3.1


 – Malwa, widziałaś może mój…

Dziewczyna zamarła, odwracając się w stronę stojącej w progu Lyriany. Gdy kobiety skrzyżowały się spojrzeniami, niemal natychmiast wybuchnęły śmiechem. 

Pomiędzy palcami elfki połyskiwał delikatny, srebrny kolczyk z fioletowym kamieniem. Dokładnie taki sam, który właśnie wisiał w uchu Malwy, podczas gdy bardka próbowała go dopiąć.

– Tak, chyba widziałam twój kolczyk. – Bardka wyszczerzyła zęby. Odwróciła się w stronę lustra, po czym teatralnym gestem wydęła usta, kręcąc głową. – Ale chyba mi nie pasuje. Możesz go wziąć.

– Och, dziękuję ci, mój łaskawco. – Lyriana sięgnęła po kolczyk, przewracając oczami. Podczas gdy ona zajęła się sobą, Malwa miała przynajmniej chwilę, aby ponapawać się jej wyglądem.

Pierwszy raz widziała kobietę tak… Wypięknioną. Lekka, zwiewna sukienka w lawendowym kolorze idealnie podkreślała jej figurę, odsłaniając zarówno ramiona jak i łydki kobiety. W talii była przepasana jasnoróżową wstążką, a koronkowe, szmaragdowe elementy stanowiły idealne dopełnienie dla sukienki. Jedną taką wstążkę Lyriana miała zawiązaną tuż przy szyi. Gdy kobieta przekrzywiła głowę, aby lepiej włożyć kolczyk, w blasku świec błysnął jej delikatny makijaż utrzymany w kolorach sukni, chociaż Malwie i tak trudno było się na tym skupić, widząc jak niezadowolona wydyma pomalowane na koralowo usta.

Uśmiechnęła się do siebie, widząc, że na nagie ramiona Lyriany spływają długie, kruczoczarne włosy. Nie spięła ich w żaden sposób. Jedynie włożyła w nie fioletową różę, która idealnie dopełniałą całość.

 Aż dziw, że widok elfki nie odebrał jej oddechu.

– Gdybym cię nie znała, uznałabym to – Malwa machnęła znacząco ręką w jej stronę – za akt sabotażu.

Lyriana na moment zmarszczyła brwi, aby po chwili w jej oczach pojawiły się psotne iskierki.

– Sabotażu?

– Jak ja mam zabawiać całą widownię, gdy jedyne, na czym będę mogła skupić wzrok, będziesz ty? Oburzające. Jeszcze pomylę słowa pieśni i zamiast Lorelay to ty staniesz się bohaterką ballady.

Śmiech jaki wydarł się z piersi Lyriany sprawił, że Malwa tylko zadowolona uniosła brodę. Komplementy zawsze przychodziły jej z łatwością, ale ostatnio zauważyła, że te szczere wychodziły z jej ust coraz częściej. Na dworze była przyzwyczajona, że pochlebstwa potrafią zaprowadzić dalej niż otwarta wrogość, jednak rzadko kiedy miała okazję naprawdę się czymś zachwycić i jednocześnie sprawić tym komuś przyjemność.

A tu wręcz nie mogła się przed tym powstrzymać. Szczególnie, gdy delikatny róż wypłynął na policzki elfki.

– To byłoby ciekawe, ale na pewno sobie poradzisz – Lyriana stanęła obok niej, tak, że teraz obie już odbijały się w lustrze. – Koniec końców, to ty jesteś gwiazdą wieczoru.

– I Daelyn – przypomniała lekko, ale nie mogła zaprzeczyć, że również się postarała.

Organizowanie stroju zajęło jej sporo czasu. Irriel oraz Lyriana użyczyły jej swoich szaf, a po paru dniach, nawet Zaine przyszła z naręczem kilku wybranych ubrań z góry zgadzając się na wszelkie konieczne poprawki (Malwa podejrzewała, że ona również chciała jej pomóc utrzeć Daelynowi nosa. Warte odnotowania). Malwa po raz kolejny podziękowała w duchu ochmistrzyni Chaeran za nauczenie jej operowaniem igłą i nitką w taki sposób, aby móc wytwarzać… Może nie małe dzieła sztuki, ale na pewno całkiem porządny haft. Diablica raczej nie spodziewała się, że baronówna będzie sama sobie szyć ubrania, ale… Grunt, że ta wiedza do czegoś się przydała.

