuściła tę zapomnianą wioskę, może powinna jej ulec.

‒ No, niech ci będzie ‒ powiedziała, celowo leniwie przeciągając głoski. Dla lepszego efektu, opadła głową na pierś elfki. Gdy zerknęła w górę, widziała tylko tryumfalny, aczkolwiek nieśmiały uśmieszek kobiety. Odsunęła się dopiero, gdy Lyriana delikatnie popchnęła ją w bok. Tym razem jednak strach jej nie wypełnił, gdy kobieta na moment wstała. Widziała, że po prostu sięgnęła po dwie, już znajome Malwie, powłóczyste szatki. Wymieniły krótki, może niepotrzebny już, pocałunek między sobą, gdy łowczyni podała bardce odzienie.

Niepotrzebny, ale w pewien sposób kojący. Jakby się godziły po sprzeczce.

Która nawet nie miała racji bytu.

Prawda?

Malwa odepchnęła od siebie te wątpliwości, wsuwając ręce w rękawy. Wyciągnęła włosy i przerzuciła je przez ramię, wciąż czekając na pytania Lyriany. Próbowała zwalczyć w sobie to dziwne, uporczywie powracające, ciepłe uczucie, które pojawiało się za każdym razem, gdy obie zachowywały się w stosunku do siebie nieznośnie swobodnie. Nie było potrzeby. A jednak, żadna nie protestowała.

‒ To zaczęłabym chyba od tego Kelazzan ‒ przerwała ciszę Lyriana, układając się na boku obok Malwy. Głowę podparła na ręku, a spojrzenie wlepiła w bardkę. Malwa westchnęła, ale mały uśmiech zdradzał, że nie przeszkadzał jej ten temat. Odzwierciedliła pozycję elfki.

‒ Od czego mam zacząć?

‒ Może… Jakie w ogóle jest? Słyszałam o nim tylko jeśli chodzi o materiały…

Bardka podparła brodę. Wróciła myślami do znajomych, morskich krajobrazów. Przypomniała sobie krzyki mew i ciepło słońca, które pomagało w walce z chłodną bryzą.

‒ Baronia nie jest duża, ale na pewno mamy wielu mieszkańców. W dodatku, jako miasto handlowe, często mamy gości z dalekich zakątków Faerunu. Sami wytwarzamy jedwab, eksportujemy też przyprawy.

Lyriana zaśmiała się cicho.

‒ To tłumaczy twoje upodobanie do ostrych potraw.

‒ Wcale nie są ostre. Jesteś po prostu nieprzyzwyczajona.

Coś… tkliwego pojawiło się w oczach Lyriany, gdy Malwa zrobiła oburzoną minę. Założyła jej włosy za ucho i powiedziała cicho:

‒ Skoro tak mówisz… ‒ Na chwilę spuściła wzrok. Wzięła wdech, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. ‒ Mów dalej. Jak… Jak się mieszka twoim… Ludziom? Poddanym?

‒ Ludziom ‒ poprawiła łagodnie bardka. Igiełka obrzydzenia na chwilę przebiła się przez spokojną atmosferę. ‒ Nie lubię tego drugiego wyrażenia. A żyje się… Mam dużą nadzieję, że dobrze. Wiesz, panujący potrafią być oderwani od życia tych, którymi się opiekują. Wierzę jednak, że wraz z bratem dobrze się zajmowaliśmy naszym ludem. Często robiliśmy niezapowiedziane wizytacje na targach. ‒ Zaśmiała się cicho. ‒ Szkoda, że nie widziałaś min niektórych kupców.

‒ Och? ‒ Lyriana zmarszczyła z zaciekawieniem brwi. Wyglądała teraz na odrobinę bardziej uważną.

‒ Strażnikom czasem coś umyka, a każdy wie, że nawet w najlepszym państwie zdarza się korupcja. Niekiedy ktoś może się prześlizgnąć, a niezapowiedziana wizyta dzieci barona, może nieźle napędzić stracha. Szczególnie, gdy jedno jest paladynem Tyra ‒ zaśmiała się cicho, przypominając sobie, jak kiedyś jeden z kupców bardzo szybko starał się zwinąć swoje stoisko na widok Roya. ‒ W dodatku, zdarza się oszukiwanie w cenach. Jakbyśmy nie wiedzieli, co powinno ile kosztować. W porcie handlowym! ‒ Westchnęła, oburzona.

‒ Chyba mocno cię to porusza?

‒ Oczywiście, że tak! ‒ podniosła nieco głos, ale Lyriany wyraźnie to nie zniechęciło. Nawet się nie odsunęła. ‒ Bo zwykle zamówione przez nas materiały przychodzą w ustalonej cenie. Ale potem taki kupiec oszukuje moich ludzi! A nie każdy przecież się na tym zna! Wyobraź sobie, jakby taki kupiec chciał oszukać Serune na cenę… No nie wiem, jabłek! Jabłek! ‒ Aż się podniosła, zakładając ręce na piersi.

‒ Myślę, że Irriel pogoniłaby takiego kupca.

