2.8
Jak mogła być taka głupia?
Malwa przycisnęła rękę do ust, kręcąc w niedowierzaniu głową. Gdzieś, w głębi korytarza słyszała, jak Lyriana nuci do siebie jakąś melodię, ale nawet nie mogła się skupić na tym, co to było. Jej uwaga była skupiona tylko na dwóch, szerokich paskach skóry, leżących przed nią.
Strój, który pożyczyła od Lyriany zdążyła już sprawnie przerobić. Być może Naifelria oburzyłaby się, widząc w nim Malwę, ale w tym momencie dziewczynę kompletnie to nie obchodziło.
Bardka ścisnęła się za nasadę nosa.
Chcąc pomóc Serune, zapomniała o najważniejszym.
Strój był naprawdę ładny. Jako, że został zrobiony z zaczarowanej wełny, Malwa właściwie niewiele miala do roboty, aby nieco go przerobić na swoje potrzeby. Piersi zasłaniał jej zielony materiał wykrojony tak, aby przypominał liście, a dół wyglądał jak kora drzewa. Dla ozdoby, Lyriana przyniosła jej również troczki i wiązania ozdobione małymi białymi kwiatkami.
Jednym słowem, zakrywał wszystko, co powinien, a przy tym przyciągał wzrok.
I zostawiał dłonie zupełnie odsłonięte.
Palce ścierpły Malwie jeszcze mocniej. Na razie wciąż miała na nich rękawiczki, ale wiedziała, że powinna je zdjąć. Kto normalny pływa w rękawiczkach?
Powoli odjęła dłonie od twarzy, wzdychając ciężko. Wzrok wędrował jej od palców do skórzanych pasków. Przygryzła wargę.
Z drugiej strony, nikt jej nie zabraniał w nich pływać. Ale… To rodziło niewygodne pytania. I chociaż była pewna, że Irriel i Lyriana zachowałyby je dla siebie, Serune raczej nie ugryzłaby się w język.
‒ Dramatyzujesz ‒ wymamrotała do siebie ze złością. To tylko odsłonięcie dłoni. Najważniejszą część i tak zakryje paskami. Nikt nie powinien się zorientować. Nikt nie powinien zauważyć.
Bransolety. Rękawiczki. To masz teraz nosić. Nikt nie musi widzieć dowodów na twoje ciągłe porażki i nieposłuszeństwo.
Zacisnęła powieki. Nienawidziła tego, że on miał rację.
Jednym ruchem ściągnęła rękawiczki z dłoni.
Nie patrz na nie. Po prostu na nie nie patrz.
Chciała wyciągnąć szybko ręce i chwycić za paski, ale gdy światło słońca padło na jej nadgarstki, mimowolnie spojrzała w tamtą stronę. Natychmiast zapragnęła je z powrotem zasłonić.
Malwa zdawała sobie sprawę, że jest piękna. Uwielbiała płomiennorudy kolor swoich włosów. Zawsze szukała nowych sposobów by podkreślić zieleń oczu, czy to za pomocą makijażu, czy stroju. Uśmiechała się do siebie, widząc, jak na jej bladej skórze stopniowo przybywało złotych piegów.
Jednak nienawidziła małych, różowych blizn na swoich nadgarstkach.
Serce zabiło jej szybciej. Chciała odwrócić wzrok. Wyciągnąć ręce po paski i jak najprędzej je zasłonić. Nie była w stanie. Po prostu wpatrywała się w swoje nadgarstki czując, jak robi jej się niedobrze.
Nie były to równe linie. Część była głęboka, przez obcieranie się przez lata w tym samym miejscu. Część wręcz przeciwnie; ledwo widoczna i tylko Malwa mogła wiedzieć, że tam są. Brzydkie. Miejscami zgrubiałe, miejscami wklęsłe. Dowody na to, ile razy zawiodła. Ile razy się zapomniała się i odważyła się odezwać. Ile razy się pomyliła. Ile razy…
Miała ochotę je potrzeć ze złością. Podrapać, jakby to miałoby sprawić, że znikną. Nienawidziła ich. Jej własna skóra, własne ciało… Przypominało jej o tym, kim jest.
Na samą myśl o tym, w Malwie wezbrała się wściekłość. Chwyciła się za nadgarstki i mocno ścisnęła. Miała ochotę krzyczeć.
‒ Nienawidzę cię ‒ zamiast tego, wyszeptała w powietrze. Jak zawsze.
Z jakiegoś powodu, to poczucie pustki, jeszcze bardziej ją przytłoczyło. Śpiew z drugiego pokoju ucichnął.
Pieprzyć go. Pieprzyć go za wszystko, co jej zrobił. Za to, że nawet tak daleko od niego wciąż o sobie przypominał. Że przez niego… Nienawidziła tej jednej, głupiej, cząstki siebie.
Wzięła wdech. Potem wydech. Zadrżała, czując nagły chłód na swoim ciele. Ciemno. Coś zaczęło jej spływać po ciele. Wzdrygnęła się, a oddech uwiązł jej w gardle. Wdech. Zacisnęła powieki. Wydech. Ręka natrafiła na coś zimnego. Gładkiego. Kamień?
Gdzie jest Roy? Nie… Nie ma go. Nie…
Nie ma?!
Wdech, wydech, wdech, wydech, wdechwydechwdechwydechwdech…
Otworzyła oczy.
Kiedy zaczęła płakać?