Teraz bardka mogła z uśmiechem podziwiać, jak ciemnoniebieska, lekka sukienka podkreśla kolor jej włosów. Specjalnie wybrała jak najdłuższą, kolumnową, ale na tyle falbaniastą, aby przyciągała wzrok przy każdym obrocie. Szczerze mówiąc, zdziwiła się, gdy znalazła ją wśród ubrań Irriel, ale nie skomentowała tego. Była pewna, że na starszej elfce, sukienka z pewnością prezentowała się zarówno godnie, jak i dziewczęco. Może to było coś, co zostało jej z czasów z Sembii?

– Dziwi mnie, że dałaś radę zawiązać ten gorset sama – usłyszała obok siebie głos Lyriany. – Zaine zazwyczaj prosi o pomoc, gdy postanawia go założyć.

Malwa stężała na chwilkę. Rzeczywiście, gorset, który teraz miała na sobie sprawił jej nieco trudności, głównie przez swoją sztywność. Błyszcząca skóra zwykle wiązała się z mniejszą giętkością, ale…

Dreszcze przebiegły jej po plecach i na chwilę w uszach zaszumiały wzburzone morskie fale. Zacisnęła dłonie na kolczyku. Jego zimno przywołało ją do chwili obecnej.

– Przyzwyczaiłam się, że do występów przygotowuję się sama – odparła, siląc się na lekki ton. Lyriana zmarszczyła brwi.

– Byłam w pokoju obok.

Malwa westchnęła. Tak. Wiedziała o tym. I skałamałaby, gdyby powiedziała, że myśl o zawołaniu elfki nie przemknęła jej przez głowę, ale… Nie potrafiła się na to zdobyć. Zaakceptowanie, że ktoś za nią istnieje na otwartej przestrzeni to coś zgoła innego, niż bycie z kimś w zamkniętym pokoju. Szczególnie, że nie miała pojęcia, jak elfka by zareagowała.

Sięgnęła po inny kolczyk.

– Wiem, ale… Nie było tak źle.

Czuła na sobie zdumiony wzrok Lyriany, ale wolała skupić się na swoim odbiciu w lustrze. Gdy stwierdziła, że te kolczyki bardziej jej odpowiadają, z westchnieniem zerknęła na elfkę.

– O co chodzi?

Ta odwróciła na moment wzrok, po czym, ku zdumieniu Malwy, pokręciła głową.

– O nic. – Powiedziała to takim tonem, że trudno było w to bardce uwierzyć. Malwa założyła ręce na piersi.

– Jeśli to ma być twoje pyt…

– Nie. – Przez twarz Lyriany przemknął drobny uśmieszek. Uniosła głowę. – I tak wiem, że nie odpowiesz.

Malwa mogła tylko pokiwać głową. Odetchnęła z ulgą. Ich umowa faktycznie chyba działała, jak należy. Koniec końców, nie tylko Lyriana natrafiła na stanowczą odmowę. Malwa również już zderzyła się ze ścianą, gdy pytała o bardziej osobiste sprawy. Wciąż nie wiedziała nic z czasów, które Lyriana spędziła żyjąc w lesie. Poznała już ulubione jedzenie Arielisa (stek), czy też to, które metody na polowanie preferowała elfka (cierpliwe, długie obserwowanie stanowiło dla niej podstawę). Jednak ani słowa o tajemniczej postaci, o której Lyriana wspomniała mimochodem tamtej nocy, czy też o tym, jak przeżyła w Sembii jako sierota. Jedyne, co Malwie udało się zrozumieć z jej półsłówków było to, że Lyriana musiała być zawsze bardzo czujna.

Jednak, tak jak elfka, Malwa natychmiast wycofywała się z tych pytań, widząc, że wprawiają kobietę w dyskomfort. Obie przekierowywały wtedy rozmowy na lżejsze tory.

Skupiła się znów na szkatułkach, stojących przed nią. Tę, należącą do Irriel już oddała; medyczka jasno dała jej do zrozumienia, że również chciała się przygotować na ten wieczór. Malwa zaczęła szperać w swojej, usiłując znaleźć jakiś naszyjnik. Delikatne, złotawe kwiaty wymalowane na gorsecie dały jej pomysł na makijaż. Był nieco ciemniejszy, niż dziewczyna zwykle robiła na wstępy, ale specjalnie chciała pójść nieco w brązy i złoto, aby przypominało to makijaż Daelyna. Ciemnoniebieski tylko dopełnił całości.