‒ Możliwe, ale lepiej nie ryzykować. ‒ Westchnęła, kręcąc głową. ‒ Wybacz, zwyczajnie… Denerwuje mnie to.

‒ Nie przepraszaj. ‒ Dłoń Lyriany wylądowała na udzie Malwy. Pogłaskała delikatnie skórę, która wychynęła spod szaty. ‒ To w sumie… Dobrze, że tak cię to oburza. To znaczy, że zależy ci na twoim ludzie.

Malwa zerknęła na Lyrianę, słysząc cięższą nutę w jej głosie. Elfka nie wyglądała na smutną, ale coś… Coś w jej postawie mówiło bardce, że był to dla niej ważny temat. Chcąc ją jakoś wesprzeć, chwyciła ją za dłoń.

‒ To mój obowiązek ‒ powiedziała pewnie. ‒ Mój, mojego brata… Matki, siostry i ojca.

Z całą swoją nienawiścią do ojca, to jedno musiała mu przyznać. Nawet on nie zniżał się do pomiatania swoim ludem. Nawet jeśli jego pobudki mogły być nieco mniej czyste od Malwy. 

Lyriana przygryzła wargę.

‒ No właśnie… Często wspominasz brata. Mówiłaś też o dziadku. ‒ Bardka na chwilę zamarła. Bogowie, tylko niech nie… ‒ Jacy oni są?

Odetchnęła z ulgą.

‒ Wiesz… Jestem trochę stronnicza. ‒ Zaśmiała się cicho. ‒ Ale Roy jest naprawdę cudownym bratem. Zawsze… Zawsze stał po mojej stronie. Dbał o mnie i mnie chronił, nawet gdy byliśmy dziećmi, zbyt smarkatymi by rozumieć więzi rodzinne. Gdy miał szesnaście lat, postanowił zostać paladynem. W wieku osiemnastu, złożył przysięgę. Pamiętam… ‒ Malwa na moment urwała. Oczami wyobraźni widziała komnatę brata. Moment, w którym wyszedł ubrany w paradną, złoto-błękitną zbroję. Poczuła tę samą dumę, jaka wtedy wypełniła ją całą. ‒ …jak się cieszyłam, gdy składał przysięgę. ‒ Chociaż wciąż dziwił ją rodzaj przysięgi. Myślała, że złoży prostszą, bardziej popularną. A on zdecydował się przysięgać na koronę. Pamiętała, że była wtedy mocno zaskoczona, a przez chwilę nawet poczuła się zdradzona. Przed wybuchem powstrzymała ją wiara w decyzje brata. Tak, jak sam jej później powiedział: nigdy nie podjąłby się czynu, który miałby zadziałać na jej szkodę. Jednak do tej pory nie wiedziała, co nim kierowało. ‒ Zawsze byliśmy ze sobą blisko. Wiesz, to, że on mnie chronił nie znaczy, że o niego nie dbałam. Nawet nie wiesz, ile razy ganiałam go do spania, bo idiota za długo siedział nad tym czy innym traktatem. Raz tak się na niego wkurzyłam, że dostał przez łeb i momentalnie zasnął.

Lyriana parsknęła śmiechem.

‒ Przypomnij mi, żebym nigdy nie walczyła z tobą o nocne zmiany, co?

‒ A tylko spróbuj ‒ mruknęła Malwa, celując w nią groźnie palcem. Odpowiedziało jej tylko wyzywające spojrzenie. Westchnęła. Odruchowo chwyciła za amulet i uśmiechnęła się do siebie. ‒ Kocham go nad życie. Gdyby coś mu się stało, nie mam pojęcia, co bym zrobiła i wiem, że on czuje to samo.

‒ Jak więc… Radzicie sobie z rozłąką? ‒ usłyszała pytanie elfki. Ton Lyriany był pełen troski. ‒ Bo… Słyszę, że za nim tęsknisz.

‒ Często… Wymieniamy listy ‒ powiedziała spokojnie Malwa. Mimo wszystko jednak westchnęła. ‒ Ale faktycznie, to nie to samo. ‒ Potrząsnęła głową. ‒ Ale… Nie zmieniłabym decyzji o wyjeździe. Nawet dla niego.

I Roy to wiedział. Szanował jej zdanie. Ba, gdy tylko wypłakała mu, że dłużej tak nie może, od razu zaczął organizować jej wyjazd. Szczególnie, że zadanie miał ułatwione, biorąc pod uwagę okoliczności…

Nie. Nie będzie teraz o tym myśleć.

Szczególnie, gdy Lyriana ścisnęła ją za rękę.

‒ Wybacz. Nie chciałam… Nie sądziłam, że tak mocno cię to poruszy.

‒ Co?

Dopiero gdy uniosła głowę poczuła, jak skapuje jej łza z policzka. Zaskoczona otarła jeszcze kilka kropel, śmiejąc się z siebie. Uniosła się i usiadła, szybko machając ręką, gdy ułyszała, że Lyriana robi to samo.