Drżała na całym ciele, a oddech wciąż wiązł jej w gardle. Nie była w lochu. Nie… Tu jest jasno. Przed nią jest lustro… Dotykała tafli lustra. Nie kamienia. A przed nim…
Drżącymi rękami sięgnęła po paski i zaczęła dokładnie owijać nadgarstki. Na tyle, na ile pozwoliły jej łzy, zadbała o to, aby każdy fragment był dokładnie zasłonięty.
Nie było to łatwe. Pasek wyślizgiwał jej się z rąk, a gdy jej wzrok padał znowu na te cholerne blizny, czuła, że zaczyna jej się kręcić w głowie. Chciało jej się wymiotować.
Obrzydliwe.
Wściekle zacisnęła pasek. Serce kołatało jak dzwon.
Ochydne.
Różowa linia na bladej skórze to wszystko na co mogła patrzeć. Nawet gdy brąz zasłonił biel.
Paskudne.
Pisk w uszach.
Czy one mogą w końcu zniknąć?!
Kilka łez zwilżyło brązową skórę, ale to nie było ważne. Próbowała się skupić na fakturze materiału, żeby się uspokoić. Śliski, ale miękki. Wytrzymały. Jeśli zaciśnie je nieco mocniej…
Za mocno.
Zamknęła oczy, próbując wziąć oddech, ale uwiązł jej w gardle. Rozkalszlała się tak mocno, że potknęła się. Pisk w uszach. Zaraz pociągnie ją do przodu!
Ledwo złapała się za blat toaletki. Łzy skapywały na drewno.
Powinno być ciemno. Zimno. A przecież stała w plamie światła. Czuła ciepło słońca, ogrzewające jej skórę.
Zacisnęła dłoń, wbijając paznokcie w skórę podczas gdy walczyła o oddech. Nie… Nie chce tam z powrotem! Dlaczego… Dlaczego?!
Gdzie jest Roy?!
Dopiero szczypanie w dłoni ją otrząsnęło.
Nucenie.
Ktoś w oddali… Coś nucił. Znajomą melodię, ale… Nie z dworu. Jej… Jej własną?
Po raz pierwszy od dłuższej chwili, zdołała złapać oddech. I jeszcze jeden. I kolejny.
Wciąż stała w pokoju Lyriany. Dłonie miała owinięte skórą, a gdy uniosła wzrok, zobaczyła tylko toaletkę i… Swoje przerażone spojrzenie. Ramiona uniosły się jej i opadały, gdy ona ciężko dyszała. Oczy miała pełne łez. Policzki zaczerwienione. Brzydkie.
Nie mogąc znieść swojego widoku, odwróciła spojrzenie.
Zahaczyła paznokciem o pasek, podważając go, aby lekko poluźnić wiązanie. Wolno obróciła nadgarstki, skupiając się na tym, że nie czuje jak coś ciąży jej z przodu. Uniosła ręce. Rozpostarła je.
Żadnego stukotu. Żadnego ciężaru. Tylko powietrze i wolność.
Odetchnęła i opadła na stojące za nią krzesło. Ciężar w piersi powoli opadał, ale już czuła znajomy ból w skroniach. Wciąż drżącą ręką przetarła oczy.
‒ Głupia ‒ mruknęła do siebie suchym tonem. Przecież jest daleko. Od prawie roku już jej tam nie było, mogłaby się w końcu ogarnąć. Ale mimo tego, jej serce wciąż waliło młotem, a strach spinał ramiona. Musiała wyglądać jak idiotka, tak skacząc i tarzając się po pokoju, ale… Przynajmniej nikt jej nie usłyszał. Więc… Czy to było takie ważne?
Odważyła się z powrotem spojrzeć w lustro. Z misternie splecionych włosów wymknęło się kilka kosmyków, a oczy błyszczały od nieuronionych łez. Jednak policzki powoli wracały do normalnego stanu.
Zacisnęła na moment powieki. Skronie pulsowały bólem. Miejsce w którym wbiła sobie paznokcie wciąż delikatnie ją szczypało, ale nie przejmowała się tym. To zaraz minie.
Wzięła głęboki wdech, walcząc z zaciśniętym gardłem. Przysunęła się bliżej okna, aby poczuć ciepło słońca. Gęsia skórka wyskoczyła na jej skórze, ale powitała to z ulgą.
Jest dobrze. Wszystko będzie dobrze.
‒ Cholera jasna!
Podskoczyła gwałtownie, słysząc rozeźlony krzyk Lyriany. Szybko jeszcze przejrzała się w lustrze i dopiero gdy była pewna, że wyglądała tak, jak powinna, skierowała się w głąb korytarza.
Niepewnie zapukała w próg.
‒ Wszystko w porządku?
Jak dobrze, że jej głos nie był rozdygotany. Jednakże miała wątpliwości, czy Lyriana byłaby w stanie to usłyszeć. Elfka wpatrywała się w swoje odbicie z wyraźnie rozzłoszczoną miną. Ciemne kosmyki opadały jej na twarz.
‒ Nie! ‒ fuknęła łowczyni. Malwa odruchowo cofnęła się, słysząc furię w jej głosie. Mimo to, nie uciekła. Nieśmiało wyjrzała ze swojego miejsca, teraz lepiej widząc jak Lyriana nadąsana wydyma usta. Gdy poczuła znajomy zapach, ból w skroniach zelżał, a ona z ulgą i zaskoczeniem powitała nagłą myśl: Urocze.