– Podlałaś już kwiaty? – zapytała bardka, sięgając po krótki naszyjnik z nawleczonymi niebieskimi i brązowymi kamyczkami. Lyriana przytaknęła, przysiadając na skraju toaletki. Zapach lawendy i cynamonu uderzył w nozdrza Malwy i dziewczyna z przyjemnością nim odetchnęła. Nadal nie mogła wyciągnąć od elfki, jakich perfum używa. Jedyne, co usłyszała, to powiedziane z przekorą: “może taki mój urok?”.

– Na pewno do rana im starczy, ale martwię się o paproć. Nie wiem, czy nie jest jej zbyt słonecznie.

– Przecież ciągle jest w cieniu? – Malwa uniosła brwi. Gdy Lyriana przewróciła oczami, już wiedziała, że czeka ją wykład na temat poprawnego dbania o tę roślinę. Przygryzła wargę, aby się nie uśmiechnąć.

Przed tamtą rozmową z Lyrianą, nieszczególnie zwracała uwagę na otaczający dom ogród. Był oczywiście, ładny i stanowił wyraźny symbol pracowitości elfki, ale tajniki ogrodnictwa nigdy nie ciekawiły bardki. Jeśli miała być ze sobą szczera, pod tym względem nic się nie zmieniło.

Jednak obserwowanie łowczyni, gdy się nim zajmowała, to było zupełnie co innego. Malwa już nauczyła się, kiedy kobieta wychodzi się nim zająć i zazwyczaj wychodziła za nią. Siadała na ganku i z ciekawością obserwowała.

Nie mogła się nadziwić, jak bardzo Lyriana zmieniała się, gdy wchodziła do ogrodu. Malwa miała wrażenie, że od razu głębiej oddychała. Nie ważne, czy dzień był nudny, czy stresujący, czy nawet całkiem spokojny; gdy elfka chwytała za ciężką konewkę, od razu na jej ustach rodził się delikatny uśmiech. Do każdej rośliny podchodziła z troską; Malwie nawet wydawało się, że z niektórymi kwiatami rozmawiała. Prawdę powiedziawszy, dla bardki było to… Całkiem urocze. Oraz zadziwiające. Lyriana wchodziła w kontakt ze swoim ogrodem, jak druid z lasem. Uważnie obserwowała ich rozwój, z troską pieliła grządki i bardzo ostrożnie przycinała kwiaty, aby potem postawić je w wazonie. Gdy Malwa raz zapytała, czy również u niej mógłby się pojawić taki bukiet, serce niemal wyskoczyło jej z piersi, widząc zarówno radosny, jak i zakłopotany wyraz twarzy Lyriany.

Takie wieczorne wychodzenie na ganek stało się ich rutyną. Malwa sortowała swoje notatki i nuty, ćwicząc kolejne ballady, a Lyriana zajmowała się ogrodem. Gdy spokojnej atmosfery nie przerywała muzyka, obie opowiadały sobie o tym, jak im minął dzień i czasem zadawały sobie pytania. Zdarzało się, że bardka przyłapywała łowczynię na podobnym spojrzeniu, co przy Drzewie Spokoju, gdy mruknęła, że kogoś jej przypomina. Za każdym razem, ciekawość paliła ją aby dowiedzieć się, o kogo chodzi, ale Lyriana zręcznie unikała jej pytań. Kręciła tylko głową, a z jej ust wymykało się tylko rzewne westchnienie i dziwny, zarówno smutny, jak i szczęśliwy uśmiech.

Malwa uśmiechnęła się do siebie, przytakując, gdy Lyriana perorowała na temat nowego nawozu, który właśnie testowała na lwich paszczach. Będąc zadowolona z ilości biżuterii, przeszła do zaplatania włosów.

Z zaskoczeniem zauważyła, że wyczekiwała tych wieczorów. Nie potrafiła tego wyjaśnić, ale… Po raz pierwszy od dawna czuła się przy kimś, jak z Royem. Mogła wymienić się z Lyrianą uwagami czy ponarzekać na to, że znów coś nie wyszło jej u Irriel. Za to Lyriana ochoczo opowiadała o patrolu, a już w szczególności o Arielisie. Nie raz zdarzało się, że w ogrodzie rozlegał się ich śmiech.