‒ Nie, nie martw się. Nie jestem smutna ‒ powiedziała, ale elfka już delikatnie otarła jej kolejne łzy. Gdy skrzyżowały się spojrzeniami, Malwa widziała, jak łowczyni zaciska usta. Na zdezorientowany wzrok bardki jednak nie odpowiedziała. ‒ Najwyraźniej… Tęsknię za nim bardziej, niż się spodziewałam.

‒ Wiesz… W takim razie nie musisz mi mówić o swoim dziadku. ‒ Lyriana czule przegarnęła jej włosy. ‒ Możemy uznać, że to moja kolej.

Malwa zacisnęła usta. Spojrzała w bok. Prychnęła zaskoczonym śmiechem aż w końcu pokręciła głową.

‒ Miałyśmy umowę.

‒ Czy obsesyjne dotrzymywanie umów to jakaś cecha Kelazzańczyków?

Rozdrażnione sapnięcie Lyriany nawet ją rozbawiło.

‒ Nie, to tylko moja cecha ‒ powiedziała we wspólnym, pozwalając by w jej głos wkradł się kelazański akcent. Przełknęła kąśliwą uwagę, że obsesyjne dotrzymywanie umów, to była cecha przypisywana głównie Sembianom. Lyriana jeszcze przez moment przyglądała jej się niepewnie, ale w końcu pokiwała głową. ‒ Poza tym… W gruncie rzeczy niewiele mogę ci powiedzieć o moim dziadku. ‒ Dodała po krótkiej chwili milczenia, z powrotem przechodząc na elfi. ‒ Pamiętam go dobrze, ale widywałam go tylko, gdy byłam mała. Gdy miałam siedem… Może osiem lat, pokłócił się z moim ojcem i już nigdy więcej nie przyjechał. Nie wiem, o co poszło. ‒ Westchnęła. Przed oczami stanęła jej znajoma sylwetka elfa. ‒ Ale… Wiem, że był dobry. Biło od niego takie ciepło… Poza tym, był też bardzo mądry. Od niego nauczyłam się podstaw elfiego. Był… Jest. Druidem. Nigdy jednak nie dowiedziałam się, jakiemu kręgowi przewodzi. Wiesz, dla dziecka to nie było aż takie ważne, a gdy pytałam matki, nie potrafiła odpowiedzieć. 

‒ Skoro nie pamiętasz go dobrze… Dlaczego go szukasz?

Malwa przygryzła wargę. Wzrok powędrował jej w stronę miecza, niepozornie ustawionego teraz w drugim kącie pokoju. Skierowała wzrok z powrotem na Lyrianę, uśmiechając sie przepraszająco.

‒ Tutaj chyba skorzystam z opcji odmowy ‒ powiedziała cicho. Elfka pokiwała głową, chociaż na jej twarzy malowało się niezrozumienie. 

‒ Niech będzie. Nie zamierzam naciskać. ‒ Ścisnęła ją jeszcze raz za dłoń. Malwa odetchnęła z ulgą. ‒ Zgaduję, że teraz moja kolej?

Niepewność w jej głosie nieco rozbawiła bardkę, ale kobieta nie dała po sobie tego poznać. Chwyciła po prostu za dłoń łowczyni i pociągnęła ją w dół, przyciągając ją sobie do piersi. Chciała w ten sposób jakoś dodać jej otuchy. Czując na sobie niezadowolone spojrzenie, zaśmiała się cicho.

‒ Zemsta. Za to poprzednie ‒ wymamrotała. Westchnienie pełne zniesmaczenia wcale jej nie zraziło. Po tym, jak Lyriana się nieco mocniej w nią wtuliła rozpoznała, że robiła to tylko na pokaz.

Przygryzła wargę, zastanawiając się nad swoim pytaniem. Od czego w ogóle zacząć? Nie miała pewności, że dostanie od losu kolejną szansę na taką rozmowę. Nie chciała więc zadać błahego pytania, a z drugiej strony obawiała się, że zbyt osobiste może odstraszyć Lyrianę. Przez chwilę więc milczała, zbierając myśli.

‒ Wiesz… To o Arielisie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać… Jak wyglądało twoje życie przed Ferrengrove? Wychowywałaś się w tej chatce w lesie, o której mi mówiłaś?

Zdziwiła się, czując, jak Lyriana stężała.

‒ Musisz od razu rzucać tak ciężkim pytaniem? ‒ zapytała, wzdychając. Zamrugała.

‒ Mogę zapytać o…

‒ Nie, nie. W porządku. Po prostu… Rzadko wracam do tego myślami. ‒ Ku zaskoczeniu Malwy, Lyriana objęła ją mocniej. Chcąc jakoś ją wesprzeć, oddała jej uścisk. Łowczyni westchnęła. ‒ Mieszkałam w Daerlunie, dopóki nie ukończyłam setki. ‒ Ze swojego miejsca, Malwa mogła dostrzec, że przygryzła wargę. ‒ Wiesz… Nie był to wtedy dobry czas, żeby samej przebywać na ulicy.

‒ Samej? ‒ powtórzyła zaskoczona. Kobieta zaśmiała się smutno.