‒ Rano nie mogłam ich ułożyć i teraz znowu nie mogę ‒ mruknęła łowczyni, mocnym ruchem przejeżdżając szczotką po włosach. Gdy natrafiła na kołtun, przewróciła oczami, ale nie ciągnęła go na siłę.
‒ To może pójdź w rozpuszczonych? ‒ zaproponowała bardka. Jej głos brzmiał już pewniej i nie stała napięta, jak struna. Coś w… Przyziemności tej rozmowy, ją uspokajało. Sprawiało, że była pewniejsza tego, gdzie się znajduje.
Wolała nie dzielić się spostrzeżeniem, że w takim razie Lyriana mogła w ogóle nie zmieniać fryzury. Jej poprzednia była zupełnie w porządku, ale z drugiej strony, na tyle, na ile Malwa już ją poznała, łowczyni lubiła się stroić podobnie jak bardka.
Lyriana westchnęła ciężko.
‒ Splączą mi się w wodzie tak, że do rana ich nie rozczeszę. ‒ Spojrzała na odbicie bardki w lustrze. Brwi ściągnęły jej się żałośnie. ‒ Jak ty je zaplotłaś w ten sposób?
Malwa przekrzywiła głowę.
‒ Magią ‒ odparła, nie mogąc się powstrzymać od przekornego uśmiechu. Gdy Lyriana fuknęła, odwracając głowę do boku, spojrzenie bardki złagodniało. Chcąc się pozbyć resztek strachu, przebrała palcami. Nagły pomysł wpadł jej do głowy. ‒ Wiesz… Mogę ci je spleść. Jeśli chcesz.
Elfka zesztywniała na moment. Nagle spuściła głowę, pocierając ramię, przez co Malwa nie mogła dostrzec wyrazu jej twarzy. Natychmiast przez kark przebiegł jej dreszcz. Czy powiedziała coś nie tak?
Zanim jednak zdążyła się odezwać, Lyriana powiedziała cicho:
‒ W porządku.
‒ Jesteś... Pewna?
Łowczyni spojrzała na nią przez ramię, marszcząc brwi.
‒ Tak? ‒ Gdy Malwa wciąż nie ruszała się z miejsca, westchnęła głęboko, wyraźnie poirytowana. ‒ Ale nie będę cię zmuszać.
‒ Nie, nie! ‒ Bardka pewniej weszła do pokoju. Myśli jej pędziły, gdy próbowała znaleźć wymówkę, inną niż to wyraźne zawahanie się elfki. ‒ Wiesz... W końcu nie lubisz, jak się ciebie ciągnie za włosy ‒ palnęła w końcu.
Lyriana obróciła się do niej w pełni. Zamrugała. Zmierzyła Malwę spojrzeniem. Aż w końcu wybuchnęła śmiechem.
‒ Podczas seksu, Malwa! Właśnie po to, żeby mi się nie plątały! ‒ Zakryła usta dłonią, ale wciąż chichot wyrwał jej się z piersi. Malwa założyła ręce, udając nadąsaną, ale czuła jak uśmiech wykrzywił jej usta. Zimno paniki powoli zaczęło zastępować ciepło, które nie miało nic wspólnego ze słońcem wpadającym przez okno. Miała wrażenie, że wraca jej czucie w skostniałych palcach.
‒ Po prostu chciałam się upewnić ‒ odparła. Lyriana westchnęła i odwróciła się w końcu w pełni do Malwy. Jej oczy zabłysnęły filuternie.
‒ Wiem. I jest to urocze. ‒ Wyciągnęła dłoń, a gdy bardka, nieco zagubiona również wyciągnęła swoją, zaskoczona zobaczyła, że elfka wcisnęła jej w ręce drewnianą, zdobioną szczotkę. ‒ A teraz, czyń swoją magię. Jestem ciekawa, co wykombinujesz.
I odwróciła się z powrotem w stronę lustra, zostawiając rozbawioną Malwę za sobą. “I tak postaram się być delikatna” pomyślała i z zacięta miną stanęła za Lyrianą.
‒ Poza tym, przecież po wszystkim pozwalam ci ich dotykać. Dopóki nie masz nożyczek w dłoni, to możesz mi przy nich lawirować ‒ dodała elfka, spoglądając na odbicie Malwy w lustrze. Miała lekki ton, ale bardka i tak postanowiła poważnie odpowiedzieć:
‒ Nie zrobiłabym tego. ‒ Delikatnie zebrała włosy Lyriany w dłonie. Zauważyła, że elfce opadły ramiona
‒ Świetnie. Bo inaczej byłabym… wściekła.
Pomimo przekornego tonu, w jej głosie czaiło się coś... Mroczniejszego.
Jednak zdaniem Malwy, dość miały emocji jak na jedno przedpołudnie. Także, ostrożnie przeczesując miękkie loki Lyriany, wolała po prostu zmienić temat na przyjemniejszy. Poza tym… Dłonie wciąż jeszcze odrobinę jej drżały, a spięcie nie do końca opuściło jej ciało. Także, gdy zanurzyła palce we włosach elfki, niemal jęknęła z poczucia ulgi, jakie ją wypełniło. W końcu mogła się skupić na czymś innym.
Przez dłuższą chwilę panowała między nimi cisza. Malwa ostrożnie rozczesywała loki elfki, sprawnie rozprawiając się z kołtunami. Cieszyła się, że Lyriana ani razu się nie wzdrygnęła. Chyba czegoś mama zdążyła ją nauczyć…
Sama się zdziwiła, gdy ta myśl nie przysporzyła jej bólu.