Malwa już niemal zapomniała, jak to jest, po prostu być z kimś i rozmawiać. Bez żadnych oczekiwań, bez żądań, bez ukrytych podtekstów i obietnicy namiętności nocą. Podróżując, rzadko kiedy dawała sobie dłuższą chwilę na zwyczajne rozmawianie o niczym. Wydawało jej się to zbyt intymne. Przecież i tak, zaraz jej nie będzie, więc po co miałaby spędzać czas, uzewnętrzniając się przed kimś obcym?

A jednak… Wyglądało na to, że uzewnętrznianie się przed kimś sprawiało, że ten obcy okazywał się być już… Mniej obcy. Kto by pomyślał.

Roy pewnie śmiał się z niej gdzieś w Kelazzan.

– W każdym razie, jesteś gotowa na dziś?

Malwa przytaknęła splatając zebrany kucyk.

– Mam nadzieję, że to, co przygotowałam wystarczy – powiedziała, zerkając na starannie ułożone nuty.

Oprócz wieczorów w ogrodzie, dziewczyna również zaglądała do Błędnego Ognika. Bez zaskoczenia odkryła, że Daelyn mniej już tam przygrywał i w karczmie częściej można było usłyszeć tylko gwar rozmów. Chociaż ją to irytowało, musiała w duchu przyznać, że pewnie zrobiłaby tak samo. Głupotą byłoby odkrywać wszystkie karty przed przeciwnikiem, szczególnie gdy ona sama nie pokazała chociaż jednej z kart.

Gdy jednak natrafiła na wieczór, w którym Daelyn grał, uważnie przysłuchiwała się i doborowi, i reakcji widowni. Wyglądało na to, że mieszkańcy Ferrengrove już mieli kilka ballad, które preferowali, bo zdarzało się, że Daelyn powtarzał jedną czy dwie pieśni niemal za każdym występem. Królowały głównie utwory żywsze, a spokojniejsze, jak jej “Koniec Lata” raczej były wplątywane pod koniec występu, kiedy tłum już nieco uspokoił się po ciężkim dniu pracy.

Malwa w myślach przejrzała sobie wybraną listę na dziś. Wciąż zastanawiała się, czy dokonała dobrego wyboru, starając się iść w podobny ton, co Daeleyn, ale wrzucając sobie w repertuar kilka dzikich kart, chcąc mimo wszystko pokazać mieszkańcom coś nowego.

– Oby się wam spodobało – westchnęła z ciężkim sercem. Być może od tego starcia nie zależało wiele; miała wrażenie, że Kolvar by się ucieszył z ruchu w karczmie tak czy siak, ale naprawdę chciała, aby ten występ pokazał, że nie chce stać obok mieszkańców Ferrengrove oraz, że nie jest ich wrogiem. Uwaga Irriel, chociaż rzucona żartem, mocno zapadła jej w pamięć. Mimo, że terminowała u medyczki już cały dekadzień, wciąż rzadko kiedy miały pacjentów, na których mogła ćwiczyć. Raz czy dwa przyszły do nich dwie osoby z patrolu i chociaż Malwa starała się być po prostu miła, cały czas czuła, jak dwójka elfów patrzy jej niepewnie na ręce, gdy rozcierała zioła na maść. Miała wrażenie, że tylko ostre spojrzenie Irriel trzymało delikwentów na miejscu.

Coraz bardziej wątpiła, że Naifleria nie nastawiła mieszkańców przeciwko niej. Pamiętała, że przecież na początku nie spotkała się z niechęcią. Elfy przyglądały jej się z ciekawością, nie uprzedzeniem, a w karczmie jej słowa zostały przyjęte ciepło. Jednak przez te cztery dni, Malwa miała wrażenie, że coś się zmieniło. Jakby ktoś rozpuścił na jej temat plotkę. Gdy chciała rozejrzeć się za prezentami dla Irriel, Lyriany i Serune, miała wrażenie, że jej pytania spotykają się z niechęcią, a ceny jakie padały z ust sprzedawców były stanowczo zbyt wysokie. Gdy zapytała raz o to Lyrianę, twarz elfki spochmurniała, ale pokręciła stanowczo głową, twierdząc, że niektórzy po prostu tak mają. Zaine również zdawała się być pewna, że to nie mogło być dzieło tylko radnej. O co więc mogło chodzić? Czy Daelyn próbował jej naubliżać w ten sposób?