‒ Samej. Przez większość czasu. ‒ W jej głosie czaiła się ostrzegawcza nuta, także Malwa nie drążyła. Łatwo było się domyślić, dlaczego ktoś mógłby się wychowywać w ten sposób. Więc po prostu niemo przyciągnęła kobietę bliżej siebie i uspokajająco wplotła palce w jej włosy, tak, jak często robiła to Lyriana. Z ulgą dostrzegła, jak napięcie w mięśniach nieco z niej zeszło. ‒ Daerlun… Może i był kiedyś pięknym miastem, cudowną stolicą, ale od lat toczy go pasożyt. Gdy byłam mała, nie wiedziałam tego. Gdy już trochę dorosłam… Nauczyłam się to wykorzystywać na własną korzyść, chociaż pilnowałam, żeby nie upaść do poziomu… Rządzych miastem.

Malwa nie odzywała się. Ton Lyriany był gorzki, niemal oburzony. Kilka razy wyczuła wyzywającą nutę, jakby chciała, żeby bardka w jakiś sposób ją oceniła. Ale… Malwa tylko słuchała. Pamiętała o Kulcie Smoka. Szalonej organizacji, wyznającej zasadę, że to smoki powinny sprawować niepodzielną władzę w Faerunie, przemieniając je w drakolicze. To byli niebezpieczni szaleńcy. A że słyszała pogłoski, że niektórzy członkowie kultu osiedli w Daerlunie…

Nic dziwnego, że Lyriana była tak spięta, gdy pierwszy raz rozmawiały o tym mieście.

‒ Nie sądzę, żebyś kiedykolwiek mogła upaść tak nisko ‒ powiedziała z przekonaniem. Spojrzenie Lyriany było zaskoczone, niepewnie. 

‒ Nie wiesz, co musiałam robić, żeby przeżyć ‒ mruknęła cicho. Bardka uśmiechnęła się do niej czule i ujęła ją za policzek.

‒ To prawda. I nie znam cię też długo, ani dogłębnie. Jednak… Lubię myśleć, że znam się na ludziach. ‒ Pogładziła kciukiem jasną skórę łowczyni. Wytrzymała jej zdezorientowane spojrzenie. ‒ Nie wyobrażam sobie, żebyś podjęła się takich czynów, jaki podejmuje się kult.

‒ Wiesz o nich?

‒ Słyszałam pogłoski. Jeśli chociaż połowa z nich jest prawdziwa, to naprawdę trzeba upaść do… Co najmniej piekielnego planu, żeby się z nimi równać. Nie wierzę, że mogłabyś coś takiego zrobić.

Lyriana… Wyraźnie odetchnęła z ulgą. Schowała twarz w piersi Malwy, a kobieta jedynie ją przytuliła mocniej. Nie spodziewała się takiej reakcji, ani tak dużego zaufania. Peszyło ją to, ale równocześnie… Lyriana wyraźnie tego potrzebowała. Poza tym, to łowczyni była zwykle bardziej… Wyrozumiała, spokojna. Malwa jedynie chciała jej się za to wszystko odwdzięczyć.

Tak to tłumaczyła swojemu kołaczącemu sercu.

‒ Żyjemy w… wymagających czasach ‒ dodała cicho. Przed oczami stanął jej brat. Ból, wymalowany na jego twarzy, gdy oboje w końcu musieli przyznać, że żeby Malwa była prawdziwie wolna, musieli się podjąć prawdziwie wstrętnej misji. ‒ A życie nie zawsze dba o naszą moralność.

‒ Coś w tym jest… ‒ mruknęła cicho Lyriana. Potrząsnęła głową. ‒ W każdym razie. Jakoś mi się żyło i to nawet nie z dnia na dzień. Mimo to… Męczyłam się. Miasto stawało się coraz bardziej niebezpieczne i nawet moje… Niewinne sztuczki mogły wkrótce okazać się zbyt groźne. A uwierz mi, były one naprawdę niewinne. ‒ Jej uśmieszek jednak mówił co innego. Malwa na razie postanowiła to zignorować. ‒ Opuściłam więc Daerlun gdy tylko ukończyłam sto lat. 

Bardka zmarszczyła brwi.

‒ Przez lata… Nie miałaś nikogo bliskiego?

Lyriana westchnęła. Zaczęła bezmyślnie wodzić palcami po ramieniu Malwy.

‒ Miałam tam znajomych. ‒ Przymknęła na chwilę oczy. Ręka wokół talii bardki ścisnęła się. ‒ Ale… Chciałam dla siebie czegoś innego. Myślę, że mimo wszystko, oni to rozumieli. Każde z nas, przy najbliższej sposobności wyrwałoby się stamtąd. A im mniej się wiedziało, tym mniejsze ryzyko, że ktoś nieumyślnie zadziałałby na twoją szkodę. Mimo wszystko, nawet jeśli byłaś z kimś w miarę blisko, w tym mieście przeważnie myślało się o sobie. Naiwni… Szybko znikali. Poza tym, w lesie łatwiej jest przetrwać, niż w skorumpowanym mieście. ‒ Malwa pokiwała w skupieniu głową. Żal ściskał jej serce, słysząc smutek w głosie Lyriany. Bogowie. Brzmiało to na… Bardzo samotne życie. Pełne obaw i niepokoju. 