Gdy już nic nie zahaczało o szczotkę, Malwa czuła się już na tyle dobrze, że podczas gdy zastanawiała się nad upięciem, wzrokiem błądziła po pokoju. Nic dziwnego, w końcu nie była w nim jeszcze ani razu.
Był o wiele mniejszy od pokoju gościnnego, ale wciąż zmieściło się w nim charakterystyczne, niewysokie łóżko z zebranymi po obu stronach fantazyjnej ramy, bladofioletowymi kotarami. Toaletka przy której teraz stały Malwa z Lyrianą znajdowała się tuż obok. Po drugiej stronie pokoju było duże, okrągłe okno przez które Malwa doskonale widziała ogród elfki. Uśmiechnęła się do siebie, dostrzegając kilka już znajomych kwiatów.
Jednak to nie łóżko czy toaletka interesowały bardkę. Dziewczyna próbowała znaleźć jakieś osobiste rzeczy Lyriany. Łuk i kołczan wisiały na haku tuż przy wejściu. Co ciekawe, pod nimi oparta o ścianę leżała pochwa z jakąś bronią w środku, ale Malwa nie rozpoznawała czy był to zwykły miecz czy może rapier lub sejmitar. Ku jej zaskoczeniu, tuż obok tej wystawy stał bambusowy parawan, podobny do tego w pokoju gościnnym, jednak zamiast zieleni królowały stonowane barwy. Jedynie delikatny fiolet wyraźnie się wybijał na tle wymalowanych kwiatów. Za nim dojrzała prostą, drewnianą szafę.
W pokoju gościnnym było chyba więcej osobistych rzeczy, niż tutaj, nie licząc miecza. Skierowała więc wzrok na toaletkę, ale prócz kosmetyków, dostrzegła tylko prostą biżuterię, która była w stanie jej tylko powiedzieć, że Lyriana w szczególności lubi drewniane ozdoby, bursztyny i kwiatowe motywy.
‒ Tak zamarłaś, że naprawdę zaraz pomyślę, że zetniesz mi włosy ‒ odezwała się w końcu elfka. Malwa zamrugała, wyrwana z zamyślenia.
‒ Dopóki nie mam w rękach sztyletu, nie masz się czym przejmować ‒ odparła, skupiając się z powrotem na włosach elfki. Nie dostrzegła, jak Lyrianie uniósł się kącik ust. ‒ A i tak, już lepiej bym to zrobiła mieczem.
‒ Sztylet chyba jest bardziej poręczny?
‒ Nie lubię go ‒ odparła prosto dziewczyna, w końcu wpadając na pomysł, jak ułożyć Lyrianie włosy.
‒ Czemu? ‒ Elfka poruszyła się, niespokojnie. ‒ Znaczy, twój miecz też jest śliczny, ale…
‒ Może i jest ‒ przerwała Malwa, ostrzej niż zamierzała. Westchnęła. ‒ Ale… Przypomina mi o kimś, o kim wolałabym zapomnieć. ‒ Gdy Lyriana przez chwilę milczała, Malwa pokręciła głową. ‒ Wybacz.
‒ Nie, w porządku. Rozumiem. Ale… W takim razie, dlaczego go nie sprzedałaś?
Dobre pytanie, przemknęło bardce przez głowę, gdy zaczęła rozdzielać włosy elfki. Myślała o tym tyle razy. W końcu nic nie stało na przeszkodzie, aby kupiła sobie jakikolwiek inny sztylet, który przy okazji nie przypominał jej o ojcu.
Westchnęła. Naprawdę nie miała sił tego roztrząsać.
‒ Nie wypada sprzedawać prezentów ‒ odparła. Gdy uniosła głowę, dostrzegła, że Lyriana marszczy brwi, ale chyba postanowiła odpuścić temat. Zamiast tego, zaczęła uważniej obserwować, co Malwa robi z jej włosami.
‒ Wiem, że chciałam, abyś czyniła swoją magię… ‒ zaczęła ostrożnie, widząc, jak bardka dopiero zaczyna zaplatać małą część jej włosów. ‒…ale to tylko wyjście nad jezioro. Nie musisz mi robić fryzury księżniczki czy czegoś.
Uśmiech wrócił na usta Malwy.
‒ Wiem. Ale kto wie, kiedy następnym razem pozwolisz mi działać przy swoich włosach ‒ odparła, spokojnie skupiając się na pracy. Palce sprawnie plotły, a żaden niechciany kosmyk nie splątał się w warkocz. ‒ Poza tym… Lubię pleść.
‒ To jakieś… Przyzwyczajenie z dworu? Czy po prostu tak się sobie podobasz?
W głosie Lyriany brzmiała prawdziwe zaciekawienie. Malwie zrobiło się… Cieplej na sercu. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, co poczuła w nocy.
Prosta rzecz. Zainteresowanie. A sprawiało ono, że od razu czuła się ze sobą pewniej.
Ciekawe. Tym razem nie zamierzała przed nim uciekać.