Westchnęła, upijając łyk herbaty ziołowej. Pomyślała o tajemniczej rozmowie radnych w Błędnym Ogniku. Czy Neifelria nastawiała radnych przeciwko niej? Z drugiej strony, Saila ją niby broniła…

– Na pewno się spodoba. Szczególnie, jeśli zaśpiewasz te dwie szanty, które ostatnio ciągle ćwiczyłaś. Z pewnością wszystkich porwie do śpiewu  – odparła Lyriana ciepło. Posłała w jej stronę drobny uśmiech, kończąc plecenie włosów. Z jakiegoś powodu, pochwała elfki ukoiła jakąś jeszcze obawę, ukrytą głęboko pod strachem o gusta mieszkańców. – W dodatku, ileż można w kółko słuchać tych samych pieśni, proszę cię.

Malwa uniosła z ciekawością brew, słysząc irytację w jej tonie.

– Wyjaśnij mi coś – powiedziała, odwracając się w stronę elfki w pełni. – Ty się w końcu lubisz, czy nie lubisz z Daelynem?

Lyriana przekrzywiła głowę, wzdychając ciężko.

– Lyn bywa… Trudny w obyciu – powiedziała w końcu. – Gdy tu przyjechałam, powitał mnie tak samo wylewnie, jak ciebie, ale trzymałam go na dystans. Dopiero, gdy Faelar z uporem maniaka wyciągał do mnie rękę i w końcu wepchnął mnie do karczmy, zaczęłam też rozmawiać z Daelynem i… Cóż. – Postukała palcami o blat, zwieszając głowę. Jakiś cień przemknął jej przez twarz. – Wydawał się być urażony, że to nie on otworzył mnie na innych. Po prostu… Jest bardzo wrażliwy. – Lyriana przez dłuższą chwilę wpatrywała się w ścianę przed sobą. Malwa jej nie pospieszała. – Zdarzyło nam się kilka razy pokłócić właściwie o nic, ale potem oboje traktowaliśmy siebie, jakby nic się nie stało.

Malwa prychnęła pod nosem. Typowy facet. Nabroić, a potem udawać, że sytuacja nie miała miejsca.

– Czyli macie napiętą relację?

– Tak i nie. Koniec końców, ta jego wrażliwość to zarówno zaleta, jak i wada. Po śmierci Falera, on i Zaine bardzo mnie wspierali, nawet gdy skrupulatnie odrzucałam ich pomoc. 

Tak, jak zwykle w jej głos wkradł się ból, gdy wspomniała o mężu Irriel. Malwa ostrożnie wyciągnęła dłoń, aby ścisnąć łowczynię za palce. 

– Wybacz. Nie chciałam, aby to przywołało przykre wspomnienia.

Lyriana potrząsnęła głową.

– W porządku. – Głos już miała spokojniejszy. – Nic się nie stało. – Bardka tylko mogła jej skinąć. – W dodatku… Uwierz, pomimo ego, on nie jest taki zły. Zwyczajnie czasami mnie denerwuje, więc… – Łowczyni wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Chętnie zobaczę, jak nareszcie się z kimś zetrze, zamiast go oczarować.

– Zrobię, co w mojej mocy – odparła Malwa z uśmiechem. Spojrzała w lustro. Właściwie, była już niemal gotowa. Został już tylko ostatni, najważniejszy element.

Zdjęła z ręki łańcuszek z amuletem od Roya, która na czas przygotowań okręciła sobie wokół jednej z grubszych bransolet, skrywających jej nadgarstki. Nauczona już doświadczeniem sprzed kilku dni, po prostu zamknęła oczy, gdy je zapinała.

Uniosła łańcuszek przed sobą, zastanawiając się, jak wpleść go w cały strój.

– Jak myślisz – mruknęła do Lyriany – zostawić go na szyi, czy może wpleść we włosy?

Elfka przekrzywiła głowę.

– A musi koniecznie być?

Malwa zesztywniała, ale odezwała się lekkim tonem:

– Musi.

– To jakiś prezent? – zapytała elfka zsuwając się z toaletki, zamiast tego, opierając się łokciami o blat. Malwa przytaknęła unosząc łańcuszek i przykładając kryształ do czoła. Pokręciła głową, niezadowolona z efektu.