‒ Rozumiem, że… Nie chciałaś spróbować szczęścia gdzieś indziej, w innym mieście?

Lyriana pokręciła głową, wzdychając.

‒ Nie. Miałam dość miast. Przez sto lat nie opuściłam Daerlunu i… ‒ Prychnęła pod nosem. Malwa zmarszczyła brwi. ‒ Chyba się bałam. Nie chciałam, żeby kolejne miasto okazało się takie samo. Z tym samym, udawanym rządem, którego machlojek nikt nie chciał przejrzeć. Las… Wydawał mi się bezpieczniejszy. Mogłam robić w nim, co chciałam, bez żadnych ograniczeń.

Kiedy to mówiła, Lyriana wyraźnie nabrała rezonu. Słowa te wypowiadała z takim przekonaniem, jak gdyby wciąż w to wierzyła. Malwa rozumiała to uczucie. I chociaż serce jej rosło, widząc elfkę tak pewną siebie, wciąż gdzieś tam czaiła się w niej nutka współczucia. Koniec końców, rozumiała ją. Może bardziej, niż łowczyni zdawała sobie z tego sprawę.

Nie chciała jednak przerywać. Jedyne więc, co zaoferowała to delikatny uśmiech i łagodny dotyk na plecach Lyriany. Ta za to, ciągnęła dalej.

‒ Więc… Po prostu uciekłam w nocy. Na początku nie było łatwo. Robiłam… Naprawdę głupie błędy. ‒ Zaśmiała się cicho. Bardka spojrzała na nią, zaciekawiona.

‒ Na przykład?

‒ Nie zliczę, ile razy źle postawiłam wnyki. O bogowie… Raz nawet wpadłam we własnoręcznie zastawioną pułapkę. ‒ Malwa nie mogła się powstrzymać. Wybuchnęła śmiechem, ale jako, że Lyriana jej zawtórowała, nie czuła się z tym źle. Wizja zaskoczonej, może trochę urażonej łowczyni, wiszącej za nogę na drzewie po prostu wydawała się tak… Dziwna, że aż śmieszna. ‒ A łuk to była czarna magia. O wiele lepiej radziłam sobie ze sztyletem, ale jedyne, co mogłam w ten sposób upolować to grzyby. Na moje szczęście… Pewna druidka się nade mną zlitowała. ‒ Lyriana ziewnęła. ‒ Ale… O tym może innym razem?

Malwa westchnęła. Zdusiła w sobie poczucie zawodu. I tak kobieta podzieliła się z nią całkiem gorzką historią. Sama bardka nie wiedziała, czego właściwie się spodziewała, ale z pewnością nie tego. W głębi duszy, miała chyba nadzieję, że życie Lyriany nie było tak… Okrutne. A z tych półsłówków łatwo było wywnioskować, że nie miała lekko.

Przeczesała palcami jej włosy.

‒ Oczywiście. Nie będę naciskać. ‒ Nachyliła się, stykając ich czoła delikatnie ze sobą. Przymknęła oczy na moment, zanim powiedział:. ‒ Dziękuję, że się tym ze mną podzeliłaś.

Podskoczyła, czując pocałunek na brodzie. Spojrzała oburzona na Lyrianę, ale z ulgą przyjęła jej rozbawioną minę. Ciężka atmosfera uleciała.

‒ Ja tobie też dziękuję. ‒ Elfka splotła ich palce. ‒ Szkoda… Że nie miałam przy sobie takich osób, jak twój brat.

‒ Masz ich teraz ‒ powiedziała cicho Malwa. ‒ Irriel, Zaine… Jestem pewna, że jesteś dla nich tak samo ważna, jak ja dla mojego brata.

Lyriana spuściła wzrok i westchnęła ciężko.

‒ Mogę tylko mieć taką nadzieję ‒ wymamrotała, tak cichutko, że Malwa ledwo zdołała ją usłyszeć. Łowczyni ponownie ułożyła się w ramionach bardki i dodała, już odrobinę głośniej: ‒ Zaśpiewałabyś… Tę twoją pieśń, którą śpiewał dziś Daelyn? Spodobała mi się.

Uśmiech wypłynął na usta Malwy. Poruszona odparła tylko:

‒ Oczywiście.

A w pokoju rozbrzmiała melodia. Raz po raz, bardka zerkała na Lyrianę. Wyraz jej twarzy złagodniał, a kobieta wtuliła się w Malwę. Na jej ustach błądził rozrzewniony uśmiech, a przy refrenie spoglądała na bardkę. Kobieta nie wiedziała, o czym myślała łowczyni, ale w tych chwilach wydawała się… zarówno bezbronna jak i gotowa do walki. Malwa trzymała ją blisko siebie, ciesząc się okazanym zaufaniem, pomimo, że rozdzierał on jej serce. Skupiła się jednak na tym, żeby obie odnalazły ukojenie w słowach pieśni.