‒ O to miała mnie zapytać Serune w twoim imieniu? ‒ zażartowała i zaśmiała się cicho, widząc, jak Lyrianie czerwienieją końcówki uszu. Wyjrzała zza jej ramienia aby się filuternie uśmiechnąć, ale spojrzenie jej złagodniało, gdy Lyriana odwróciła wzrok, speszona. ‒ Wiesz… Tak sobie myślę… Możemy powrócić do naszej umowy z nocy ‒ powiedziała cicho. Pojęcia nie miala, co ja opętało, aby to powiedzieć, ale… obiecała Royowi.
Elfka zerknęła na nią kątem oka. Postukała się kilkakorotnie po ramieniu.
‒ Jesteś pewna? Przy Serune wyglądałaś, jakbyś chciała uciec, gdy o tym wspomniała. ‒ Westchnęła głęboko, podczas gdy Malwa zmarszczyła brwi. ‒ Wybacz, jeśli… Przekroczyłam jakąś granicę czy coś, ale ja… Nie wiem. Po prostu jestem ciebie ciekawa.
Malwa zamrugała. Niesamowite. Otworzyła usta. Zamknęła je. Spróbowała ponownie:
‒ Nie, nie. ‒ Szukając inspiracji, zerknęła przez okno. Mogłaby skłamać, że… Zachwyciła ją jej odwaga, czy coś w tym stylu, ale… Obiecała Royowi szczerość. ‒ Myślałam wtedy o czymś zupełnie niezwiązanym, obiecuję. ‒ Ostrożnie ścisnęła Lyrianę za ramię. Długo czekała, aż podniesie wzrok. Na tyle, że niemal zabrakło jej odwagi przed wypowiedzeniem kolejnych słów. Daj szansę Lyrianie.
Gdy elfka nareszcie na nią spojrzała, Malwa wzięła głęboki wdech.
‒ Też… Jestem ciebie ciekawa. Naprawdę. ‒ Przygryzła wargę, widząc jak Lyriana otworzyła szerzej oczy. Nieświadomie zaczęła bawić się skrawkiem szatki elfki. ‒ To chyba nie wychodzi poza naszą… Wcześniejszą umowę, prawda?
Lyriana wyraźnie się zawahała. Na moment spuściła wzrok a Malwa dostrzegła w lustrze, jak zaczęła wyłamywać sobie palce. Na gwiazdy. Dlaczego to było takie niezręczne.
‒ Nie. ‒ Przyznała cicho elfka. Uniosła wzrok. ‒ W końcu… Chcemy się poznać. A nie… Wchodzić w… Sama wiesz.
Odruchowo, skinęła głową.
‒ Wiem ‒ odparła. ‒ To jak… Rozmowy w większej grupie, prawda? Miło jest po prostu wiedzieć o sobie coś więcej. Szczególnie, gdy się z tym kimś mieszka.
Elfka uśmiechnęła się nieśmiało.
‒ Zgadzam się. Nic zobowiązującego.
‒ Dokładnie. ‒ Malwa nachyliła się w jej stronę tak, aby zmusić Lyrianę do spojrzenia jej w oczy, a nie w odbicie. ‒ Umowa?
Lyriana zaśmiała się lekko.
‒ Take, ale… Chyba najpierw powinnyśmy ustalić jakieś bardziej precyzyjne warunki?
Malwa prychnęła pod nosem.
‒ Jeszcze wczoraj to mi wytykałaś kelazzańskie trzymanie się umów. Chyba plotki o Sembianach są bardziej akuratne, niż sądziłam.
‒ Mogę wyjechać z Sembii, ale najwyraźniej Sembia nigdy nie wyjdzie ze mnie ‒ wymamrotała Lyriana. Malwa zmarszczyła brwi, słysząc gorzką nutę w jej tonie, ale zanim zdążyła ją skomentować, Lyriana powiedziała: ‒ Rozumiem, że… Zadajemy sobie te pytania tylko, gdy jesteśmy same?
‒ A wolisz opowiadać o sobie przy innych?
‒ A ty?
W oczach Lyriany, pomimo figlarnych ogników czaiło się podobne wyzwanie, co poprzedniej nocy.
Na gwiazdy. Czasami zdecydowanie za mocno przypominała Malwie Roya, chociaż jeszcze nie było to spojrzenie kogoś, kto znał ją na wylot. Dzięki bogom.
Westchnęła.
Daj szansę Lyrianie.
Cholerny Roy i jego zagrywki.
‒ Nie ‒ przyznała w końcu. ‒ Acz zobaczymy, jakimi pytaniami zasypie mnie Serune. ‒ Uśmiechnęła się przekornie, ale widząc, że Lyriana tylko uniosła znacząco brew, wzruszyła ramionami. ‒ Pytanie tylko, co zrobimy, jak któraś będzie miała więcej pytań od drugiej.
‒ Proste. Zapyta się dwa razy przy następnej okazji. Ach. No i podtrzymujemy to, co wcześniej. Zawsze możemy odmówić odpowiedzi. Zgoda? ‒ Elfka wyciągnęła dłoń.
Ucisk w piersi i dreszcz strachu przemknął przez Malwę. Ale…
Wcisnęła szczotkę pod pachę i uścisnęła dłoń Lyriany.
‒ Zgoda.
Co złego może się stać? I tak niedługo wyjedzie, więc Lyriana nie powinna nikomu rozpowiedzieć jej sekretów. O ile Malwa w ogóle ją do tych sekretów dopuści, a Malwa… Coś z tego na pewno będzie mieć. Chociażby tęsknotę. I… Miała nadzieję, że dobre wspomnienia. Czy tak nie powstawały najlepsze pieśni? Tak, to… Dobre wytłumaczenie.