– Od brata – przyznała. W oczach Lyriany błysnęło zrozumienie.

– To dlatego się z nim nie rozstajesz.

Bardka odetchnęła z ulgą, słysząc, że łowczyni wypowiedziała te słowa bardziej jak stwierdzenie, niż pytanie. Dzięki temu, mogła uniknąć wymijającej odpowiedzi i zwyczajnie przytaknąć.

– Dostałam go od niego w dniu wyjazdu. Na… pamiątkę – przyznała cicho.

Tak naprawdę, Roy jej go wcisnął, desperackim gestem, tuż przed tym, gdy miała wyjść za bramy pałacu, pod osłoną nocy. Pamiętała ból w jego czarnych oczach. To, jak ze ściśniętym gardłem wytłumaczył jej jego działanie, jak pokazał jej ten sam kamień, wyrzeźbiony w łezkę zamiast serduszka, zawieszony na jego szyi. 

– Tęsknisz za nim, co?

– Bezustannie – przyznała. Poczuła dłoń Lyriany na swoim ramieniu i ze zdziwieniem odkryła, że nie spięła się. Wręcz przeciwnie. Dotyk elfki sprawił, że mocniej osiadła w obecnej chwili. – Ale… Cóż. To mi pomaga.

Bardziej, niż Lyriana mogłaby wiedzieć.

Elfka skinęła głową, po czym przyjrzała się krytycznie odbiciu Malwy w lustrze.

– W takim razie myślę, że powinien zostać na twojej szyi. Ładnie kontrastuje z suknią.

Malwa musiała przyznać jej rację. Gdy zapinała łańcuszek, mruknęła:

– Uwierzyłabyś, że Irriel ma taką suknię na podorędziu?

Z piersi Lyriany wyrwał się chichot.

– A i owszem. Irriel zawsze ubierała się elegancko – odparła. Po chwili jednak, elfka przekrzywiła głowę, a jej oczy błysnęły w blasku świec. Po delikatnym uniesieniu kącika ust, Malwa już wiedziała, że czas na jej pytanie dnia. – Swoją drogą. Gdy poprosiłaś nas o ubrania, zauważyłam, że szczególnie zwracałaś uwagę na te błękitne. To twój ulubiony kolor?

Bardka parsknęła, próbując tym samym ukryć zakłopotanie.

– Czy to jest twoje pytanie na dziś? – upewniła się. Gdy Lyriana skinęła głową, Malwa wygodniej oparła plecy o krzesło, starając się zebrać myśli. Jak to ująć, aby to miało sens? Z jednej strony, nie będzie to przecież nic wielkiego; w końcu na dworze ona i brat byli znani z tego, jakie kolory preferują. Z drugiej… Cóż. – Lubię błękitny – zaczęła ostrożnie. Nieświadomie zaczęła delikatnie przeczesywać palcami włosy. – Ale lubię go też dlatego, że to kolor domu mojej matki – przyznała w końcu. Widząc, jak Lyriana marszczy brwi z zaciekawieniem, ciągnęła dalej: – Wiesz, jako szlachcianka mam określony kolor, w jaki mój ród się ubiera oraz symbole.

– Myślałam, że tego pilnują tylko rody królewskie?

– Zależy od rodu – przyznała Malwa. – U was pilnują tego może nieco mniej, zwracacie większą uwagę na symbole, więc do rozpoznania tutaj wystarczyłaby mi moja przypinka z dwoma sztyletami wbitymi w różę. W Uglatharze, jednak, każdy ród szlachecki ma wyraźnie określony kolor i symbol. Wiadomo, nie jestesmy do nich ograniczeni i powiedzmy, że gdybym włożyła… Fioletową suknię, hrabinka Haelond może by nie postradała zmysłów, szczególnie gdyby sama organizowała bankiet, ale na audiencji u króla już miałabym problem. – Malwa zaśmiała się pod nosem. – Kolorami rodu Grenwin jest zieleń i biel – dodała, zakładając ręce na piersi. Kątem oka dostrzegła, jak Lyriana marszczy brwi. – Za to kolorem Hollyhocków jest błękit.

– Rodu twojej matki?