Miała nadzieję, że tak się stanie.


Gdy słońce wdarło się pod powieki Malwy, niezadowolona jęknęła. Chciała wtulić się w ciepłe ciało tuż obok, ale gdy jej głowa natrafiła tylko na zime miejsce, od razu otworzyła oczy. Jednak zanim zdążyła się odezwać, tuż obok usłyszała głos:

‒ Śpij. Jeszcze nie jest tak wcześnie.

Lyriana siedziała na brzegu łóżka. Wyraźnie niedawno wstała; włosy wciąż miała rozpuszczone, a szata okrywała jej ciało. Była jednak o wiele bardziej rozbudzona, niż Malwa. Rozespana bardka przetarła oczy, wpatrując się w nią nic nierozumiejącym wzrokiem. Łowczyni uśmiechnęła się czule.

Isk. Naprawdę. Obudzę cię, jeśli będzie potrzeba.

Malwa jedynie jęknęła. Nie chciała, żeby Lyriana jeszcze odchodziła. Pragnęła jej ciepła. Pragnęła jej zapachu. Pragnęła… tego, co poczuła w nocy.

Nie myślała jednak nad tym. Po prostu niezadowolona przylgnęła do kobiety, oplatając ją rękami. Cichy śmiech zabrzmiał jej w uszach.

‒ Kwiaty na mnie czekają. Zapowiada się naprawdę ciepły dzień.

‒ Więc wolisz kwiaty ode mnie? ‒ wymamrotała naburmuszona. Coś z tyłu głowy kołatało jej, że wchodzi na grząski grunt. Zachowywała się… Nie tak, jak powinna. Lyriana również. Dotyk, który wylądował na włosach bardki był… W jakiś sposób inny od tego z wieczora. Bardziej przypominał ten przy Drzewie.

Malwa była jednak zbyt rozespana, żeby się nad tym zastanawiać.

‒ Nie. Ale beze mnie umrą. Szkoda mojej pracy ‒ wymamrotała elfka. Z przeciągłym jęknięciem, Malwa w końcu ją puściła. ‒ Wracaj spać.

Lyriana nachyliła się i pocałowała Malwę w policzek.

Tak, jak robiła to już wiele razy.

A z jakiegoś powodu, ten pocałunek rozbudził Malwę niemal natychmiastowo. To nie był długi pocałunek. Jedynie skromne przyciśnięcie ust do wciąż ciepłej od snu skóry. Nic takiego. Głupstwo, drobnostka, maleńka czułostka.

Za duża dla Malwy.

Gdy tylko Lyriana się odsunęła, bardka poczuła mrowienie w miejscu pocałunku. Ciepło zaczęło rozlewać się po jej ciele, sprawiając, że serce jej zadrżało, podczas gdy łowczyni wyszła z pokoju. Odruchowo, ręka powędrowała jej do policzka. Opuszki palców musnęły skórę w niemym zdumieniu. Zadrżała. Złapała się za nadgarstek. Ciepło wciąż nie znikało. Tak samo jak echo pocałunku, które wciąż mrowiło jej pod naskórkiem. Zimno. Ciepło. Ulga. Bez… Bezpieczeństwo?

Natychmiast chwyciła za amulet.

ROY!

‒ Delia? Co się stało? ‒ w uszach rozbrzmiał jej zaskoczony głos brata. Malwa opatuliła się kołdrą. To uczucie nie chciało znikać. Oddech jej przyspieszył.

‒ Roy ja… Nie wiem, co się ze mną dzieje ‒ wypaliło cicho, przechodząc na wspólny. Jej kelazzański akcent wydarł się z niej od razu. ‒ Ale… Ale…

‒ Delia. Spokojnie. Wdech. ‒ Usłyszała, jak Roy bierze głęboki wdech. Powtórzyła za nim. ‒ Wydech. Co się stało?

‒ Ja… Nie wiem ‒ wyjąkała. Ręka znów powędrowała jej do policzka. Uśmiechnęła się, żeby zaraz potem natychmiast spojrzeć na własną dłoń w zdumieniu. ‒ Istnieje jakaś… Nie wiem. Magia o której nie wiem?

‒ O czym ty mówisz?

‒ Nie wiem! ‒ jęknęła. Mrowienie nie ustępowało. Chciało jej się śmiać. Była przerażona. ‒ Ale… Rozmawiałam z Lyrianą w nocy.

‒ Jeśli cię skrzywdziła… ‒ ton brata spoważniał. Pokręciła szybko głową.

‒ Nie! Tak? Nie wiem! ‒ Chciała zachować to przyjemne uczucie w sobie. Oraz wyrzucić je z siebie. ‒ Pocałowała mnie rano w policzek, a ja teraz nie wiem, co się ze mną dzieje!

Chwila ciszy. Malwa wciąż nie wiedziała, czy chce wciąż czuć to ciepło czy je wydrapać i uciec jak najdalej mogła.