‒ Skoro to już ustalone, to możesz się przestać ruszać? ‒ jęknęła. ‒ I gdzie masz jakieś rzemyki?
‒ Tu. Poza tym, wypraszam sobie, siedzę stabilnie. ‒ Gdy Malwa z ulgą nareszcie związała pierwszy warkoczyk, mamrocząc do siebie, Lyriana przez chwilę siedziała cicho, uważnie ją obserwując. ‒ Wracając do kwestii plecenia…
‒ Cóż… Masz i nie masz racji ‒ odparła spokojnie dziewczyna. ‒ Faktycznie, po prostu lubię siebie w warkoczykach. Ale… Nie wiem. Daje mi to jakieś… Poczucie spokoju? Wszystko zaczyna znajdować się na swoim miejscu i nawet jeśli na początku fryzura wygląda jak bałagan, przy odpowiednim planowaniu może wyjść coś naprawdę wspaniałego. ‒ Zabrała się za plecenie kolejnego pasma. Lyriana chyba chciała przekrzywić głowę, ale Malwa syknęła na nią. Naprawdę, myślałby kto, że będąc łowczynią, elfka potrafiłaby chwilę usiedzieć w miejscu!
‒ Po prostu… Dziwi mnie to, jak dobrze sobie z tym radzisz. Musiałaś mieć służki w pałacu, które chyba robiłyby to za ciebie?
Malwa splotła dwa pasma jednocześnie. Westchnęła, rozplątując włosy i zaczynając od nowa.
‒ Tak, ale… ‒ Przygryzła wargę. Usilnie starała się skupić na lokach elfki, a nie dalekim wspomnieniu, które próbowało do niej powrócić. ‒ Moja mama też lubiła pleść mi włosy ‒ wyznała w końcu. Machinalnie odgarnęła niepotrzebne pasma. ‒ Nie tylko, kiedy planowano jakiś bal. Po prostu… Zdarzało się, że przychodziła i mi to proponowała. ‒ Nie wiedzieć czemu, do jej serca wkradł się żal, a jej ton stał się o wiele bardziej tęskny, niż zamierzała. Zawsze dziwiły ją te propozycje i nigdy nie potrafiła odmówić. W końcu, nie wiedziała, kiedy przyjdzie następna taka chwila. Kiedy była młodsza, matka proponowała to częściej. Gdy urodziła się Elodie, te chwile stały się rzadsze, ale… Malwa chwytała się ich rozpaczliwie. Szczególnie po ciężkich nocach w…
Warkocz rozleciał jej się w rękach. Cholera jasna, w tym tempie będą siedzieć tu do jutra.
Odetchnęła. Może najpierw zrobić planowaną fryzurę po jednej stronie i wróci do drugiej części głowy później.
‒ Mama jest w tym naprawde dobra i nigdy mnie nie ciągnęła. Zdarzało się, że nawet nie dawałam się dotykać służącym, bo wolałam, żeby to ona ze mną usiadła ‒ powiedziała cicho i mimo wszystko, delikatny uśmiech wypłynął jej na usta na to wspomnienie. Rzadko kiedy urządzała takie sceny, ale… Zdarzały się. I cudem nie trafiały do uszu ojca. A ona… Mogła widywać wtedy mamę. Poczuć jak delikatnie, pasmo po paśmie, tworzy na jej głowie cudo. Pamiętała, że chyba wtedy czuła się najbardziej zrelaksowana. Miała wrażenie, że nie istniało wtedy nic innego oprócz niej, jej mamy i spokoju. A chociaż po skończonej robocie, w spojrzeniu baronowej nadal czaił się smutek, najczęściej wtedy uśmiechała się do niej.
Chciała ci tylko złożyć życzenia.
Dobrze, że udało jej się już zawiązać rzemyk. Może jednak powinna się zgodzić? Nie słyszała głosu matki już od prawie roku. Może… Może tym razem nie będzie płakała? Irriel… Jakoś wytrzymała i nie okazała smutku przy Serune. Czy jej matka też by to potrafiła? Wysłuchałaby jej i nie… Nie wzdychała ciężko? Nie milczała tak długo, że Malwa żałowałaby, że cokolwiek jej powiedziała?
Mały uparty głosik w jej głowie podpowiadał jej, że nie. Tyle razy dawała jej szansę, tylko po to, aby się zawieść. I tak, może i matka nigdy nie donosiła na nią do ojca, ale skąd może mieć pewność, że tak też się stanie i tym razem?
Z drugiej strony… Nie potrafiła w sobie zdusić nadziei, że może tym razem będzie inaczej. Może… Może coś się zmieniło?
‒ Głównie tak spędzałyśmy czas. ‒ Usłyszała swój głos. Pokiwała do siebie głową nieświadomie. ‒ Przy pleceniu włosów i wspólnej grze. Także… Tak jak mówiłam, podczas gdy podobam się sobie w warkoczach chyba też… Kojarzy mi się to ze spokojem.
‒ Tak mówisz o spokoju, a prychasz gdy tylko się ruszę ‒ mruknęła pod nosem Lyriana. Malwa wzruszyła ramionami. Urażony ton elfki nieco przywołał ją na ziemię.
‒ Nie moja wina, że rzucasz się jak dzikie kocię ‒ odparła lekko. Zadowolona jak na razie ze swojej pracy, wróciła do porzuconego pasma. ‒ Uwierz mi, jak skończę będziesz zachwycona.