– Zgadza się. – Pomimo gorzkich wspomnień, na twarzy Malwy pojawił się zadowolony uśmieszek, gdy w wieku trzynastu lat odkryła, jak mogła nieco zdystansować się od ojca, nie ryzykując przy tym kary. Wzrok powędrował jej w dół. – Sama wiesz, że… Nie bardzo lubię się w drodze przyznawać, do którego rodu tak naprawde należę. – Wpatrywała się w swój sygnet i czuła, że Lyriana robi to samo. – Gdy opuściłam dom… Cóż. Chciałam chyba czuć się bezpiecznie. – Pokręciła głową, śmiejąc się cicho. Czuła, jak uszy jej płoną. – Wiem, że brzmi to trochę głupio. Kolor nie uchroni mnie przed bandytą. – Ani ojcem. – Ale… Nie mogłam się powstrzymać. – Zacisnęła palce na amulecie. – Po prostu… Chciałam wciąż być w tym wszystkim sobą. Nową Malwą, lecz taką, która nie porzuciła swojej przeszłości w pełni. Błękit mi o tym przypomina.

Przez chwilę, między nimi panowała cisza, lecz nie była ona nieprzyjemna. Malwa stukała palcem w naszyjnik, zaciskając usta. Nie spodziewała się po sobie aż takiego wyznania. Zazwyczaj poprzestawała tylko na wyjaśnieniu kolorów jej rodu i nie wchodziła aż tak głęboko w ich sens. A mimo to… Poczuła jakby z jej ramion spadł ciężar. Gdy Lyriana zacisnęła palce na jej ramieniu, uniosła dłoń, aby również je ścisnąć, przechylając głowę. Gdy spojrzała na nią spod rzęs, dostrzegła na jej ustach czuły uśmiech.

– Rozumiem – powiedziała łowczyni. Wykrzywiła nagle twarz w smutnym grymasie. – Szkoda, że gdy byłam w lesie, nie miałam czegoś takiego.

Malwa zmarszczyła brwi.

– To znaczy?

– Gdy uciekłam… Właściwie zwiałam z tym, co wydawało mi się po prostu potrzebne. Ze sztyletem, paczkami z jedzeniem i ciepłym płaszczem. Nie miałam nawet czasu zastanowić się nad porządnymi ubraniami. Nawet łuk… Zdobyłam dopiero w dziczy. – Lyriana spuściła głowę. – Krótko mówiąc, nie miałam nic, co przypominałoby mi o Daerlunie. Tylko swoje własne myśli. – Westchnęła ciężko. Jej palce mocniej zacisnęły się na ramieniu Malwy. Malwa oddała jej uścisk. – Chyba zwyczajnie, inaczej niż ty, ja chciałam zacząć zupełnie od nowa. Bez żadnych wspomnień czy pamiątek z dawnego życia. I z jednej strony… Cieszyło mnie to. Lecz teraz… – Przygryzła wewnętrzną stronę policzka. – Chyba nieco tego żałuję. Albo po prostu zazdroszczę ci.

– Nie miałaś tam nikogo, kogo chciałaś zapamiętać? – zapytała ostrożnie Malwa. Nie podobał jej się gorzki wyraz twarzy Lyriany.

– Nawet gdybym miała, nie wiedziałam, czy ktoś chciałby pamiętać o mnie – odparła ostro, ale zaraz po tym ciężko westchnęła. – Sądziłam, że tak będzie lepiej. Każdy w końcu odchodzi. Stwierdziłam więc, że tym razem, to ja odejdę pierwsza. Być może ktoś ma mi to za złe, ale… Mam nadzieję, że rozumie.

Malwie ścisnęło się serce. Niemo, mogla tylko objąć Lyrianę. 

Wzrok na moment padł jej na amulet.

Chciałaby jej powiedzieć, że nie każdy, jednak wiedziała, że w jej ustach zabrzmi to fałszywie. W końcu sama niedługo ją zostawi. 

Ostatnio, coraz ciężej było jej z tą myślą.

Co było przerażające, bo przecież po co, po co się aż tak angażować, przecież tylko rozmawiały i tyle, i fakt, może było to przyjemne, może po raz pierwszy od dawna czuła się widziana i ciekawa innej osoby, i Roy ją w tym wspierał i… 

Żałosne. Przecież nie znały się wcale tak długo. 