Śmiech Roya kompletnie wybił ją z własnych myśli.

‒ ROY! Ja mówię poważnie!

Chichot brata tylko działał jej na nerwy. Najwyraźniej jednak, mężczyzna nie mógł się powstrzymać. Śmiał się i śmiał, wyraźnie próbując złapać oddech. Niekoniecznie mu to jednak wychodziło.

‒ Wybacz. Słyszę. ‒ Udało mu się wykrztusić. Jeszcze jeden chichot wyrwał mu się z piersi. ‒ Ale… Delia, wiesz, jak to głupio brzmi?

‒ Wcale nie głupio! ‒ Obruszyła się. ‒ Nie mogę przestać się szczerzyć i cały czas dotykam tego policzka i…

‒ Ach tak? ‒ Roy wtrącił się kpiącym tonem. ‒ I co czujesz?

‒ Nie wiem!

‒ Chyba jednak wiesz, skoro aż tak cię to wkurza.

‒ Właśnie nie! ‒ Aż podskoczyła na łóżku. ‒ Jest mi… Ciepło. Dobrze. Bez… piecznie? ‒ Pokręciła głową. ‒ Nie, nie czuję się bezpiecznie!

‒ Dlaczego? ‒ Chociaż wciąż słychać było ślady wesołości, ton Roya spoważniał. Malwa westchnęła, przejeżdżając sobie ręką po twarzy.

‒ Bo to… Nie powinno się dziać. Nie… Nie rozumiem. Wczoraj tylko rozmawiałyśmy.

‒ A o czym?

‒ Mówiłam o Kelazzan… I o dziadku oraz o tobie.

Mężczyzna prychnął.

‒ Powiedz mi, że to było PO…

‒ Oczywiście, że tak! ‒ fuknęła, zakładając ręce na piersi. ‒ Lyriana też mi o sobie opowiedziała. I trochę jej pośpiewałam. To wszystko. ‒ Przygryzła wargę. W głowie kołatało jej się tyle myśli, że nawet nie wiedziała, na czym się skupić. ‒ To była… Bardzo przyjemna rozmowa. Mówiłyśmy to, co chciałyśmy, żadna nie naciskała. W końcu… To ja mogłam okazać jej nieco wsparcia, a ona też była wyrozumiała.

‒ Oj, Delia… ‒ W głosie Roya pobrzmiewał autentyczny smutek. ‒ Rozmawiałyście. Otwarcie, z tego, co rozumiem. To chyba nic złego, że chciałaś ją poznać.

‒ Tylko ją zranię ‒ powiedziała smutno Malwa. Żołądek ścisnął się jej w żalu. ‒ Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Ale… Cholera, chcę ją lepiej poznać. A nie mogę.

‒ Przecież nikt nie zakaże wam kontaktu, gdy wyjedziesz ‒ wytknął jej Roy. Głos miał już o wiele przytomniejszy i pewniejszy. ‒ Delia… Nie skazuj się na wygnanie. Zal… ‒ Wyraźnie ugryzł się w język. ‒ Ktoś cię zaciekawił. Może zamiast panikować i się biczować, wykorzystałabyś ten czas, żeby, no nie wiem, skorzystać z wolności tak, jak zawsze planowałaś?

Słyszała zaczepną nutę w jego głosie. Westchnęła ciężko, wbijając wzrok w swoje dłonie. Zagryzła wargi. Mrowienie na policzku nie ustępowało, a gdy tylko się na tym skupiała, usta same układały jej się w uśmiech. Strach jednak trzymał ją mocno w garści.

Wiedziała, że Roy miał rację. Ale…

‒ Nie chcę jej zranić ‒ powiedziała cicho. Mężczyzna westchnął.

‒ Odsuwając się, zranisz ją bardziej ‒ wytknął. ‒ Dopiero się poznajecie. Co ci szkodzi jak raz trochę się otworzyć? ‒ Po chwili ciszy dodał łagodniejszym tonem: ‒ Nie jesteś na dworze. Ona nie jest potencjalną narzeczoną.

Mówił to spokojnie, ale jego słowa przeszły Malwę na wskroś. Zacisnęła powieki na samo wspomnienie. Myśl, że mogłaby postawić Lyrianę obok… 

Aż jej się zrobiło niedobrze.

‒ Wiem ‒ wyszeptała. Uniosła poduszkę, chowając w niej twarz. Zapach lawendy i cynamonu kompletnie ją otoczył, wybijając ją ze stresu, odsuwając w dal nagły ryk fal. ‒ Ale…

‒ Nie chcesz jej zranić ‒ powtórzył za nią Roy. ‒ Koleżanko, to wasza pierwsza głębsza rozmowa. Znacie się… No, niespełna dekadzień. Sześć, siedem dni? Weź kilka wdechów. I po prostu… Poznawaj ją dalej. Zasługujesz na to. A skoro jej udało się tak dogłębnie cię poruszyć, to ona też zasługuje na to, żebyś… Się na nią chociaż trochę otworzyła. ‒ Westchnął. Słychać było, że ostrożnie ważył słowa. ‒ Wiesz, że mam rację.