Skupiona na włosach elfki, nie zauważyła, jak jej spojrzenie złagodniało.
‒ W to nie wątpię.
Malwa uśmiechnęła się do siebie, prostując się nieco.
‒ Cierpliwości ‒ powiedziała, już delikatniejszym tonem. ‒ Na pewno masz jej sporo.
‒ Skąd ten wniosek?
‒ Oprócz naszych wspólnych nocy? ‒ odparła bardka filuternie. Gdy spojrzała w lustro, odpowiedział jej wyzywający uśmieszek łowczyni. Pokręciła głową ze śmiechem. ‒ Myślę, że potrzebowałaś dużo cierpliwości, gdy urządzałaś swój ogród.
Z piersi Lyriany wyrwał się zaskoczony chichot.
‒ Ty to wiesz, jak nagle zmienić temat ‒ mruknęła do siebie. ‒ Ale tak. Nie masz pojęcia, jak długo go planowałam. Szukałam nasion, sprawdzałam, co się przyjmie i jak…
‒ Więc… Byłaś ogrodniczką? Florystką?
‒ Nie ‒ Lyriana oparła się bardziej o krzesło. ‒ Kwiatami zaczęłam się interesować dopiero po wyjeździe z Sembii. Gdy… Mieszkałam sama w lesie, miałam trochę za dużo czasu i nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Więc… gdy znalazłam taki ładny krzew… Ojejku, nie pamiętam już czego. ‒ Postukała się palcem w ramię, marszcząc brwi. Zerknęła przez okno. ‒ A nie, nie krzew! Klomb! Klomb lwich paszczy! ‒ Malwa odruchowo podążyła za nią spojrzeniem. Nawet się nie zdziwiła, widząc, że teraz w ogrodzie również rosły te kwiaty. ‒ W każdym razie… Coś mnie tknęło i… Sama je zasiałam. Na początku szło mi absolutnie strasznie. Nic… Nic nie chciało się przyjmować. ‒ Malwa zmarszczyła brwi, słysząc smutek w głosie Lyriany. Elfka spuściła wzrok na swoje dłonie. ‒ Zastanawiałam się, co takiego robię źle, że nawet kwiaty mnie nie lubią. Wiesz… Mieszkałam wtedy już w tej chatce pomiędzy Ferrengrove a Ordulinem. Chciałam, żeby jak raz… Było wokół mnie ładnie. A ciągle nie było.
Bardka lekko ścisnęła ją za ramię.
‒ To na pewno nie była twoja wina ‒ powiedziała cicho. Tym razem jej nie skarciła, gdy Lyriana pokiwała głową.
‒ Później się okazało, że to prawda. Ktoś… Zdołał mi pokazać, że po prostu dobierałam złe rośliny do otoczenia. Lwie paszcze powinny rosnąć w słońcu, a ja uparcie siałam je w cieniu, bo… Chciałam mieć to, co mam teraz. ‒ Elfka wyciągnęła rękę w stronę okna. ‒ Chciałam codziennie rano budzić się i widzieć, jak kwiaty próbują wedrzeć mi się przez okno. ‒ Malwa uśmiechnęła się widząc, jak elfce opadły ramiona. Lyriana patrzyła na kwiaty. Malwa wpatrywała się w nią.
‒ W końcu posadziłam księżycowe paprocie i jaśminowce. I… Przyjęły się. Nawet bez pomocy magii, kwitły przez lata i… ‒ Lyriana potrząsnęła głową. Malwa nie miała siły na nią prychać, poza tym, nie chciała. Uśmiech elfki był tak… uroczo rozczulony, że nie potrafiła się skupić na niczym innym. ‒ Nawet nie wiesz, jaka byłam szczęśliwa.
W tonie elfki pobrzmiewała wyraźna ulga i duma z siebie, choć wciąż bardka słyszała w nim nutkę niedowierzania. Nagle zapragnęła, żeby Lyriana czuła się tak zawsze. Choć… może bez tego zdziwienia.
‒ Mogę sobie to tylko wyobrazić ‒ powiedziała, pozwalając aby w jej głos wkradła się czułość. Serce jej zatrzepotało gdy Lyriana wyciągnęła szyję by na nią spojrzeć. Bardzo ze sobą walczyła, aby spontanicznie nie cmoknąć jej w czoło.
Jednak nagle, Lyriana pokręciła głową. Westchnęła.
‒ Wiesz… Może wyda się to głupie, ale…
‒ Obiecuję się nie śmiać.
‒ Mam nadzieję. ‒ Lyriana objęła się rękami. ‒ Ja… W Daerlunie miałam mało swoich rzeczy a gdy mieszkałam sama… Cóż. Nie miałam okazji, by coś stworzyć. Radziłam sobie z bronią, bo musiałam. ‒ Spojrzała na swoje dłonie. ‒ A tu… Nareszcie zamiast coś zniszczyć…
‒ …coś stworzyłaś ‒ dopowiedziała za nią cicho Malwa. Elfka pokiwała głową.
‒ Nagle okazało się, że… Nie jestem… ‒ Zacisnęła palce. Głos wyraźnie uwiązł jej w gardle, a Malwa… Nie wiedziała jak się zachować. Nie spodziewała się, że rozmowa pójdzie w tę stronę.