Roy twierdził, że otworzenie się na innych nie zaszkodzi, ba, wręcz jej pomoże. Ale dekadzień? Nieco ponad dekadzień, a ona po paru dniach… Szczerych rozmów… Uważności na szczegóły… Szanowania granic…

Stanowczo odsunęła od siebie te rozterki. To teraz było zupełnie nieważne. Nawet jeśli po mocniejszym uścisku Lyriany, domyślała się, że elfka również o tym myśli.

Niepewnie uniosła dłoń, ujmując łowczynię za policzek. Spojrzała na nią pytająco, a gdy kobieta skinęła, pociągnęła ją, aby złożyć na jej ustach pocałunek. Nie przychodził jej do głowy żaden inny sposób.

Chociaż chciała, aby był to tylko delikatny, pocieszający gest, nie zdziwiła się, gdy po chwili, pocałunki Lyriany stały się mocniejsze. Bezwiednie rozwarła wargi, pozwalając na… Nie na namiętność. Namiętność nie polegała na tym, by uważnie mapować każdą linię ciała. Ani na tym, by opuszki błądziły po twarzy, włosach, jakby ktoś chciał sobie wyryć ich obraz w pamięci. Czy na tym, aby przyciągnąć drugą osobę bliżej, niemal niemożliwie blisko, nie po to, aby dać jej rozkosz, tylko po to, aby… Po prostu poczuć, że ta druga osoba jest tutaj. W tym pokoju. Realna i namacalna. Odychalając się, gdy jednak niemal się przewróciła. Przytrzymując, tak, aby nawet na chwilę nie ustawać w pocałunkach, a jednak zadbać o komfort drugiej osoby, ignorując trzeszczenie krzesła.

To była desperacja.

Ta sama desperacja, która pomimo siły pocałunków wciąż pozwoliła im na łagodność. Włosy nie były szarpane tylko przeczesywane. Ciała nie były przyciskane do siebie w poszukiwaniu rozkoszy, a palce nie wodziły tylko po to by zamienić się w panokcie.

Malwa naprawdę chciałby pozostać zamknięta w tej chwili jak najdłużej. 

Wiedziała, że nie mogło się to zdarzyć.

Gdy w końcu się od siebie oderwały, zupełnie brakowało im tchu. Stały tak, wciąż wtulone, patrząc się sobie głęboko w oczy. Malwa zdobyła się na smutny uśmiech, zakładając pasmo ciemnych włosów za ucho elfki. Lyriana ujmowała jej policzki ostrożnie, jakby bała się, że zaraz się rozpłynie.

Coś ciężkiego zawisło między nimi. Coś, czego żadna nie była w stanie wypowiedzieć.

Obie udawały, że błysk w ich oczach był spowodowany tylko blaskiem świec.

– Myślę… – powiedziała cicho Malwa. Głos miała zachrypnięty. – …że najważniejsze, to cieszyć się tu i teraz.

Odetchnęła, widząc, że Lyriana posyła jej równie tkliwy, smutny uśmiech, jaki bez wątpienia pojawił się również na jej twarzy.

– Chyba nie mamy innego wyjścia – odparła elfka zduszonym tonem. Malwa mogła tylko pokiwać głową, chociaż serce jej się ściskało na dźwięk zrezygnowanej nuty w tonie łowczyni. Jakby liczyła na coś więcej. 

Gdy Lyriana niespodziewanie pocałowała ją w czoło, nie mogła powstrzymać zaskoczonego westchnienia.

– To na szczęście? – zapytała, chcąc nieco rozluźnić ciężką atmosferę. Zamrugała, odpędzając od siebie niechciane łzy. Lyriana odsunęła się, spoglądając na nią z psotnymi iskierkami we wciąż smutnych oczach.

– Nie, to dla mnie. – Pocałowała ją w policzek. – To jest na szczęście.

I zanim Malwa zdążyła zareagować, obie podskoczyły, gdy usłyszały huk otwieranych drzwi.

– Malwa! Jestem gotowa na czesanie!

Lyriana westchnęła, kręcąc głową. Odsunęła się od Malwy, pozwalając jedynie by jej palce jak najdłużej pozostały na jej ramieniu, podobnie jak bardka, nie mogąc się zmusić by puścić talię elfki. Dopiero, gdy roześmiana Serune wpadła do pokoju, ich smutne uśmiechy przemieniły się w śmiech.

Łatwiej było dzięki niemu zignorować ścisk w gardle.


Komentarze

Popularne posty