Pomyślała o otwartym, niemal bezbronnym spojrzeniu Lyriany z wczorajszej nocy. O jej prośbie o pieśń. O tym, jak wyglądała, gdy słuchała jej w Błędnym Ogniku. Jaka była zestresowana, gdy wczoraj przybiegła do niej, a potem przytuliła ją z dala od Zaine i Saili.

Serce jej drgnęło.

Była przerażona.

A jednak…

‒ Tak… ‒ wyszeptała. ‒ Masz rację. ‒ I żeby ukryć swoje zakłopotanie i uśmiech, który wypłynął na jej usta, dodała: ‒ Tak, jak z tym bardem z Elventree.

Niemal natychmiast pożałowała swoich słów gdy Roy się zaśmiał.

‒ Oszwindlował cię, tak?

‒ Próbuje mi ukraść pieśń ‒ odparła naburmuszona. ‒ I to akurat “Koniec Lata”!

Wesołość zniknęła z tonu brata.

‒ A to gnój ‒ warknął. ‒ Mam za nim wystawić…

‒ Nie! Sama się nim zajmę! ‒ Uderzyła plecami o materac. ‒ A… Co u was?

Nie podobała jej się nagła cisza po stronie Roya. To nigdy nie oznaczało nic dobrego. 

‒ Wiesz co… ‒ Westchnął ciężko. Malwa mogła sobie wyobrazić, że zaczyna niepewnie mierzwić sobie włosy z tyłu głowy. ‒ Mama… Za tobą tęskni.

Przygryzła wargę.

‒ Aha ‒ wykrztusiła pustym tonem. Momentalnie wszystkie uczucia jakby zniknęły z jej ciała. Ulotniły się wraz ze słowami Roya. Zacisnęła palce wokół nadgarstków.

‒ I… Domyśla się, że mamy ze sobą kontakt. Pytała mnie… Czy może z tobą porozmawiać.

Malwie zabrakło na chwilę tchu.

‒ Co jej powiedziałeś? ‒ powiedziała cicho. Gdyby nie kojący zapach tuż obok, zaczęłaby się trząść.

‒ Że najpierw zapytam ciebie.

Zacisnęła powieki. Wzięła głęboki wdech, podczas gdy nagłą pustkę zalały fale emocji. Niepokój. Strach. Nadzieja. Niepewność. Chciała porozmawiać z matką. Wcale nie miała na to ochoty. Chciała usłyszeć jej głos. Nie chciała, żeby załamywała nad nią ręce, obwiniała się.

‒ Ja… ‒ Palce wokół nadgarstków zacisnęły się jeszcze mocniej. ‒ Ja… ‒ dodała ciszej.

‒ Nie musisz mi odpowiadać od razu ‒ wtrącił łagodnie Roy. ‒ Po prostu… Chciała ci złożyć życzenia.

Smutny uśmiech wypłynął na usta Malwy.

‒ Jasne ‒ mruknęła. Zaciśnięte palce zmieniły się w paznokcie. Oddech Malwy stał się nierówny. Coś utknęło jej w gardle. ‒ Czy…

‒ Zastanów się nad tym ‒ powiedział cicho Roy. Smutek w jej głosie sprawił, że bardka poczuła się jeszcze gorzej. ‒ Ja nie będę cię do niczego zmuszał. To twoja decyzja.

‒ Wiem ‒ wymamrotała. ‒ Dziękuję, że… Wciąż o mnie dbasz.

Po westchnieniu była w stanie rozpoznać, że uśmiechnął się, chociaż wyobrażała sobie, że było to zaledwie nikłe uniesienie kącika ust.

‒ Od tego jestem.

‒ Wcale nie. Nigdy nie musiałeś tak się starać.

‒ Tak jak ty nigdy nie musiałaś dbać o mnie.

Westchnęła.

‒ Sam wiesz, że…

‒ W takim razie, ja również musiałem.

Impas. Oboje wiedzieli, że żadnemu nie przemówią do rozumu. Była to sytuacja tak absurdalna i tak znajoma, że im obu wyrwał się zdławiony śmiech.

‒ Kocham cię ‒ wymamrotała Malwa w końcu. Puściła nareszcie nadgarstki, nie czując ich pieczenia. 

‒ Ja ciebie też. Nawet jeśli zrywasz mnie o tak nieludzkiej porze z łóżka. ‒ Uśmiechnęła się tylko, rorzewniona. Roy głęboko odetchnął. Ciekawe, czy oparł głowę o wezgłowie łóżka, przymykając oczy. ‒ Daj szansę Lyrianie. Jeśli nie dla siebie… To zrób to dla mnie.

Malwa spojrzała w stronę drzwi, przez które wyszła elfka. Za plecami, przez rozsunięte delikatnie okno słyszała, jak coś nuci pod nosem.

‒ Dobrze ‒ wyszeptała.

Wiele tysięcy kilometrów od domu Lyriany, przyszły baron Roderick Grenwin odetchnął z ulgą.


Komentarze

Popularne posty