Może powinna się przestraszyć, skoro Lyriana z taką odrazą mówiła o sobie z przeszłości. W końcu, widać było, że czegokolwiek łowczyni nie robiła przed odejściem z miasta, musiało to na niej ciążyć. Poprzedniego wieczoru mówiła, że były to niewinne zagrania… Więc… Czyżby kłamała? Czy może usiłowała oszukać samą siebie?
Ale Malwa zamiast tego… Skupiła się na bólu w głosie Lyriany, który znała aż za dobrze. Mimowolnie zaczęła szukać jakichkolwiek słów, żeby podnieść ją na duchu.
Czy to była bliskość?
Nie wiedziała i nie miała czasu się zastanawiać, nawet jeśli ta myśl sprawiała, że zaczynała tracić grunt pod stopami. Lyriana potrzebowała wsparcia, także nieważne co to było. Malwa chciała, aby elfka poczuła się lepiej.
Puściła w końcu włosy i obeszła ją, aby delikatnie styknąć się z nią czołami. Oddech Lyriany zadrżał, ale nie uciekła od niej, szczególnie gdy Malwa ujęła jej policzek. Chociaż serce jej kołatało, ten dotyk był dla bardki znajomy. I chociaż coś kłuło ją w pierś, widząc, jak Lyriana frenycznie wyłamuje sobie palce, cierpliwe czekała, aż dokończy myśl.
‒ Nie jestem tym… Kim myślałam, że zawsze będę ‒ powiedziała w końcu cicho łowczyni. ‒ Coś w końcu się zmieniło.
‒ Cieszę się, że tak się stało ‒ odparła Malwa. Ból w głosie elfki udzielał się także i jej. Przymykając oczy, w myślach zmówiła krótką modlitwę. Gdy rozchyliła powieki, napotkała spojrzenie Lyriany. Jej oczy błyszczały, oddech wciąż miała nierówny. Bardka mogła jej tylko zaoferować wspierający uśmiech. ‒ Wiem… jak to jest, czuć się jak w potrzasku. Wciśniętym w rolę, której nigdy nie chciało się odgrywać ‒ dodała po chwili. Czuła, że stąpa po niepewnym gruncie, ale… Jej serce uciekało w stronę Lyriany. Chciała jej pomóc nawet… nawet jeśli miala sama się odsłonić. ‒ I wiem jak to jest odkryć, że możemy sami sobie tę rolę wyznaczyć. Dla ciebie są to kwiaty. Dla mnie muzyka. ‒ Oddech łowczyni się wyrównał. Nie odrywając od niej czoła, Malwa wyszeptała: ‒ Dlatego naprawdę się cieszę, że udało ci się to znaleźć i, że... Nie musisz już cierpieć.
Przez dłuższą chwilę po prostu zostały w miejscu, skupiając się oddechu jednej i drugiej, a wraz z każdym uniesieniem piersi strach i napięcie powoli z nich uciekały. I chociaż słońce ogrzewało je obie, one czuły ciepło głównie pochodzące z nich samych. Z wiedzy, że ktoś jest obok. I słucha. I nie ocenia.
Lyriana ścisnęła dłonie Malwy. Malwa oddała jej uścisk.
‒ Wybacz ‒ powiedziała cicho elfka, w końcu się odsuwając. Malwa zauważyła, że końcówki jej uszu się zaróżowiły, a sama Lyriana odwróciła wzrok. ‒ Jestem dziś… Strasznie taka… roztrzęsiona.
Bardka pokręciła głową.
‒ Przestań. To samo można powiedzieć o mnie.
‒ Chyba zasługujemy na odpoczynek, co? ‒ mruknęła Lyriana. Głos miała już pewniejszy, chociaż wciąż czaił się w nim bezbronny ton. Być może właśnie to sprawiło, że Malwa jednak uległa swoim odruchom i zwyczajnie przytuliła Lyrianę. Zupełnie zignorowała to, jak poczerwieniały jej policzki oraz to, jak Lyriana na moment zesztywniała, zanim z westchnieniem opadła w jej ramionach. W końcu… To nie musiało być romantyczne. Czy bliskie. Czy cokolwiek jej teraz przychodziło do głowy. Roy i ona często się przytulali, a zaraz po tym…
‒ Jak tylko skończę z twoimi włosami ‒ odparła, odsuwając się. Odpowiedział jej tylko cichy śmiech. Zignorowała to, jak nagły chłód przebiegł po jej karku. Puściła Lyrianę, aczkolwiek gdy palce z powrotem natrafiły na pustkę, przebrała nimi, chcąc pozbyć się dziwnego, choć przyjemnego mrowienia. ‒ A potem wrzucę cię do wody.
‒ Chyba, że ja wrzucę cię pierwsza.
Bardka posłała jej szelmowski uśmiech.
‒ Zobaczymy. ‒ Po czym, gdy wróciła do upięcia, dodała ciszej: ‒ Swoją drogą…Podczas gdy ja lubię siebie w warkoczach… Ciebie wolę w rozpuszczonych włosach.
Lyriana uniosła brwi. Wyraźnie zaczęła przyglądać się sobie w lustrze, jakby oceniając, czy się z nią zgadza czy nie. Gdy ostatnie resztki napięcia spłynęły z pleców elfki, Malwa czuła jak malutkie drobinki szczęścia wkradają się do jej serca. Ledwo powstrzymała się od promiennego uśmiechu, gdy Lyriana mruknęła zamyślona:
‒ Zapamiętam.



Komentarze
Prześlij komentarz